Ruszył Puchar Świata. Bode wam jeszcze pokaże

Szwajcar Didier Cuche i Finka Tanja Poutiainen wygrali giganty w Sölden otwierające alpejski PŚ. Najważniejszego narciarza w Austrii jednak zabrakło
Hermann Maier zakończył karierę »

Cuche ślizgał się w niedzielę po stoku Rettenbach z wdziękiem baletnicy. Wyskoczył z bramki na wysokości 3050 m i przemknął w dół tak lekko, że doprawdy trudno było uwierzyć, że ten 35-letni mężczyzna waży ok. 100 kg. W drugim przejeździe zrobił dokładnie to samo - znów wielka ubrana w szwajcarski kombinezon bomba spadła w dół, podnosząc za sobą śniegowy wachlarz, i wykręciła świetny czas. - Ważę dużo, to fakt. Ale zgodnie z prawem grawitacji pędzę do mety szybciej - uśmiechnął się na mecie Cuche. Zwycięzca zeszłorocznej klasyfikacji giganta potwierdził, że znów będzie bardzo groźny. Drugie miejsce zajął Amerykanin Ted Ligety (ze stratą 0,6 s), trzeci był Carlo Janka, rodak Cuche'a, zeszłoroczny sensacyjny mistrz świata w tej konkurencji z Val d'Isere (0,95 s).

Bode nie ma dość

Sezon zaczął się w bajkowej scenerii - w Sölden świeciło w weekend piękne słońce. W inauguracyjnych zawodach zabrakło jednak prawdopodobnie głównego aktora. Amerykanin Bode Miller, który od lat jest ikoną dyscypliny, długo trzymał fanów narciarstwa w niepewności, ale wreszcie niespełna miesiąc temu, podczas transmitowanej w USA na żywo konferencji prasowej, powiedział sakramentalne "tak": - Narty jeszcze mi się nie znudziły. Będę się dalej ścigał, chcę zdobyć medal w Vancouver.

Wcześniej Miller robił dużo, by udowodnić, że narciarstwo ma już w nosie. Wycofał się z poprzedniego sezonu przed jego końcem, ogłaszając niespodziewanie, że został ojcem. Niespodziewanie, bo został nim rok wcześniej, tylko o tym nie wiedział.

Sponsorzy i amerykańska federacja zdołali jednak namówić 32-letniego Millera, by startował dalej. Największa zmiana dotyczy właśnie federacji - po dwóch latach rebelii, gdy startował we własnym niezależnym Team America, zdecydował się powrócić pod skrzydła US Ski Team. Do Sölden jednak nie przyjechał, bo... dopiero miesiąc temu zaczął treningi. Jest kompletnie nieprzygotowany do sezonu. Jedna z gazet napisała, że jest w stanie wytrzymać na pełnych obciążeniach zaledwie 30 sekund, potem słabnie. - To prawda, ale spójrzcie na to z drugiej strony. Prawdopodobnie do formy dojdę w czasie igrzysk w Vancouver - uśmiechnął się Miller, który wciąż nie ma w kolekcji olimpijskiego złota, a poprzednie igrzyska w Turynie zakończył fatalnie - bez krążka i świadomości, bo balangował do białego rana. Czy Bode znów może być groźny? - Bode będzie groźny zawsze i wszędzie, kiedy tylko włoży narty na nogi. To taki typ - uspokaja trener Sasha Rearick.

Jednym z warunków powrotu do kadry USA było pozwolenie na noclegi w przyczepie kempingowej. Miller odszedł, bo dwa lata temu nakazano mu spać w hotelu tak jak wszystkim. - Nie zdecydowałem jeszcze, czy wybiorę hotel, czy przyczepę. Chodzi o to, że mam wolną rękę. Tego mi wtedy brakowało - stwierdził Miller, który zdradził, że po zakończeniu kariery chce... założyć winnicę w rodzinnym New Hampshire.

Pustka po Maierze

Sporo do udowodnienia mają Austriacy, którzy po latach nieustannych triumfów nieco ustępują ostatnio pola Amerykanom i Szwajcarom. W ostatnich MŚ przegrali z nimi klasyfikację medalową. Po zakończeniu kariery przez Hermanna Maiera w kraju trwają poszukiwania jego następcy. Jako główny kandydat od dawna wymieniany jest Benjamin Raich, który wygrywał już PŚ i ma na koncie ponad 30 zwycięstw. Sęk w tym, że startującemu w konkurencjach technicznych Raichowi brakuje osobowości. Nie jest typem, który dla dobrego wyniku zawarłby pakt z diabłem, jak robił to często Herminator, przekraczając granicę ryzyka. Raich bez specjalnych fajerwerków i ku rozczarowaniu fanów zajął w niedzielę piąte miejsce.

Choć Miller, Cuche, Janka i Raich na pewno w tym sezonie będą groźni, to fachowcy za głównego faworyta wśród mężczyzn uważają wciąż Norwega Aksela Lunda Svindala. Dwumetrowy wiking, który broni Kryształowej Kuli za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej PŚ, wypadł w Sölden z trasy drugiego przejazdu i nie dojechał do mety. Norweg startował jednak z kontuzją nogi, której nabawił się na treningu.

Vonn znów w koronie?

Wśród kobiet nikt nie ma wątpliwości, że kolejny raz sezon zdominuje Amerykanka Lindsay Vonn, która wygrała ostatnio z przewagą kilkuset punktów nad Niemką Marią Riesch. Mało kto wierzy, że sukces osiągnie wracająca po skomplikowanym złamaniu nogi Austriaczka Marlies Schild lub któraś z jej rodaczek. Rewelacyjna 18-letnia Szwajcarka Lara Gut złamała nogę i zabraknie jej przez pół sezonu, prawdopodobnie także na igrzyskach. Sobotnia zwyciężczyni w Sölden Tanja Poutiainen jest za słaba w konkurencjach szybkościowych, by liczyć na końcowy triumf.

W PŚ sporadycznie będą też startować Polacy, którzy przygotowywali się do startów nawet w odległej Nowej Zelandii. Ich wyniki w całym sezonie będą jednak pewnie tak niezauważalne jak w ten weekend. Michał Kłusak, Agnieszka Gąsienica-Daniel i Aleksandra Kluś nie dojechali w Sölden nawet do mety pierwszego przejazdu.

Kolejne zawody PŚ odbędą się dopiero w połowie listopada w fińskim Levi. Bode Miller zapowiada, że wpadnie.

PŚ - TYPY BUKMACHERÓW

Mężczyźni



Svindal3
Raich3,5
Cuche7
Janka12
Kostelić13
Miller13
Kobiety



Vonn1,5
Riesch3,5
Hosp5
Paerson9
Schild15
Zettel25
Dział Sport.pl o sportach zimowych »