Sport.pl

Puchar Davisa: Hala w Liverpoolu zamarła, Anglicy zdruzgotani porażką z Polską

- Pokonaliśmy najbogatsze tenisowe państwo świata z Andym Murrayem w składzie. Pięć tysięcy ludzi na trybunach w końcówce zamarło - opowiada Sport.pl Radosław Szymanik, kapitan tenisowej reprezentacji Polski. Brytyjczycy bardzo nieprzychylnie potraktowali Polaków przed i po meczu - naszemu asystentowi zabronili kontaktów z kadrą, wystawili też rachunek za... wodę i jabłka.
Więcej o Pucharze Davisa na blogu Jakuba Ciastonia »

W niedzielę Polska pokonała w Liverpoolu 3:2 Wielką Brytanię w Pucharze Davisa. Punkty zdobyli Jerzy Janowicz, debel Mariusz Fyrstenberg - Marcin Matkowski i Michał Przysiężny. Rywalom nie pomógł Andy Murray, trzeci tenisista świata, który wygrał dwa single, ale nie miał wsparcia ze strony kolegów. Polska wygrała z Wielką Brytanią po raz pierwszy w liczącej 84 lata rywalizacji (osiem meczów). "Katastrofa w Pucharze", "Down and out again" - pisał poniedziałkowy "Sun".

- Jesteśmy po prostu za słabi, by grać z zespołami takimi jak Polska. Nie mamy drużyny - mówił Murray, który w przyszłym roku w reprezentacji raczej nie zagra. Brytyjczycy po raz pierwszy od 13 lat spadli bowiem do Grupy II Strefy Euro-Afrykańskiej. Czekają ich mecze z Monako, Litwą i Egiptem.

"Mierne przywództwo, mierna gra, mierni trenerzy" - pisze Neil Harman z "Timesa". Brytyjska federacja tenisowa jest najbogatsza. Co roku zarabia na Wimbledonie na czysto 50 mln funtów. Dwa lata temu za 40 mln funtów zbudowała w Roehampton najnowocześniejsze na świecie centrum treningowe, ale poza Murrayem nie ma ani jednego dobrego tenisisty. "Jak to możliwe, że od 25 lat nic się nie zmienia? Ktoś powinien wreszcie zapłacić za to głową" - pisze "Times".

Jakub Ciastoń: Jakie to uczucie wygrać z Brytyjczykami?

Radosław Szymanik, kapitan reprezentacji Polski: Super. To dla nas wszystkich jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Wygraliśmy na wyjeździe, w wypełnionej po brzegi hali na 5 tys. widzów. Doping był ogłuszający, ale w końcówce kibice cichli coraz bardziej, aż w końcu, gdy Przysiężny wygrywał z Evansem, było już tylko słychać: "Dajeeeeeesz Michał!". Naprawdę fajne uczucie.

Stawką meczu było "tylko" utrzymanie w Grupie I Strefy Euro-Afrykańskiej.

- Ale wygraliśmy z nimi po raz pierwszy. Oni mieli w składzie Murraya. Ostatnio im się może nie wiedzie, ale to jest jednak potęga sportowa i gospodarcza. W gazetach przed tym meczem właściwie nikt się nie zająknął o nas. Wszędzie było podgrzewanie atmosfery, że gra Murray, więc zwycięstwo mają w kieszeni. Zlekceważyli nas.

Łatwo nie było podobno także poza kortem...

- Zaczęło się od tego, że Brytyjczycy zabronili Nickowi Brownowi pomagać nam przy tym meczu. Nick to w polskim tenisie legenda. W 1991 r. był w kadrze Wielkiej Brytanii, która pokonała 4:1 ekipę Fibaka na kortach Legii, a od dwóch lat pomaga nam jako konsultant. Osiem tygodni w roku jest do naszej dyspozycji, jeździ na zgrupowania, ustalamy razem taktykę, jest stuprocentowym członkiem naszej kadry. Na igrzyskach w Pekinie chodził w dresie z napisem "Polska". Nasi chłopcy bardzo go lubią. Ale Brytyjczycy tak się nas przestraszyli, że zabronili mu nam pomagać. Dostał zakaz, nie mógł nawet pojawić się w Liverpoolu. Złamanie zakazu kosztowałoby go pewnie utratę pracy. Może i formalnie mieli prawo, ale zachowali się brzydko. Nieoficjalnie zabronili mu nawet kontaktować się ze mną.

Brown faktycznie został odcięty?

- Czy my jesteśmy dziećmi? Odpowiem tylko, że na świecie są telefony na kartę. Nick jest Anglikiem, ale w 100 proc. wspierał naszą ekipę. Jesteśmy drużyną. Oglądał relacje w BBC. Jego uwagi o rywalach były bardzo cenne.

Co jeszcze przeszkadzało w wygranej?

- Same nieszczęścia. Nasz lekarz Hubert Krysztofiak nie mógł pojechać, bo był w komisji antydopingowej na EuroBaskecie. W końcu Hubert znalazł fizjoterapeutę, ale ten pięć dni przed wylotem miał wypadek i wylądował w szpitalu. W ostatniej chwili dostaliśmy zastępstwo. Na miejscu spotkaliśmy się z bardzo chłodnym przyjęciem Brytyjczyków, którzy patrzyli na nas spode łba. W szatni dali nam tylko wodę, a na koniec wystawili fakturę za wszystko z wodą i jabłkami wyliczonymi co do butelki i sztuki. Z taką "gościnnością" jeszcze się nie spotkałem w Pucharze Davisa.

Ale na korcie utarliście nosa Brytyjczykom.

- Od początku wierzyliśmy w zwycięstwo. Murray niby miał kłopoty z nadgarstkiem, ale był mocny. Kluczem była wygrana Mariusza i Marcina w deblu. Powiedzmy sobie szczerze, że ostatnio nie spisywali się najlepiej, ale na ten mecz się zmobilizowali. Pokonanie Evansa też nie było łatwe. Janowicz i Evans mają po 19 lat, obaj pod ogromną presją. Lepiej wytrzymał ją Jurek. Brytyjczycy grali jak o życie, ale przegrali.

Długo przygotowywaliście się do tego meczu?

- Kilka miesięcy. Byłem m.in. w USA, żeby zobaczyć na żywo Rossa Hutchinsa, ich deblistę. Brytyjczycy mieli tylko pecha, bo w ostatniej chwili rozchorował im się James Ward, drugi singlista, ale nie wiem, czy dałby nam radę.

My graliśmy bez naszego najlepszego tenisisty Łukasza Kubota.

- Po ostatniej piłce ich kapitan John Lloyd podszedł do mnie i spytał: "Skąd wy macie tego Przysiężnego? Ranking 670, a gra, jakby był w pierwszej setce". Nie chciałem już go dobijać, ale cisnęło mi się na usta, że wygraliśmy ten mecz bez naszej rakiety numer jeden. Łukasz w tym roku w kadrze grać nie chciał. Koncentruje się na walce o Masters w deblu z Oliverem Marachem. Robiliśmy dużo, by jednak zagrał. Wygraliśmy bez niego. Atmosfera i tak była wspaniała. Jestem dumny z chłopaków.

Więcej o: