Liga angielska. 9. kolejka. Liverpool zrobiony w balona

Chelsea przegrała z Aston Villą i dała się wyprzedzić Manchesterowi United, który pokonał Bolton. Liverpool przegrał z Sunderlandem po kuriozalnym golu i na tydzień przed meczem z liderem traci już do niego siedem punktów
Zobacz bramkę Darrena Benta na Z czuba.tv »

Drużyna Rafy Beniteza przegrała po jednym z najbardziej kuriozalnych goli w historii Premier League. W czwartej minucie po strzale Darrena Benta piłka odbiła się od balonika z logo Liverpoolu, zmyliła José Reinę i wpadła do bramki. - Trudno powiedzieć, czy gdyby balon nie leżał w tym miejscu, Bent zdobyłby bramkę. Za to jestem pewny, że nie graliśmy dobrze - mówił Benitez.

Hiszpan ma się czym martwić. Jego zespół przegrał trzeci mecz z rzędu. Z drużynami z czołówki (Tottenham, Aston Villa, Chelsea) nie zdobył nawet punktu. A sobotnie spotkanie potwierdziło słowa Reiny, który niedawno narzekał na uzależnienie drużyny od Stevena Gerrarda i Fernando Torresa. Obaj opuścili mecz z Sunderlandem z powodu kontuzji.

Zastąpili ich debiutant Jay Spearing i Ryan Babel, którego Benitez chętnie by sprzedał. Nie może, bo osłabiłby i tak kiepską ławkę rezerwowych.

Kłopoty Liverpoolu zaczynają się właśnie przy 16., 17. piłkarzu w kadrze. Alex Ferguson może pozwolić sobie na ogrywanie w rezerwach MU reprezentanta Serbii Zorana Tosicia, a Carlo Ancelotti na trzymanie na ławce Chelsea Juriego Żirkowa i Paulo Ferreiry. Benitez przy kilku kontuzjach i kartkach następców wybiera z piłkarzy dwie klasy gorszych, którzy w MU i Chelsea występowaliby co najwyżej w Pucharze Ligi.

Szeroka kadra jest fundamentem pomysłu Beniteza na prowadzenie zespołu. Hiszpański trener zrewolucjonizował Premier League, niszcząc pojęcie pierwszej jedenastki. Zdarzały mu się serie 99 meczów z rzędu, w których wystawiał inną drużynę niż w poprzednim. - Kiedy w końcu zagraliśmy w tym samym składzie, długo patrzyliśmy na siebie ze zdziwieniem - mówił Gerrard.

Dziś Benitez zmienia skład coraz rzadziej, wciąż przybywa nietykalnych, bez których Liverpool gra gorzej.

Na sprowadzenie lepszych szans nie ma, bo amerykańscy właściciele klubu George Gillet i Tom Hicks zaciskają pasa. Hiszpan marzy o zakupach w futbolowym Harrodsie, a dostaje pieniądze niepozwalające na szaleństwo w drogerii. Przed sezonem prosił o 10 mln funtów na Fernando Amorebietę z Athletic Bilbao, dostał dwa, które wystarczyły na Sotirisa Kyrgiakosa z AEK Ateny.

Amerykanie tłumaczą, że dość już zainwestowali w zespół, a kryzysowi klubu winne są złe decyzje trenera, który w ostatnich latach za duże pieniądze sprowadzał Robbiego Keane'a (19 mln), Lucasa Leivę (6,7 mln) i Jermaine'a Pennanta (6,7 mln), których kariery na Anfield zakończyły się klęską.

Nadzieję kibicom Liverpoolu daje książę Arabii Saudyjskiej Faisal ben Fahd ben Abdullah Al-Saud, który chce klub odkupić. Rozmowy trwają, ale szejk coraz bardziej się zastanawia, bo długi klubu sięgają 245 mln funtów. - Wyprowadzenie na prostą to zadanie obecnych właścicieli, a nie jego wysokości - powiedział jeden z szefów należącej do księcia firmy F6.

Za tydzień Liverpool gra mecz o przywrócenie nadziei na tytuł. Na Anfield Road spotka się z Manchesterem United.