Podsumowanie występów Idei Śląska w Eurolidze

KOSZYKÓWKA. Przed rozpoczęciem Euroligi w Idei zadeklarowali: - Walczymy o awans! Powalczyli krótko
Nie jest łatwo oceniać tegoroczne występy mistrzów Polski w Eurolidze. Dużo spokojniej przeżywalibyśmy mecze, gdybyśmy wszyscy przed sezonem racjonalniej ocenili szanse Idei na awans. Grupa A, w której znaleźli się wrocławianie, uznawana była bowiem za najsilniejszą i zajęcie w niej miejsca w pierwszej czwórce byłoby olbrzymim sukcesem. W klubie jednak zadeklarowali: - Walczymy o awans! Powalczyli krótko.

Ale czy występ Idei Śląska w Eurolidze można nazwać klęską? To zależy, z jakiej perspektywy na niego patrzeć. A można patrzeć z wielu.

Szósty budżet, szóste miejsce

Budżet spółki przekroczył w tym roku cztery miliony dolarów. Na tle pozostałych drużyn grupy A, w której wrocławianie wystąpili, nie był duży. Mniejszy miało tylko belgijskie Charleroi, a porównywalny, choć w rzeczywistości pewnie nieco większy, Alba Berlin. Patrząc więc na osiągnięcia Śląska i wziąwszy pod uwagę budżet, to stosując zwykłą arytmetykę, można powiedzieć, że wrocławianie na awans szans nie mieli, a szóste miejsce było tym, które zająć powinni.

To oczywiście uproszczenie. Nikt chyba przed sezonem w Śląsku nie zakładał, że jak klub ma szósty budżet w grupie, to zajmie szóste miejsce. Zawsze ma się ambitniejsze plany i działacze, z prezesem Grzegorzem Schetyną na czele, nie ukrywali, że chcą powalczyć o awans. Trudno im się zresztą dziwić i wyśmiewać takie plany. Co więcej, po sprowadzeniu takich graczy jak Andriej Fetisow, Gintaras Einikis, Vladan Alanović czy Michael Hawkins w realne szanse awansu uwierzyli też kibice oraz dziennikarze, w tym my, w "Gazecie". Mieliśmy bowiem klub o średnim w Europie budżecie, ale z zawodnikami o znanych nazwiskach, którzy wystąpili przecież w ubiegłorocznym Final Four Suproligi, co prawda słabszej od ULEB-owskiej Euroligi, ale jednak przecież bardzo mocnej. Plany awansu można było więc snuć. Tym bardziej że przykładów na sukcesy osiągnięte przez zespoły o nie największym budżecie w najnowszej historii europejskiej koszykówki nie brakowało. Jak chociażby przykład Żalgirisu Kowno, który wygrał Euroligę w 1999 roku, dysponując przeciętnym jak na możliwości rywali budżetem. Przykład Żalgirisu jest tu zresztą bardzo dobry, bo pomoże nam spojrzeć na występ Śląska także z kolejnej perspektywy. Kończąc jednak wątek finansowy, trzeba ocenić, że biorąc go pod uwagę jako kryterium oceny, występ wrocławian w tych rozgrywkach był niezły.

Mentalnie fatalnie

Żalgiris osiągnął w latach 90. sukcesy głównie dzięki litewskim zawodnikom. Miał w swym składzie graczy wybitnych, medalistów z olimpiady, ale przede wszystkim sportowców wciąż głodnych sukcesu. Traktowali swe występy w najlepszej litewskiej drużynie nie tylko jako okazję finansowego awansu, ale też jako szansę przejścia do historii litewskiej koszykówki. Każdy kibic w Kownie czuł, że Stombergas, Zukaskas, Maskoliunas czy Adomaitis identyfikują się z klubem i publicznością. Wszyscy gracze Żalgirisu osiągnęli zresztą po sukcesie sportowym także finansowy. Miał więc Żalgiris świetne pokolenie graczy, którzy bardzo chcieli sukcesów, trójkę dobrych obcokrajowców (Zidek, Edney i Bowie), olbrzymie tradycje, świetnych kibiców, znakomitą szkołę koszykówki i dobry klimat w prasie i władzach. Czy więc litewski klub musiał mieć największy budżet w Europie, by zdystansować bogatszych rywali? Pokazał, że nie musiał.

Jedno jest pewne - kibiców wrocławski klub ma wspaniałych i tym zapewne przewyższa kowieński Żalgiris. Ale czy Śląsk, pomijając kilku graczy, którzy w nim byli w zeszłym sezonie i zostali na obecny (jak Adomaitis, z dawnego Żalgirisu zresztą), pozyskał zawodników o cechach dawnych gwiazd kowieńskiej drużyny? Zawodników, którzy walczyliby dla klubu tak, jak Litwini walczyli dla swojego? Polskie pokolenie zawodników mających takie cechy kończy się na Macieju Zielińskim i Dominiku Tomczyku. Nowych nie widać. O tym, czy mamy we Wrocławiu dobrą szkołę koszykówki, można dyskutować. Miernikiem dla niej nie są zwycięskie turnieje o mistrzostwo Polski juniorów czy kadetów, lecz liczba wybitnych graczy o "żalgirisowskich cechach" w dorosłej koszykówce. Na razie w Śląsku ich nie widać.

Na pewno cechami dawnych graczy Żalgirisu nie charakteryzowali się pozyskani przed sezonem obcokrajowcy, których już w drużynie nie ma. Określenie "najemnicy", wymyślone przez kibiców po pierwszych złych meczach Idei Śląska, niestety jest trafne. Może być jednak dla kilku z nich krzywdzące, bo klubowe "warunki atmosferyczne" nie sprzyjały w tym sezonie, by z kogokolwiek takie cechy wyzwolić. Najgorsze jednak jest to, że Śląsk w poprzednim sezonie miał w swych szeregach graczy o tych cechach i ich stracił. I nie jest do końca prawdą, że to oni nie chcieli zostać.

Na pewno ma klub świetne notowania u ludzi lokalnej władzy. Osiągnął je dzięki pozycji politycznej swego prezesa, ale też dzięki dobrym wynikom i promocji. Zresztą w pełni na te wysokie notowania zasługuje, bo nie ma w tej chwili bardziej znanego w Europie szyldu, związanego z Wrocławiem niż logo Śląska. Jednocześnie prezes Grzegorz Schetyna z niezwykłą starannością i pieczołowitością dba o to, żeby jego klub miał jak najgorszy klimat w wielu mediach. Wśród polskich prezesów jest bowiem wyjątkowy - żaden inny nie reaguje z równą agresją na dziennikarzy za choćby najbłahszą krytyczną uwagę o nim czy o Śląsku.

Biorąc więc pod uwagę nie najlepszą atmosferę towarzyszącą występom Śląska w Eurolidze, spowodowaną, i to trzeba powiedzieć wyraźnie, nietrafnymi i niezrozumiałymi decyzjami działaczy, a także biorąc pod uwagę mentalność zawodników, których sprowadzono, należy minione miesiące ocenić źle. Zresztą oskarżenia o złe podejście zawodników do meczów padały najczęściej z ust prezesa Schetyny.

Zarządzanie na kolanie

Na zarządzanie przedsiębiorstwem sportowym składa się wiele elementów, na przykład: pozyskiwanie sponsorów, konstruowanie budżetu, jego zamknięcie czy też zrealizowanie. I tu klub ma sukcesy niepodważalne, które jednak opinię publiczną interesują mniej. Bardziej zajmuje się ona bowiem trafnością decyzji personalnych, czyli tą częścią zarządzania przedsiębiorstwem sportowym, która ma bezpośredni wpływ na jego wizerunek. A liczba burz, skandali, nieporozumień czy negatywnych opinii o klubie, wynikła z fatalnych decyzji personalnych prezesa Schetyny oraz w jeszcze większym stopniu po próbach ich korygowania, w minionym półroczu przekroczyła granice rozsądku.

W kategorii liczby zmian kadrowych wrocławski klub pobił w Europie zdecydowanie wszystkich. Trzech trenerów wymieniła jeszcze tylko Buducnost Podgorica, ale tam decyzje działaczy były w miarę logiczne. Nie ma sensu po raz kolejny poruszać tematu racjonalności wyrzucenia z zespołu Piera Bucchiego czy moralności Jasmina Repesy. Trzech trenerów w jednym sezonie (a w praktyce w kilka miesięcy) to o dwóch za dużo.

Osobny rozdział to zmiany wśród zawodników. Takie decyzje podejmowane są we wszystkich zespołach, także najsilniejszych. Co roku regularnie zdarzały się również w Śląsku, jednak nigdy w takiej liczbie i do tego na kluczowych pozycjach. W przeciwieństwie do poprzednich sezonów tym razem we Wrocławiu zrezygnowano z szukania koszykarzy po omacku, lecz postawiono na nazwiska. Jak to się skończyło, wszyscy dobrze pamiętamy. Najlepsze decyzje kadrowe (Wright, Miłosierdow, a także Piotr Szybilski) zostały podjęte w momencie, gdy zespół nie miał już o co walczyć.

Prezes Grzegorz Schetyna, który - co trzeba podkreślić - miał odwagę przyznać się do błędów, teraz już zarzeka się, że w przyszłym sezonie do takiego zamieszania nie dojdzie. Chce mieć zespół gotowy na początku przygotowań do rozgrywek. I miejmy nadzieję, że mu się powiedzie. Problem w tym, że w debiucie w Eurolidze Śląsk udowodnił, iż zasługuje na grę wśród najlepszych, ale też wyrobił sobie opinię klubu, w którym wszystko może się zdarzyć. To, na co wrocławianie pracowali przez kilka sezonów, a więc miano profesjonalnie zorganizowanego klubu, gdzie nie podejmuje się pochopnych decyzji i gdzie one rzadko są błędne, po zaledwie kilku miesiącach może być podawane w wątpliwość. I właśnie dlatego, biorąc jako kryterium sposób zarządzania przedsiębiorstwem sportowym, występ Śląska w Eurolidze był klęską. I tej oceny nie zmieni nawet ewentualne zdobycie mistrzostwa Polski, na co - mimo porażek z Anwilem i Prokomem - wciąż są przecież szanse.

Po pierwsze - szczęścia

Zostawiając z boku rozważania pozasportowe na temat występu Śląska w Eurolidze, skupmy się na sportowych. Zajmując bowiem szóste miejsce w swej grupie i będąc o krok od zwycięstwa w jeszcze kilku meczach, mamy wszyscy nieodparte poczucie niedosytu. Bo choć, arytmetycznie patrząc, nie było źle, to chyba mogło być o wiele lepiej. Czego zatem potrzeba, aby w przyszłości osiągnąć jeszcze lepsze wyniki?

We własnej hali Śląsk przegrał pięć spotkań, ale żadne nie wyżej niż pięcioma punktami. W każdym meczu wrocławianie niemal do ostatnich sekund mieli szanse na zwycięstwo, a przegrane z Charleroi i Benettonem były wręcz niewiarygodne. W pierwszym meczu Idea miała już praktycznie wygrany mecz, a w drugim pewną dogrywkę. Co jednak mają powiedzieć w Maladze, skoro ich zespół przegrał aż cztery spotkania różnicą jednego punktu, a w Atenach został wyraźnie oszukany? Unicai do awansu zabrakło dwóch, może trzech zwycięstw, Śląskowi przynajmniej czterech.

Po drugie - osobowości

Słabe rozgrywanie końcówek (co staje się już powoli fatum trenera Andreja Urlepa) najbardziej związane jest z brakiem w zespole zawodnika, który w trudnych momentach i końcówkach wziąłby na siebie ciężar zdobywania punktów. Takim koszykarzem nie jest ani Michael Hawkins, ani Michael Wright, trudno oczekiwać, że w każdym spotkaniu wynik będzie trzymał Maciej Zieliński. Takim koszykarzem ma szanse zostać Aleksander Miłosierdow, ale on do zespołu dołączył za późno i w Eurolidze za bardzo nie miał już szans pomóc. Oczywiście jak na polskie warunki skład Śląska jest dobry. Na Euroligę jednak czegoś, a raczej kogoś, w nim brakuje. Trudno oczekiwać, że do Idei od razu zostaną sprowadzeni zawodnicy na miarę Tyusa Edneya czy Alphonsa Forda, ale atak wrocławian jest zbilansowany aż za bardzo. Przez lata powtarzane było hasło, że gra Śląska opiera się na wszystkich zawodnikach. Pamiętajmy jednak, że w drużynie był Adam Wójcik, który w ofensywie wyróżniał się zdecydowanie ponad przeciętność. Teraz takich zawodników mają wszystkie liczące się kluby europejskie. Wszystkie oprócz Śląska.

Po trzecie - punktów

Zresztą wystarczy spojrzeć na statystyki. W indywidualnych najwyżej są Michael Hawkins (drugi w asystach ze średnią 5 w meczu) i Andriej Fetisow (drugi w blokach, średnia 1,77), szósty w zbiórkach jest Michael Wright. I to wszystko. Bardzo źle natomiast wyglądają zdobycze punktowe koszykarzy Idei. Żaden nie przekroczył średniej 15 punktów w meczu (najwyższą miał Wright), a gorszy atak od Śląska w całej Eurolidze miał jedynie London Towers, który przegrał wszystkie mecze. Mistrzowie Polski bronią naprawdę solidnie, momentami na najwyższym europejskim poziomie, ale do zwycięstw w Eurolidze to już nie wystarcza. Zwłaszcza gdy zdobywa się średnio zaledwie 71,5 punktu.

DLA GAZETY

Grzegorz Schetyna

prezes RN Idei Śląska Wrocław

Nasz występ w Eurolidze oceniłbym jako bardzo dobry na początku i na końcu oraz w środku - z różnych przyczyn - przeciętny, a momentami słaby. Przede wszystkim w tym sezonie zbieraliśmy doświadczenia i płaciliśmy frycowe, ale mam tu na myśli nie przyczyny, lecz skutki. Uważam, że w kolejnym sezonie na pewno będzie lepiej.

W moim odczuciu awans był realny, przede wszystkim biorąc pod uwagę fakt, że przegrywaliśmy minimalnie. Gdybyśmy wygrali u siebie spotkania z Benettonem, Charleroi, Efesem i Olympiakosem, nasza sytuacja byłaby inna. Mielibyśmy cztery zwycięstwa więcej. Dlatego uważam, że stać nas było na zakwalifikowanie się do dalszych gier. Niestety, nie udało się.

Andrej Urlep

trener Idei Śląska Wrocław

Od kiedy zostałem trenerem Śląska, uważam, że rozegraliśmy wiele dobrych spotkań i jedno, może nie tyle bardzo słabe, co z fatalną końcówką. Chodzi o mecz z Charleroi. Gdybyśmy wygrali jeszcze to spotkanie, zakończylibyśmy rozgrywki Euroligi z normalnym wynikiem, takim, na jaki nas obecnie stać, odzwierciedlającym poziom prezentowany przez nasz zespół. Mogę powiedzieć, że poza spotkaniem z Charleroi jestem zadowolony z naszych występów. Wyraźnie jednak widać, że drużyna ma braki. Na przyszły sezon zespół musi zostać poważnie wzmocniony, aby móc się mierzyć z najlepszymi w Europie.

Uważam, że ten zespół nie miał szans, aby awansować z tak silnej grupy. Jeszcze nie prezentujemy tego poziomu i uważam, że nie było żadnych szans na dalszą grę. I nie ma tu znaczenia, że we Wrocławiu przegrywaliśmy minimalnie. Na tym właśnie polega różnica w sile Śląska i innych drużyn z naszej grupy. Wygrać pięcioma punktami, a przegrać pięcioma punktami - taka właśnie była przewaga rywali. Nie można w ten sposób rozważać ewentualnych szans. Zresztą w naszej grupie poza Benettonem nie było drużyny, która wygrałaby wszystkie mecze we własnej hali. W Eurolidze każdy mecz, każde zwycięstwo jest ogromnie ważne. Nie można liczyć jedynie na zwycięstwa u siebie i na tym opierać szanse na awans.