Andrzej Gołota: Jak wygram z Adamkiem, to można jeszcze coś osiągnąć w boksie

Ja tu myślę, jak Kliczków zlać dwóch, a każą mi z Adamkiem walczyć - śmieje się Andrzej Gołota. Walka 24 października w Łodzi
Radosław Leniarski: Dlaczego pan notorycznie kpi z sobotniego przeciwnika Tomasza Adamka, daje mu prztyczki, a nawet obraża?

- Ja? Skąd? Jakie prztyczki? Aaa, słowne prztyczki? Ale nie... Czy ja mogę kpić, skoro on jest mistrzem świata? Nie myślałem, aby go obrażać, trzeba oddać mu honor. Teraz jadę do Wisły i jakie filmy biorę na DVD? Adamka walki. No, trochę żartuję sobie, nie pisz tego, szefie.

O polskiej walce stulecia dowiedział się pan pewnie od Ziggiego Rozalskiego, z którym wiąże się cała pana amerykańska kariera. Teraz Ziggi jest w rozkroku, bo przecież pilnuje też biznesu Adamka - ale chyba nie jesteście wrogami?

- Przyjaciółmi też chyba nie. Tam, gdzie wiatr zawieje, tam jest Ziggi, Jak mówią w USA, "Follow the leader". Nie pisz tego, szefie [Gołota się śmieje, więc chyba nie można tego traktować poważnie, tylko jak prztyczek dany przyjacielowi].

Ile razy już zastanawiał się pan, żeby dać sobie spokój z boksem? W pana wieku, zwłaszcza po walce z Rayem Austinem, gdy leżał pan na deskach po trzech sekundach... Chodzi o pieniądze?

- Byłbym w twoim wieku, tobym się zastanawiał [śmiech].

Wstyd trochę odmówić walki z Adamkiem, bo pomysł wyszedł od nich. Ale też wstyd, bo kicha niemożliwa wyszła z tej ostatniej walki. Starość nie radość. W co ja się wpieprzyłem, że walczyłem z tym gościem [Gołota znów się śmieje]? Chiny mnie załatwiły. Przed Chinami byłem tak szybki, tak silny. Przyjechałem tam i myślałem, że chińszczyzna jest dobra, a straciłem 15 funtów w kilka dni przez to ich żarcie.

Powinienem być szybszy... Ale z drugiej strony dobrym zawodnikiem jest ten Austin, potrafi walczyć. Trzeba go zabić od razu, bo potem jest problem. Trafił mnie w łokieć, łokieć pękł.

Potem go uderzyłem jeszcze prawą ręką, ale już było po wszystkim, lepiej, żebym nie miał właściwie tej lewej, niż żebym miał walczyć z taką niesprawną. Patrzyłem na rękę kilka razy, bo nie mogłem nią ruszać, ale nic nie widziałem, po prostu nic nie widziałem, a myślałem, że urwał się mięsień. I on się wtedy rzucił na mnie, jak zobaczył, że patrzę na rękę.

Okazało się, że kość odprysnęła, mięsień naderwany. Trzeba pić mleko. Chińczycy mi rękę w gips włożyli, ale to było bez sensu. Niby pięć tysięcy lat medycyny, ale chyba do tyłu... Teraz ta ręka skrzypi, skrzeczy, coś w niej lata, bajery, rowery.

Gdyby do wyboru miał pan rewanż z Austinem i walkę z Adamkiem za te same pieniądze, kogo by pan wybrał.

- I co, jeszcze raz mieć łokieć pęknięty? No, nie na pewno Austin. Trzeba by coś wygrać.

Myśli pan, że po zwycięstwie nad Adamkiem jest szansa na dalszą karierę?

- Jest. Nie taki groźny ten Witalij [Kliczko]. Ten drugi Kliczko lepszy [(Władymir]. Jak wygram z Adamkiem, to można jeszcze coś osiągnąć w boksie. Pieniędzy też zawsze się chce więcej.

Jeszcze kilka lat temu chyba do głowy by panu nie przyszło, że może pan bić się z Adamkiem.

- Co ta medycyna robi z człowieka, co? I co te pieniądze robią z ludzi... Kino prawdziwe. Ale Adamek kawałek wzrostu ma. 192 cm. Nie? 187 cm? A jemu w rekordzie pokazują 192 cm!

W Polsce z boksem jest bardzo kiepsko. W USA też nie najlepiej. Jest pan bodaj ostatnim rozpoznawalnym pięściarzem przez szerokie grono Polaków... Dochodzi do tego, że wydarzeniem jest walka Pudzianowskiego z Nejmanem... Niech się pan nie śmieje, bo jak "Pudzian" wygra i pan wygra, to Polsat jeszcze pana wystawi przeciwko niemu...

- W przeciąganiu ciężarówek? Ja wezmę ze sobą traktor. "Pudzian" niezły zwierz, karate trenował z bratem. Może nie mieć kondycji, ale weź go zmęcz...

W Chicago z boksem też kiepsko. Nie ma Windy City Gym. Teraz Sam [Colonna - trener Gołoty] ma salę w Beachport i przychodzą same laski. W sobotę przychodzi osiem, dziewięć lasek i jak trenują! Boks ginie. Czarnych nie ma w ciężkiej wadze. Biali w USA niby próbują coś zrobić, ale się nie przebijają.

Zaczął pan inaczej trenować, słyszymy, że najwięcej czasu spędza pan na rowerze...

- Udało mi się 100 mil przejechać w jednym treningu, ale razem z kilkoma kolarzami. Tylko raz dałem zmianę, bo to szybcy ludzie na rowerze.

Ale najtrudniej było na ustalonej, stałej 80-milowej trasie. Siedem godzin jechałem. Nie był to wyścig, bo każdy może spróbować się sam. Na żadnym góralu nie jeżdżę, ale na poważnym rowerze. Dopiero tam, w Kolorado, jeździłem na poważnie rowerami z przerzutką. W rejonach Aspen i Vail, niedaleko jeziora Dillona, jedzie się pod górę czasem non stop dwie godziny. Na wysokość ponad 3300 m n.p.m.. Na najwyższych przerzutkach, bo inaczej bym nie wjechał. Jedzie się 6 km na godz., a potem w dół 60-70 km na godz. Od tego właśnie roweru, 4 lipca, zacząłem trenować do walki z Adamkiem. Jazda na rowerze strasznie pomogła mi zbić wagę [Gołota wówczas ważył ponad 120 kg], mimo że jem na każdej przełęczy obiad, a każda co 300 m w górę [śmiech]. W Kolorado na rowerach byłem już kilkakrotnie po dwa tygodnie. Za pierwszym razy wysokość i rzadkie powietrze mnie całkiem zatkało. Ten, kto ma słabe serce, niech nie jedzie.

Ostatnio przekonałem się, że podstawową częścią treningu jest jedzenie. Szkoda, że nie wiedziałem tego 12-15 lat wcześniej. Teraz łatam dziury w organizmie. Trzeba żywić czymś mięśnie, mięsień musi mieć siłę i wytrzymałość. Teraz jem 10 razy dziennie.

Ile?

- 10 razy.

Ile?

- 10. A powinienem 12 razy.

Ale chyba coś drobnego?

- 100 g mięsa to dużo, czy mało?

To, co dzisiaj pan zje?

- Dziś się budzę dopiero. Poproszę dwa kurczaki. Z grilla, z warzywami [to do kelnerki].

Jest taka ciekawa sytuacja, że pana trener Colonna trenował kiedyś Adamka, zaś jego trener Andrzej Gmitruk ćwiczył z panem wiele lat temu.

- Eeee, dziś każdy wie o każdym wszystko. A Andrzej Gmitruk i tak wie wszystko lepiej. Podobno oglądał do trzeciej rano moje walki. Do trzeciej! A to przecież krótkie walki były [śmiech].

Widział pan kogoś, kto się nadaje w Polsce do boksu?

- Nikt się nie nadaje. Nie ma szans. Poznałem jednego - Adamka [Gołota się śmieje]. Nie widzę w Polsce pięściarza, który by stanął solidnie na nogach i uderzył, rozumiesz? Bo to trzeba stanąć w ringu i zdzielić w łeb. Pytasz o Alberta Sosnowskiego... Jest baletnicą, lekki na nogach, bardzo dobry chłopak, bardzo fajny, grzeczny. Ale nigdy nie był szkolony, żeby solidnie uderzyć.

Niech się pan z niego nie śmieje, bo jeśli Polsat chce robić tu trzy, cztery gale w roku, to może się pan z nim spotkać

- Z kim?

Z Sosnowskim.

- No nie! Ja tu myślę, jak Kliczków zlać dwóch, a ty mi tu z Albertem wyjeżdżasz? Najpierw mi tu Adamka włożyli, a teraz to... Straszne żarty sobie ze mnie stroisz. No tak, ale ja na twoim miejscu też bym tak robił z facetem, który nic nie wygrał.

Chicago przeżyło porażkę, bo nie zdobyło igrzysk olimpijskich. A jak pan to przeżył?

- Ja? Szczęśliwy byłem. Zastanawiałem się, po co miastu ta olimpiada? Kiedyś w gronie Polaków się spotkaliśmy, aby ustalić, co zrobić, aby zdobyć tę olimpiadę. Ja powiedziałem: Ale po co? Chicago nie potrzebuje olimpiady, nie potrzebuje się rozwijać. Co może miastu przynieść olimpiada? Transport publiczny? Wiesz, ile jest kolejek w Chicago? Sześć linii głównych. Wszędzie się dojedzie. 12 milionów ludzi tam mieszka. Igrzyska mogą tylko zniszczyć miasto - najpierw wybudują obiekty, a potem będą musieli je zburzyć. Nam nic nie trzeba, sport ma obiekty, nawet szkoły mają baseny, boiska do piłki nożnej, do futbolu, hale do kosza. Na mojej ulicy mieszka Gołota, Koreańczyk, Żydówka, Amerykanin i Grek, których dzieciaki chodzą do szkół publicznych. W szkole - publicznej szkole! - 170 dzieciaków, i jest większa od tej, do której ja chodziłem. Więc o czym my mówimy. Andrzej (syn Gołoty) zmienił już trzy szkoły. Te dzieciaki mają wszystko. Na co im olimpiada? Boisko, jedno, drugie, basen, park, każdy, kto mieszka, może dziecko tam zapisać. Więc mój syn gra w tenisa i mnie ogrywa. Może tym się zajmę.

Raport specjalny o walce Gołota - Adamek »