Skaut Legii: Łatwo trafić kulą w płot

We Francji np. nie mam problemów ze sprawdzeniem piłkarza, bo nawet jeśli ja go nie znam, to dzwonię do jednego czy drugiego znajomego i on mówi mi o nim to, co jest interesujące. Wsiada się wtedy w samochód lub samolot i leci obejrzeć dwa-trzy mecze - mówi Marek Jóźwiak
Kuba Dybalski: Ile meczów pan ogląda w miesiącu?

Marek Jóźwiak: Wszystko zależy od pory roku. Zwykle w tygodniu mecze odbywają się w piątek, sobotę i niedzielę. Jeśli na te trzy dni rozłożą się np. mecze na Mazowszu - w Nowym Dworze, Otwocku, Nadarzynie - mogę obejrzeć cztery-pięć. Jeśli nie, to zwykle skupiam się na jednym piłkarzu, którego akurat chcemy zobaczyć. W lecie nie ma rozgrywek, więc oglądam np. mistrzostwa juniorów.

W ilu meczach Legia ogląda młodego piłkarza?

- To zależy, jeśli to jest utalentowany chłopak, trzeba się spieszyć, bo w kolejce czekają Lech, Wisła czy GKS Bełchatów. Wtedy wsiadam w samochód i sam jadę go oglądać, a potem zapraszamy go do Warszawy, żeby zobaczył, jak funkcjonuje klub i czy mu się tutaj spodoba.

A przeprowadzacie jakiś wywiad środowiskowy?

- Staramy się zebrać jak najwięcej wiadomości, które stworzą nam profil piłkarza. Od trenerów, kolegów, z którymi grał w jakichkolwiek rozgrywkach czy reprezentacjach, z PZPN. Kilkunastu ludzi w Polsce pracuje tylko dla Legii. Każdy z nich jest przypisany do konkretnego regionu. Selekcjonują grupę piłkarzy, których oceniają na podstawie specjalnego arkusza.

Często się zdarza, że zapraszacie piłkarza na testy, a on dziękuje?

- Czasem tak bywa. Staram się zwracać uwagę na charakter młodego piłkarza. Jeśli boi się podjąć rywalizację, będzie miał w Warszawie bardzo ciężko. W swoim klubie zwykle ma dwóch czy trzech kolegów na podobnym poziomie, pozostali stanowią tło. U nas trafiłby na dwudziestu piłkarzy na tym samym poziomie. A skuteczności szkolenia młodzieży w Legii nie mierzy się tylko tym, jakie zawodnicy osiągają wyniki w rozgrywkach, ale przede wszystkim tym, ilu z nich trafi do pierwszej drużyny. Pracujemy niedługo, ale już mamy Ariela Borysiuka, Macieja Rybusa, Adriana Paluchowskiego, Kamila Majkowskiego, Patryka Koziarę. W kolejce czekają następni. I oni nie grają na piękne oczy, ale dlatego, że są dobrzy. Jeśli więc przyjeżdża chłopak, który nie boi się rywalizacji, zapewniamy mu szkołę, internat, wyżywienie i sprzęt. Oczywiście najpierw o wszystkim dowiadują się rodzice i macierzysty klub. Nic za ich plecami. Rodzice też są do nas zapraszani. Zwykle mama interesuje się szkołą, a tata tym, na jakim poziomie będą treningi. Staramy się utrzymywać wysoki poziom jednego i drugiego.

Za granicą też oglądacie młodych piłkarzy?

- Francja, Bałkany i kraje wschodnie, np. Litwa. Harmonogram mam tak ułożony, żeby mecze następowały po sobie. Najwygodniej ogląda się w Portugalii. Jadąc w piątek, do poniedziałku można obejrzeć sześć-siedem meczów.

A skąd wiecie, kogo w Portugalii warto zobaczyć?

- To są przede wszystkim znajomości. Ja grałem z wieloma zawodnikami, podobnie dyrektor Trzeciak czy trener Urban. Dostajemy od nich informacje o wartościowych piłkarzach. We Francji np. nie mam problemów ze sprawdzeniem piłkarza, bo nawet jeśli ja go nie znam, to dzwonię do jednego czy drugiego znajomego i on mówi mi o nim to, co jest interesujące. Poza tym są menedżerowie, którzy dają nam znać o piłkarzach. Ale w danym okresie warto mieć kilka rynków sprawdzonych. Wsiada się wtedy w samochód lub samolot i leci obejrzeć dwa-trzy mecze. Na miejscu można się dowiedzieć dużo więcej.

Stać Legię na to, by sprowadzić do Warszawy młodego piłkarza razem z rodziną? Zapewnić mieszkanie, rodzinie pracę?

- To melodia przyszłości. Chcielibyśmy, żeby trafiali do nas tacy zawodnicy nie z Francji czy Anglii, ale np. z Kamerunu czy Senegalu. Teraz prowadzimy pilotażowy transfer piłkarza ze Słowacji, który podpisał z nami umowę. To Marko Lukac z rocznika 93., który do pierwszej drużyny może wejść za dwa-trzy lata. Zobaczymy, jak się zaaklimatyzuje.

Jak go znaleźliście?

- Jeździłem na Słowację dość często. Mamy tam ludzi, którzy pomagają nam w pracy. Oglądałem mecze Spartaka Trnava, Slovana Bratysława ale też czeskiego Liberca z roczników 90-94. To efekt tych poszukiwań.

Co przeszkadza Legii w sprowadzeniu utalentowanego Bośniaka czy Chorwata?

- Bośniak czy Chorwat mogą już do nas trafić. Klub działa na solidnych podstawach i pewnie za pół roku czy rok spróbujemy sprowadzić więcej młodych piłkarzy z zagranicy. Na razie zobaczymy, jak to wyjdzie ze Słowakiem. Problemem jest też to, że taki młody piłkarz musi gdzieś grać. W lidze nie zagra, drużyna juniorów też nie jest dla niego, bo zakładamy, że jest lepszy od piłkarzy, których już mamy. A żeby grał w Młodej Ekstraklasie musi być zgłoszony do pierwszej drużyny.

A jak do Legii trafiają ci, którzy mają wzmocnić pierwszy skład?

- Tutaj obserwacje są dokładniejsze, bo w grę wchodzą większe pieniądze. Ogląda ich trzech, czterech trenerów. W Portugalii byłem dwa razy, potem był Jacek Magiera, potem pojechał ze mną Kibu. Z całym sztabem szkoleniowym i z dyrektorem Trzeciakiem zastanawiamy się, czy dany piłkarz nam się przyda. Rozmowy z Portugalczykiem Paulao były zaawansowane, ale Sporting Braga zaoferował mu dużo wyższy kontrakt. Zwykle wszystko rozbija się o pieniądze.

Dostał pan w czerwcu od trenera listę pozycji, na których Legia potrzebuje wzmocnień?

- Tak. Ważne, żeby o tym wiedzieć wcześniej. Gdy do zamknięcia okienka transferowego zostało bardzo mało czasu, łatwo trafić kulą w płot. Mam w bazie po siedmiu-ośmiu graczy na każdą pozycję, ale nie zawsze da się sprowadzić piłkarza, którego sobie upatrzymy. Polska nie dla wszystkich jest wymarzonym miejscem do gry w piłkę. Nie jesteśmy też w stanie zaoferować zarobków np. na poziomie 1,5 mln euro. A kupować piłkarzy, którzy mają umiejętności, jak ci, których mamy w składzie, nie ma sensu.

Chikwaikwai i Andriejew trafili na testy w Legii z pana listy?

- Sygnał dostaliśmy od menedżerów. Andriejew nie był przygotowany, by grać w Legii, a trener potrzebował zawodnika na już. Chikwaikwai był bardzo chwalony przez menedżera Wiesława Grabowskiego, ale okazało się, że to nie było to.

Andriejew przyjechał na dwa dni. Zagrał w jednym sparingu. Da się ocenić piłkarza w tak krótkim czasie?

- Bardzo trudno.

Widzieliście go wcześniej?

- Mieliśmy dużo kaset z jego występami.

Z kaset też chyba nie da się poznać wartości zawodnika?

- To prawda. Trzeba też pamiętać, że liga estońska jest słabsza od polskiej i to, że strzelił 30 goli, jeszcze nie znaczy, że da sobie u nas radę.

Strzelił gola Wiśle i Levadia wyeliminowała mistrzów Polski. Teraz jest już w Almerii w Primera Division.

- Wyglądał dużo lepiej niż u nas na testach. Dlatego chciałbym mieć na każdego gracza trzy miesiące, bo piłkarz najwięcej pokazuje nie na treningach czy w sparingach, ale w meczach ligowych. Wtedy wychodzą jego zalety i wady. Z drugiej strony, mając piłkarza u siebie, można mu się przyjrzeć dokładnie. W meczu z silniejszym przeciwnikiem może dotknąć piłkę zaledwie kilka razy, co obniża jego ocenę.

Hugo Alcantara grał z CFR Cluj w Lidze Mistrzów, Elton został królem strzelców drugiej ligi brazylijskiej, a teraz gra w Vasco da Gama. Dlaczego piłkarze, którzy nie sprawdzili się w Legii, radzą sobie potem w lepszych klubach?

- Ja ich tylko sprowadzam. Dalszym rozwojem ich kariery zajmują się inni. Wielu obserwatorów przyznawało, że Alcantara potrafi grać w piłkę. Ale pomyłki się zdarzają. W Polsce nie jest łatwo grać piłkarzowi, który nie ma wystarczająco dużo siły.

Trzy lata temu prezes Legii zapewniał, że nie umknie wam żaden piłkarz grający na Mazowszu. Po czym Radosław Majewski odszedł do Groclinu, a Robert Lewandowski trafił do Lecha...

- Majewski poszedł do Groclinu, bo tam miał szansę grać od początku. Zapraszaliśmy go do Warszawy, ale nie wyrażał chęci przyjazdu. W Legii był wtedy Roger, Vuković, Surma, Burkhardt. Więc gdzie miał grać? Myślę, że pod względem sportowym zrobił bardzo dobrze. Nie zawsze piłkarze, którzy grają w innych klubach, muszą grać w Legii. Być może lepiej, by młody zawodnik grał najpierw w słabszym zespole, a jeśli ma trafić do Legii, to do niej trafi. Z Lewandowskim nie poszło to tak, jak mogło. Ale to była decyzja sztabu szkoleniowego, a nie moja.

Lech w zeszłym roku znalazł Semira Stilicia, który z miejsca stał się gwiazdą ligi. Wisła sprowadziła Marcelo, jednego z najlepszych obrońców w Polsce, a niedawno za stosunkowo niewielkie pieniądze kupiła reprezentanta Słowenii Andraża Kirma. Dlaczego Legii nie udają się takie transfery?

- Nie wiem, czy się nie udają. Przecież mając Gizę, Rogera i Iwańskiego, nie muszę mieć Stilicia. Mając Rybusa i Ostrowskiego, nie potrzebuję Kirma, którego zresztą znam doskonale. Życzę mu bardzo dobrze, ale poczekajmy. Gdyby on był naprawdę dobry, poszedłby do Niemiec. Myślę, że na tych pozycjach Legia nie ma gorszych piłkarzy.

Ostrowski jest już w drugoligowym Widzewie.

- Ale teraz na tę pozycję mamy Sebastiana Szałachowskiego, może tam też grać Tomasz Kiełbowicz. Pewnie ktoś by się tam przydał, ale będziemy nad tym pracowali dopiero w grudniu.

Którego piłkarza uznałby pan za swój największy sukces transferowy?

- Roger okazał się świetnym wyborem, wkomponował się w drużynę, strzelił gola na Euro. Świetnym piłkarzem był Edson, szkoda, że już u nas nie gra. Borysiuk, Rybus, było ich kilkunastu. Trzeba pamiętać, że świetny piłkarz może okazać się złym wyborem z przyczyn pozasportowych. Elton też był znakomitym piłkarzem, ale nie zachowywał się jak należy. Ważne jest też to, żeby zawodnik, przychodząc do Legii, cały czas podnosił swoje umiejętności, jeśli będzie chciał pójść gdzieś dalej, grać w lepszym klubie, to będzie to z korzyścią również dla nas.

Rozumiem, że skauting w Legii jest w budowie. A jak ma wyglądać docelowo?

- W Polsce chcielibyśmy mieć minimum 16 skautów - po jednym w każdym województwie. Wspomagaliby ich trenerzy Akademii Piłkarskiej. W każdym roczniku jest dwóch, z czego jeden jedzie na mecz, by obserwować innych zawodników. Za granicą jest nieco inaczej, bo ogląda się konkretnych piłkarzy. Chciałbym mieć jednego człowieka w Brazylii, jednego w Serbii itd.

Ale chciałby pan, czy taki jest plan i tak będzie?

- Gros spraw załatwiają znajomości koleżeńskie, o których mówiłem.

To są takie kontakty jak np. z trenerem Okuką? Jak zobaczy fajnego piłkarza to poleca go Legii?

- Tak, właśnie na tej zasadzie. Jest Stanko Svitlica, jest "Aco" Vuković. Są osoby, które poznałem na miejscu. Takie kontakty to naprawdę ogromny kapitał. Jeśli jeżdżę do Serbii raz czy dwa razy w miesiącu, poznaję nowych ludzi i łatwiej się pracuje.

Vuković gra teraz w Kielcach. Zdążył zarekomendować jakiegoś piłkarza z Serbii czy Grecji?

- Nie, ale jeśli mamy jakichś piłkarzy, o których chcemy się dowiedzieć czegoś więcej, to wiemy, do kogo zadzwonić. Choć dla Serbów Serbowie są zawsze najlepsi i trzeba na to brać poprawkę.

To może warto zatrudnić profesjonalistów, którzy są na miejscu i zajmują się tylko tym?

- To wszystko się wiąże z kwestiami finansowymi.

Asystent Jana Urbana Kibu Vicuna był latem na Złotym Pucharze CONCACAF. Co Legii dał jego wyjazd?

- To był rekonesans połączony z potwierdzeniem informacji, które już zebrałem. Kibu wrócił z kilkunastoma nazwiskami w notesie, które ja miałem już od dwóch lat. Chodzi tu zwłaszcza o piłkarzy z niższych lig francuskich, którzy są bardzo dobrzy i mogą trafić do Legii.

Zimą?

- Tak. Teraz mamy potwierdzenie, że mogą dobrze grać nie tylko w drugiej lidze, ale też na poziomie reprezentacyjnym.