El. MŚ 2010: Trenerzy z zagranicy przestraszą się casusu Beenhakkera

- Na następnego selekcjonera zza granicy poczekamy wiele lat. Nawet nie dlatego, że dopilnują tego władze PZPN. Każdy kandydat zaopatrzony w doświadczenia Beenhakkera trzy razy się zastanowi zanim wsiądzie do samolotu do Polski - pisze na swoim blogu dziennikarz Sport.pl i "Gazety Wyborczej" Michał Szadkowski.
- Tuż po nominacji Leo wśród działaczy i dziennikarzy zawiązał się klub kibica rywali reprezentacji Polski. Podrywających się z foteli, gdy przeciwnik drużyny Beenhakkera strzelił gola, a łapiący się za głowę, gdy trafiał piłkarz w biało-czerwonej koszulce. Cieszyli się działacze, gdy Polska przegrywała z Kazachstanem w Warszawie, rok temu we Wrocławiu loża vipowska radowała się nawet bardziej niż sektor zajmowany przez kibiców ze Słowenii - pisze na swoim blogu Szadkowski ».

- Ale to było mało. Selekcjonera oskarżono o handel piłkarzami. Okazało się, że złodziejem w krystalicznie czystej polskiej piłce jest przybłęda z Holandii. Nie udało się trenera utaplać w błocie i przepędzić natychmiast, postawiono więc obrzydzić go publiczności. Z mrówczą pracowitością i dokładnością potrzebną do pracy z szydełkiem cytowano Beenhakkera co do przecinka - ciągnie dalej Szadkowski.

- Leo powinien odejść, bo przegrał eliminacje. Na następnego selekcjonera zza granicy poczekamy wiele lat. Nawet nie dlatego, że dopilnują tego władze PZPN. Każdy kandydat zaopatrzony w doświadczenia Beenhakkera trzy razy się zastanowi zanim wsiądzie do samolotu do Polski. I najprawdopodobniej wybierze miejsce bardziej cywilizowane - kończy.

Debata Sport.pl: Dlaczegóż to następcą Beenhakkera koniecznie musi być Polak?