"On też chciał złota". Dzisiaj rocznica śmierci Arkadiusza Gołasia

"On też wracał z mistrzostw Europy. Wtedy jeszcze bez medalu, ale miał po niego sięgnąć na następnych - w Moskwie, bądź teraz w Turcji. Dziś mijają cztery lata od śmierci Arkadiusza Gołasia" - pisze na swoim blogu Przemysław Iwańczyk. Dziennikarz "Gazety Wyborczej" i Sport.pl we wpisie przytacza wspomnienie o tragicznie zmarłym siatkarzu, jego przyjaciela Krzysztofa Ignaczaka.
Właściwie trudno cokolwiek mądrego w takim dniu napisać - zresztą podobnie było zaraz po wypadku, do którego doszło w piątkowy poranek 16 września na autostradzie w Austrii. Załączam więc wspomnienie Krzysztofa Ignaczaka, który opowiedział mi kiedyś o swoim przyjacielu.

"Przez te wszystkie lata pokłóciliśmy się dwa razy. W obu przypadkach cisza trwała 20 minut. Później jak na komendę podnosiliśmy się z łóżek, ubieraliśmy i wychodziliśmy na kolację. Obaj wiedzieliśmy, o co chodzi. Słowa były niepotrzebne.

Poznaliśmy się w Rzeszowie. Pojechałem tam jako reprezentant Polski juniorów, on - uczeń Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Nawet nie przypuszczałem, że nasze drogi ponownie zejdą się w AZS Częstochowa. Wchodził do naszego zespołu z charakterystyczną dla niego nieśmiałością. Miał się od kogo uczyć, bo byli u nas tacy gracze jak Siergiej Orlenko czy Dawid Murek. W klubie była jednak taka atmosfera, że od razu przyjęliśmy go jak swojego. No i się zaczęło. Na zgrupowaniach w pokoju, na zabawach w dyskotece, na piwie, praktycznie non stop razem. Niepostrzeżenie Arek stał się członkiem mojej rodziny. Nawet kiedy zacząłem grać w Bełchatowie, mieszkałem ciągle w Częstochowie. I tam gościliśmy się niemal codziennie - on u mnie na obiedzie, ja u niego. Poznałem też jego rodziców i dziś mogę powiedzieć, że mogą być dumni, że wychowali takiego syna. Człowieka, któremu nigdy nie przewróciło się w głowie. Potrafił pochylić się nad innymi.

Wielką rolę w jego życiu odegrała Agnieszka. Od momentu, kiedy się poznali, była dla niego oparciem, pomagała podnosić się w najgorszych chwilach. Arek potrafił mówić o niej bez przerwy. Byli idealnie dobraną parą. Cieszyliśmy się z żoną, że tak się dobrali.

Połączyły nas z Arkiem także wspólne pasje - komputery i fotografia. Był w tym niedościgniony wśród kolegów z klubu i reprezentacji. Ostatnio nawet żartował, że jak przestanie grać, to zostanie albo hakerem, albo fotoreporterem. Komputer wciągnął nas na tyle, że potrafiliśmy siedzieć przed nim godzinami. Zamawialiśmy pizzę, ewentualnie Arek robił kanapki z serem i baleronem, i bez przerwy graliśmy w "Heroes Of Might And Magic III".

Nie opuszczaliśmy także nowości kinowych. Jak nie było czegoś ciekawego w Częstochowie, to wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Zabrza albo jeszcze dalej. Kiedy brakowało czasu, zostawało nam DVD. Dzień przed jego śmiercią też oglądaliśmy film. Ubawiliśmy się do łez, bo to była komedia.

Arkowi, bardzo skromnemu chłopakowi, trudno było się przestawić, odnaleźć w świecie popularności. Gdziekolwiek się ruszyliśmy, dziewczyny wzdychały na jego widok. Kiedyś szliśmy ulicą, spotykają nas kibice i proszą o zdjęcie. Ponieważ grałem od Arka trochę dłużej, myślałem, że to do mnie. Odparłem, że nie ma sprawy, i istotnie, chodziło o mnie - tyle że ja miałem fotografować, a nie pozować.

"Goły", choć był nieśmiały, miał idealny kontakt z dziećmi. Czy to z moim Sebastianem, czy też z córkami Grześka Szymańskiego i Krzyśka Gierczyńskiego. Nasze rodziny spędzały ze sobą mnóstwo czasu. Arek i żona Agnieszka byli z nami nawet w chwili, kiedy moja żona robiła test ciążowy.

Ostatnie nasze zgrupowanie to Spała. Tam Arek dostał od Raula Lozano pseudonim "Bestia". Choć był wielkim łasuchem, potrafił zjeść dwie tabliczki czekolady od razu, nigdy nie przytył. W ogóle był wzorem, jeśli chodzi o profesjonalne podejście do sportu. Przedkładał naukę nad pieniądze. W kraju mógł dostać o wiele większy kontrakt, a mimo to pojechał do Włoch, by się rozwijać. Czwartek wieczorem wyruszył na prezentację w nowym klubie Lube Banca Maccerata. Niestety, była to jego ostatnia podróż"...

Więcej informacji o siatkówce znajdziesz na blogu Przemysława Iwańczyka


Świderski odda achillesa za medal