Sprzętowa rewolucja wicemistrzyni olimpijskiej. Maja Włoszczowska idzie na fulla

Najlepsza polska kolarka w następnym sezonie pojedzie na rowerze z pełną amortyzacją. - To tak, jak by Robert Kubica przesiadł się do całkowicie nowego bolidu - opowiada Andrzej Piątek, trener Mai Włoszczowskiej
- Idziemy na fulla - śmieje się selekcjoner polskich kolarzy górskich, zarazem szef grupy CCC Polkowice, w której jeździ Maja. Full w terminologii kolarskiej to właśnie rama z pełną amortyzacją - nie tylko na przednim widelcu, ale także pod siodełkiem. Najnowszy model Scotta Sparka RC dotarł już do Polski. Sztab Mai podjął również decyzję, że wciąż będzie korzystał z tego samego osprzętu firmy Shimano i opon Geax.

- Zostajemy przy sprawdzonych partnerach - mówił podczas prezentacji nowego roweru Piątek. - Nowy rower pomoże Mai pokonywać trudne trasy, takie jak ta w Canberze, gdzie tuż przed wyścigiem o mistrzostwo świata nasza mistrzyni przewróciła się na twarz, zjeżdżając z bardzo stromej skały. Trasa przyszłorocznych mistrzostw globu w Kanadzie będzie równie trudna technicznie i to głównie z tego powodu przygotowujemy rowery z pełną amortyzacją.

Zdaniem Piątka przejście na fulla to prawdziwa rewolucja. To tak, jak by Robert Kubica przesiadł się do całkiem nowego bolidu. Ale udogodnienia w jeździe poprzez dodatkowy amortyzator to jednak dodatkowe pół kilograma w wadze roweru, co jest niezwykle istotne przy podjazdach. Dlatego teraz nowiutki Scott Spark RC Mai trafi w ręce asystenta trenera kadry Grzegorza Dziadowca, który jest także głównym mechanikiem teamu.

Przemysław Iwańczyk: To pan jako pierwszy bierze pod obróbkę rowery Mai. Z niektórych zdziera pan nawet lakier, by były lżejsze.

Grzegorz Dziadowiec: Ostatnie zdrapywanie zajęło mi dzień, zyskaliśmy 120 gramów. Nawet dla tak niewielkiej wagi warto było przeprowadzić tę operację. Dla nas, ludzi kolarstwa, to bardzo wiele. Rowery naszych mistrzyń ważą w zależności od ogumienia od 8,150 do 8,450 kg. O wiele niżej zejść nie możemy, bo jesteśmy związani kontraktami z firmami dostarczającymi nam osprzęt. Gdybyśmy mieli wolną rękę, spokojnie zeszlibyśmy poniżej 8 kg.

Odkąd współpracuję z grupą trenera Piątka, zachowuję rower z każdego roku. To niesamowite, jak bardzo zmienił się sprzęt w ostatnich dziesięciu latach. Kiedyś zamierzam zrobić małą prezentację.

Na rowerach polskich kolarzy górskich pojawiły się naklejki Veloart. O co chodzi?

- To moja marka, która będzie w przyszłości budować rowery na miarę potrzeb zawodowców, amatorów czy też turystów, którzy chcą mieć sprzęt inny niż wszyscy. To coś na wzór RalliArt, która buduje samochody wyścigowe. W Polsce jest duże zapotrzebowanie na takie usługi, zwłaszcza że w sklepach czy serwisach rowerowych nie mamy pewności, że ktoś naprawdę dobrze doradzi. Niestety, w większości jest to niefachowa wiedza, kolportowana przez wiele lat, której nikt nie weryfikuje.

Polacy mają hopla na punkcie rowerów?

- Tak. Dlatego mam zamiar spełniać wszystkie zachcianki polskich rowerzystów. Od tych, którzy chcą mieć ramę pomalowaną w niebanalne wzory, po tych, którzy marzą o tym, by jeździć na takim samym sprzęcie jak Maja Włoszczowska. A do tego - niczym w laboratorium w Denver - komputerowe ustawienie pozycji na rowerze, badania wydolnościowe. Słowem wszystko.

Ustawienie pozycji? Nie wystarczy właściwie dobrać wysokość siodełka i kierownicy?

- Nie wystarczy. W USA to norma, by ustalić precyzyjnie wszystkie współrzędne. Producenci uznanych marek nie wyobrażają już sobie, by sprzedawać sprzęt bez dobrania optymalnej pozycji. Rower to nie dwa koła i siodełko, to konstrukcja, w której ważne jest nawet to, jak układa się dłoń na kierownicy. Inaczej na rowerze siedzi kobieta, inaczej mężczyzna, geometria sprzętu jest zupełnie inna. Do tego obuwie, nawet specjalne wkładki. Oczywiście, nie zapewni to od razu zwycięstw w wyścigach, bo i tak najważniejsze jest przygotowanie fizyczne, ale wszystko to jest w stanie poprawić wyniki rowerzysty nawet o kilka-, kilkanaście procent.

Na poziomie mistrzowskim szukamy detali. Każdy szczegół, nawet zbędna farba na ramie to istotna sprawa.

Mam 32 lata, jeżdżę na rowerze trzy razy w tygodniu. Ile muszę wydać na dobry rower?

- Zależy, ile chce pan na niego wydać.

Cena nie gra roli.

- Jeżdżąc w maratonach, trenując kilka razy w tygodniu, sprzęt za 4 tys. zł powinien wystarczyć. Zresztą to jest jak z jazdą na nartach. Niektórzy nie zwracają uwagi na to, co mają na nogach, a inni mają bzika na tym punkcie i co rusz inwestują w sprzęt. Ja też jestem zwariowany na tym punkcie, bo rower to dla mnie arcydzieło, które ma duszę. To, co dzieje się w hipermarketach, to profanacja. Często znajomi zagadują mnie, żebym rzucił okiem na ich rower, wymagają cudów od sprzętu, który kupili w takim właśnie sklepie. A dla mnie to nie jest rower.

Od jakiej sumy możemy mówić o rowerze?

- To nie tak, że tylko kasa się liczy. Dla mnie wspaniały może być stary rower, który pewnie jest niewiele wart. Ważne, żeby miał styl i był fajnie złożony.

A pan gdzie kupuje rowery?

- Sam je składam. Rowery, praca przy nich to moje marzenia z dzieciństwa.

Jak długo składa pan rower?

- Około pół godziny. Chyba że mówimy o sprzęcie, na jakim jeździ Maja Włoszczowska czy Ola Dawidowicz, bo takie rowery buduje się miesiąc, dwa, może nawet trzy. Zamówienie poszczególnych elementów, a wcześniej znalezienie ich, zajmuje dużo czasu. Stąd właśnie pomysł na Veloart. Żeby ludzie nie musieli szukać na forach, biegać po sklepach, tylko żeby przyszli do mnie i powiedzieli, czego potrzebują.

Ponowię więc pytanie. Ile muszę wydać na naprawdę fajny rower?

- Nawet do 30 tys. zł. Właściwie nie ma ograniczeń.

Dawidowicz pokonała Włoszczowską we Francji »