Sport.pl

Lucjan Błaszczyk: Angielski tydzień od 20 lat

- Śmieszy mnie, gdy polski piłkarz mówi, że ma "angielski tydzień", bo musi raz na jakiś czas zagrać co trzy dni. Ja mam "angielski tydzień" od 20 lat - mówi Lucjan Błaszczyk
ME 2010 w Ostrawie »

Jakub Ciastoń: W deblu z reprezentującym Polskę Wang Zeng Yi zdobył pan właśnie srebrny medal mistrzostw Europy. Dużo zabrakło do złota?


Lucjan Błaszczyk: To moje czwarte srebro ME. Marzyłem o złocie, ale przegraliśmy z bardzo utytułowaną niemiecką parą Timo Boll, Christian Suess. To wicemistrzowie świata, trzykrotni mistrzowie Europy. Boll jest dziś najlepszym pingpongistą spoza Chin. Tylko trzech-czterech Chińczyków wygrywa z nim regularnie. Finał był wyrównany. Gdybyśmy wykorzystali prowadzenie 9:7 i wyszli na 3-2 w setach, może skończyłoby się inaczej [2-4]. Spotkanie uznano za najlepsze w turnieju, wieczorem telewizja ZDF powtarzała wybrane akcje. Z "Wandżim" gramy debla już jakiś czas. W Europie jesteśmy dziś jedną z czterech najlepszych par, na świecie mieścimy się w ósemce.

Wkurza pana, że mało się w Polsce mówi o tenisie stołowym? O waszym medalu nie było zbyt głośno.

- Pewnie, że wkurza. Nie chodzi już nawet o sukces, ale o docenienie czasem, jak trudny jest nasz sport. Marzy mi się, żeby jakaś telewizja zrobiła kiedyś reportaż i porównała trening tenisisty stołowego z treningiem piłkarza. Niech spędzą miesiąc z jednym, z drugim. Ludzie byliby zdziwieni, ile pracy wymaga nasz sport.

To jak wygląda wasz trening?

- Tenis stołowy to konkurencja techniczna. Żeby dobrze wyćwiczyć każdy element, jak serwis czy odbiór, trzeba spędzić wiele godzin przy stole. Kiedy byłem młodszy, wstawałem bladym świtem i zaliczałem trzy sesje: od 6 do 8 rano, potem od 10 do 12.30 i od 16 do 19, czyli 7-8 godzin dziennie. Do tego treningi wytrzymałościowe, siłownia. Teraz ćwiczę już mniej, ale niewiele mniej. Piłkarze narzekają, że są zmęczeni - to co my mamy powiedzieć? Oni zarabiają naprawdę duże pieniądze i grają jeden mecz na tydzień, a my we wtorek lecimy na turniej do Azji, w piątek wracamy, w sobotę gramy ligę niemiecką, w niedzielę Ligę Mistrzów, a we wtorek znów lecimy do Azji. Nikt nie pyta, czy mam jet laga, czy nie jestem zmęczony, tylko wymaga. Dlatego śmieszy mnie, gdy polski piłkarz mówi, że ma "angielski tydzień", bo musi raz na jakiś czas zagrać co trzy dni. Ja mam "angielski tydzień" od 20 lat.

Z Chińczykiem u boku gra się łatwiej?

- Nie patrzę tak na to. W 1996 r. byłem w finale ME z Andrzejem Grubbą, w 2002 r. z Tomkiem Krzeszewskim, w 2007 r. z Chińczykiem Tan Ruiwu. Tak rozwija się nasz sport, postępuje naturalizacja Chińczyków w Europie. Jestem przeciwny rozdawaniu paszportów na lewo i prawo, ale taka jest rzeczywistość.

Zalew Chińczyków jest szkodliwy?

- W wielu przypadkach hamuje rozwój młodych. W męskim tenisie jeszcze nie ma tragedii, bo poziom jest wysoki. Nie wystarczy byle Chińczyk, żeby z nami wygrywał. Muszą przyjeżdżać goście z kadry Chin, a nie za bardzo chcą, bo im jest lepiej u siebie. U kobiet sytuacja jest bardziej dramatyczna. Poziom jest niższy i każda Chinka, która trochę odbija w swojej prowincji, po przyjeździe do Europy jest gwiazdą. Prawie każda europejska reprezentacja kobiet ma dziś dwie Chinki. Siła drużyny zależy więc nie od poziomu szkolenia, treningu, ale od tego, jakie masz Chinki. Ostatnio Rosjanki i Węgierki spadły w rankingach, bo inne reprezentacje wzmocniły się nowymi Chinkami. Trudno mieć pretensje do samych Chińczyków. Przyjeżdżają, żeby zarobić, ale Europa przespała moment, by zadbać o siebie. Międzynarodowa federacja wprowadziła teraz przepis, że Chińczycy muszą mieszkać sześc lat w danym kraju, zanim zmienią obywatelstwo. Ale to zatrzyma tylko nową falę.

U nas też są Chińczycy.

- Trzeba rozgraniczyć różne "chińskie" przypadki. Znam np. Chińczyka z Bundesligi, który gra dla Bułgarii, ale nie zna ani słowa w ich języku, nie bywa w kraju, nie wie nawet, gdzie jest na mapie. Jeździ na zawody i bierze kasę. W Polsce naturalizacja jest robiona z sensem. "Wandżi" wiąże przyszłości z naszym krajem. Mówi perfekt po polsku, ma polską żonę, dziecko, wybudował dom. W takiego człowieka warto inwestować, bo będzie wiele lat grał dla naszej reprezentacji, potem zostanie trenerem, wychowa następców.

Jesteście przyjaciółmi?

- "Wandżi" był niedawno na moim ślubie, świetnie się bawił. Spędzamy razem dużo czasu, wspólnie trenujemy, rozmawiamy o pingpongu, nasze żony się znają. Problemem jest tylko odległość, bo ja gram w Niemczech, a on w polskiej lidze.

Jak panu jest w lidze niemieckiej?

- Gram tam już 15 lat. To najlepsza liga w Europie, najlepiej płatna, najbardziej profesjonalna, ale też ciężki kawałek chleba. Dopiero wróciłem z ME, a zaraz gram Puchar Niemiec, w niedzielę ligę...

Z czego wynika dominacja Chińczyków w tenisie stołowym?

- Trenują znacznie więcej od nas. To narodowy sport. Dzieci uczą się od małego i od samego początku mają dobre nawyki. U nas, jak objawi się gdzieś w klubie młody talent, to potem okazuje się, że ma trochę złą technikę i w wieku 15 lat trzeba ją poprawiać. I talent wyparowuje, bo przy 9:9 w decydującym secie złe nawyki zawsze wyjdą i chłopak się pomyli. W Chinach jest 50 tys. zawodowych trenerów, którzy codziennie rano wstają i myślą tylko o jednym: co zrobić, by ich zawodnicy grali jeszcze lepiej.

Jaka jest popularność największych gwiazd w Chinach?

- Jak Borisa Beckera w Niemczech, gdy wygrywał Wimbledon, albo Małysza w Polsce, gdy zdobywał Puchar Świata. Najlepsi jeżdżą bentleyami bez numerów rejestracyjnych. W telewizji występują w co trzeciej reklamówce.

Zaczynał pan z Grubbą, Perssonem, Waldnerem. Łączy pan dwa pokolenia. Co jeszcze, poza zalewem Chińczyków, zmieniło się w tym sporcie?

- Ostatnie 12 lat przyniosło mnóstwo zmian. Przede wszystkim w przepisach. Nie gramy już setów do 21 punktów, ale do 11. To zwiększyło atrakcyjność dla kibiców, ale dla nas to większy stres. Nie można też zasłaniać piłki przy serwie, co wpłynęło na techniki serwisowe. Zmieniono też system klejenia gum [w rakietkach]. Kiedyś można było kleić gumy na świeżo, co dawało większą rotację.

Inny jest też sposób gry. Dziś z krótkich piłek od razu się atakuje, a za czasów Andrzeja Grubby czy Jörgena Perssona takie piłki odbijało się bezpiecznie, żeby ich nie tracić, i czekało się na długą lub wychodzącą. Dopiero wtedy się atakowało. Teraz już się nie czeka, atak następuje od razu. Tenis stołowy zrobił się bardziej nerwowy, szybszy.

Przez to, że Chińczycy uczą już całą Europę, bardzo wyrównał się też poziom. Dziś wśród mężczyzn, poza Niemcami i Duńczykami, do 15. miejsca każdy może wygrać z każdym.

Co pan sądzi o wyniku Jörgena Perssona z igrzysk w Pekinie? W wieku 40 lat zajął czwarte miejsce, przegrał jedynie z Chińczykami.

- Niesamowity wyczyn. Szwedzi są inaczej wychowani, są zimni. Jörgen umiał się zawsze skoncentrować na celu i dążyć do niego. Ma cechy wielkiego mistrza, których nie da się wyćwiczyć. Zawsze w decydujących piłkach grał najlepiej. Bardzo go cenię, gramy czasem pokazówki w Bundeslidze.

Srebrny medal ME zdobyła też drużyna kobiet: Natalia Partyka i naturalizowane Chinki Li Qian i Xu Jie.

- To ich największy sukces w historii. Dla mnie było to jednak jasne. Li Qian, jeśli gra na swoim najwyższym poziomie, może przegrać w Europie z dwiema-trzema zawodniczkami. Robi dwie trzecie wyniku drużyny. Jeśli Xu Jie i Natalia Partyka urwą choć po jednym punkcie, rywalki już wiedzą, że mecz jest przegrany. To bardzo mocna drużyna, z szansą na złoty medal w przyszłości. Ale pamiętajmy, że Natalia jest jedyną zawodniczką wychowaną u nas.

Czyli nie świadczy to dobrze o naszym systemie szkolenia?

- W górę ciągną nas Chinki, ale to dobrze, bo obie dziewczyny tak jak "Wandżi" wiążą przyszłość z naszym krajem. Nie można jednak popaść w uzależnienie od Chinek. Spróbujmy zrobić tak, żeby z ich pomocą w naszej lidze wypromować w przyszłości Polki. Tak robią np. Niemcy, którzy w męskiej kadrze nie mają Chińczyków, ale mają ich dużo w lidze.

Długo pan będzie jeszcze grał? Wyznacza pan sobie jakieś cele?

- Moim marzeniem jest występ na igrzyskach w Londynie. Niewielu jest chyba sportowców, którzy byli na pięciu. Super, że wygraliśmy ten medal ME, bo to daje mi dodatkową motywację. Karierę skończę na pewno po Londynie. Do tego czasu chciałbym jeszcze zdobyć jakiś medal na ME, wygrać zawody Pro Tour. Tylko medale i zwycięstwa będą pamiętane po latach.

Rozmawiał Jakub Ciastoń

Lucjan Błaszczyk

34 lata. Najlepszy polski tenisista stołowy. Zaczynał jako nastolatek w czasach Andrzeja Grubby i Leszka Kucharskiego. 12 razy zdobywał medale ME, m.in. złoty w mikście i cztery srebra w deblu. Uczestnik igrzysk w Atlancie, Sydney, Atenach i Pekinie. Wygrywał w zawodowym cyklu Pro Tour, dochodził do ćwierćfinałów MŚ. Od 15 lat występuje w najlepszej w Europie lidze niemieckiej, obecnie w barwach TTC Zugbrücke Grenzau.

Nieudany debiut Gołoty w Bundeslidze »