Sport.pl

Gołota - Adamek 116:97

Sceneria nocnego klubu idealnie pasuje do boksu. W Elektrowni RP w łódzkiej Manufakturze ważyli się pięściarze przed sobotnią walką stulecia. Andrzej Gołota sam się zaskoczył wagą - ważył o tyle więcej, ile zjadł makaronu, czyli co najmniej o dwa-trzy kilo. Relacja z gali Z czuba i na żywo w Sport.pl już od godz. 20.
"Andrzej Gołota - 116,3 kg!" - krzyknął dramatycznym głosem prowadzący ceremonię, kiedy pięściarz stał na wadze elektronicznej. Ceremonię - logiki w tym nie ma. Pięściarze kategorii ciężkiej ważą, ile ważą, nie przekroczą limitu, co najwyżej limit zdrowego rozsądku. Ale w tym przypadku Gołota zrobił zdziwioną minę, zerknął jeszcze raz na wyświetlony wynik i szepnął do siebie z roztargnieniem: "Łał".

Flesze kilkudziesięciu fotoreporterów błyskały jak oszalałe.

Gołota vs Adamek. Kto lepiej przygotowany do walki stulecia?
- Ile to jest w funtach? - dopytywał jego trener Sam Colonna, bo większa waga może oznaczać kłopoty jego boksera w końcowych rundach polskiego pojedynku stulecia, nie mówiąc o utracie szybkości u kolosa i tak występującej u niego w formie szczątkowej. - 256? No, to dużo. Ale godzinę siedzieliśmy i czekaliśmy na ważenie. Nie miał, co robić, to i zjadł i trener pokazał, ile zjadł makaronu Gołota.

Ale mu nie uwierzyłem, bo moim zdaniem tyle człowiek zjeść nie da rady.

- Gdyby nie to włoskie jedzenie, dwa razy już by Andrzej sobie poszedł. Przynajmniej coś się działo, czymś się zajął - stwierdził Przemysław Garczarczyk, prowadzący PR walki w USA.

Adamek czekał jeszcze dłużej, bo przyszedł do Elektrowni RP wcześniej niż Gołota. Ale nie jadł. Przynajmniej tak powiedziała waga. Pięściarz, który przeskoczył przez dwa lata dwie kategorie wagowe, po drodze zdobywając tytuły mistrza świata, ważył w piątek 97,2 kg, czyli mniej, niż zapowiadał, ale niewiele mniej.

Kiedy obaj musieli stanąć naprzeciw siebie zgodnie z kolejnym bezsensownym, ale emocjonującym bokserskim ceremoniałem, Gołota z trudem utrzymywał powagę.

Dla niego Adamek wciąż jest niepoważnym przeciwnikiem, uprzykrzającą się muchą. Mimo to wytrzymał. Pierwszy zrezygnował z patrzenia w oczy przeciwnikowi Adamek, słusznie dochodząc do wniosku, że zaraz obaj otrą się o śmieszność.

Chwilę wcześniej trener Colonna powiedział, że walka ma dla Gołoty wymiar osobisty, bo pięściarz chce udowodnić sobie i innym, że potrafi boksować i że nie chce skończyć kariery kompromitującą porażką z Rayem Austonem w pierwszej rundzie. Ale trener mówił też, że jego pięściarz jest w życiowej formie, więc - patrząc na powolnego i przyciężkiego Gołotę - jego wiarygodność nie jest warta funta kłaków.

Naprawdę osobisty może być jednak stosunek Gołoty do Adamka.

On go nie lubi, od kiedy Adamek powiedział prywatnie, bez wiedzy, że jest nagrywane przez dziennikarza - że jeden z kolegów "dziwki Gołocie woził". Powiedział to w złości, gdyż ów kolega także i Adamkowi narobił kłopotów, pisząc książkę "Adamek, historia prawdziwa" i oskarżając go o doping sterydowy.

Okoliczności poróżnienia się pięściarzy bardzo dobrze pasują do bokserskiego sosu, który z kolei smakuje kibicom.

Widać było, że publiczność wciągnęła się w rywalizację, trzyma stronę Gołoty, i to na pewno nie dlatego, że w Łodzi wygrał swój pierwszy turniej "O srebrną łódkę". Gołota ich kokietował. Kiedy ktoś zapytał go, co zrobi, gdy uda mu się pokonać Adamka, rzucił: "Uda? Oj, uważaj człowieku!", i pogroził palcem. Zaśmiał się, gdy z sali padło pytanie, gdzie Gołota spędził przedpołudnie, a Zbigniew Boniek krzyknął: "W muzeum!".

Zapewne właśnie dla Gołoty wykupił najdroższe 50 biletów (po tysiąc złotych sztuka) jeden z dwóch największych mafiosów w Łodzi, od niedawna na wolności. W piątek w bliskich rzędach przed głównymi bohaterami wieczoru siedzieli ludzie z wyrokami. Ale pod tym akurat względem gala w Łodzi nie będzie różnić się od bokserskich wieczorów w innych krajach z kibicami z Manchesteru kochającymi Ricky'ego Hattona albo czarnoskórymi wielbicielami Mike'a Tysona z Brownsville. Nie wiem, czy nasi nie lepsi...

W piątek potencjalnych pojedynków przed walką mogło być więcej. Niemal czołowo zderzyli się wiecznie skłóceni Jan Tomaszewski i Boniek. Spora różnica w wadze, wyraźną przewagę miał Tomaszewski. Nie doszło do wymiany ciosów. Boniek był czujny. - Jest tu tak dużo pięściarzy, że człowiek musi stale uważać, żeby nie dostać w trąbę - stwierdził.

Promotorzy też mogliby się pobić.

W pojedynku Andrzeja Grajewskiego i Andrzeja Wasilewskiego na zegarki (wagowo zupełnie dwa inne światy, Grajewski - złoty rolex, Wasilewski unikatowy Cartier) wygrał Grajewski, który "wyszarpał" Wasilewskiemu pięściarza Damiana Jonaka, wielce wartościowego, bo stoi za nim kilka tysięcy kibiców ze Śląska. Grajewski witał się z innymi bokserami Wasilewskiego: - Dzień dobry, jestem ten, co kradnie.

Tylko bokser Marcin Najman, też wieczny bohater tabloidów, nie spotkał swojego rywala w tym wieczorze. Mariusz Pudzianowski, z którym się spotka w wydarzeniu z pogranicza boksu i przeciągania sprzętu budowlanego po asfalcie, patrzył na niego z góry. Z reklamy Blachodachówek.

Będą walczyć również

Krzysztof Szot - Łukasz Maciec, 63 kg

Maciej Zegan - Krzysztof Cieślak, 61 kg

Wojciech Bartnik - Artur Szpilka, 91 kg

Mateusz Masternak - Łukasz Janik, 91 kg

Damian Jonak - Mariusz Cendrowski, 72

Grzegorz Soszyński - Dawid Kostecki, 79 kg

Polska walka stulecia - Gołota kontra Adamek »


Więcej o: