Trener Mai Włoszczowskiej: Widziałem wiele, ale...

- To sport dla ludzi twardych, z charakterem, nie dla mięczaków. Jeśli ktoś wypisuje na forach internetowych, że kolarstwo górskie to rowerowe przejażdżki, wie tyle, ile pojeździ sobie po Lesie Kabackim w Warszawie - powiedział Andrzej Piątek, trener Mai Włoszczowskiej.
Koszmarny wypadek Mai Włoszczowskiej »

Przemysław Iwańczyk: Wrócił pan właśnie ze szpitala. Co się dzieje z Mają?

Andrzej Piątek: Tomografia komputerowa na szczęście nie wykazała żadnych złamań, choć pierwszy lekarz badający Majkę przypuszczał, że ma pękniętą szczękę w dwóch miejscach. W pierwszych minutach po wypadku Maja rzeczywiście była nie do poznania. Po podaniu leków sterydowych jest o wiele lepiej, opuchlizna zaczyna schodzić. Noc spędzę w szpitalu, chcę czuwać przy Majce po zabiegu, który zaplanowano na wieczór.

To był ostatni trening przed sobotnim wyścigiem elity, ostatnia runda, w której Maja miała pojechać na 100 proc...

- Stałem na dole. Zadzwonił telefon. Spojrzałem, wyświetlił się australijski numer. W pierwszym momencie pomyślałem, że to kontrola antydopingowa. Dzwonił ktoś, kto zabezpiecza trasę i spytał, czy jestem menedżerem polskiej ekipy. Poinformował, że na trasie leży zawodniczka z numerem 5. Zabrałem lekarza ekipy, wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy w górę trasy. Majka leżała na drugim fragmencie skalnej przeszkody, w tym samym czasie pojawili się ratownicy. W pierwszym momencie po wypadku nie wiedziałem, co powiedzieć. Pomyślałem tylko: żeby nie była połamana. Zjechaliśmy wszyscy do namiotu medycznego, ale na przyjazd ambulansu czekaliśmy około półtorej godziny. Później jeszcze oczekiwanie w samym szpitalu na szczegółowe badania.

Co na to organizatorzy?

- Czekając na ambulans zawołałem Pierre'a Blancharda, lekarza z ramienia UCI [międzynarodowa unia kolarska - red.]. W kolarstwie, jeśli chce się wycofać z wyścigu bez regulaminowej kary, potrzebna jest opinia takiego medyka. Blanchard wszedł do namiotu, nic nie powiedział, pokręcił głową i wyszedł. Z tego, co mówił mi mój asystent Grzegorz Dziadowiec, który pojechał na odprawę techniczną, po wypadku Mai wyłączono ten feralny fragment z trasy wyścigu.

W szpitalu spotkaliście innych kolarzy, którzy wykładali się na trasie mistrzostw świata.

- Tak, dziś był to Nowozelandczyk i Szwajcar. Nie tylko nasi kolarze narażeni są na niebezpieczeństwo, byliście świadkami, że na tym samym odcinku co Majka przewróciła się choćby mistrzyni olimpijska Sabine Spitz. Widać organizatorom nie dało to do myślenia, choć codziennie pojawiali się tam ludzie z obsługi wyścigu.

Jak bardzo niebezpieczna jest to trasa?

- Fragment trasy, gdzie doszło do wypadku, w Polsce na pewno nie zostałby dopuszczony do wyścigu. Nie pamiętam trasy z takim głazem. Półtora metra wysokości, skąd spada się pionowo w dół. Owszem, można to objechać, ale za cenę kilku sekund. Przy pięciu rundach daje to dużą różnicę. Ktoś, kto tak jak my przyjechał do Australii po mistrzostwo świata, nie może pozwolić sobie na taką stratę.

Wrócicie do Polski zgodnie z planem?

- Tak, ale nie wyobrażam sobie, by Majka nie leciała biznes klasą. Przy jej urazach, a oprócz głowy trzeba wspomnieć także o barku, biodrze i kolanie, czego nie widzieliście.

Ten sezon Maja ma już z głowy.

- Najważniejsze, żeby była zdrowa. Mistrzynią świata może zostać za rok, dwa lub trzy lata, wszystko przed nią. Jestem przekonany, że nią zostanie.

Jedna z najważniejszych kolarskich maksym mówi, że wygrywa ten, kto zada sobie więcej bólu.

- To sport dla ludzi twardych, z charakterem, nie dla mięczaków. Jeśli ktoś wypisuje na forach internetowych, że kolarstwo górskie to rowerowe przejażdżki, wie tyle, ile pojeździ sobie po Lesie Kabackim w Warszawie.

Zajmuje się kolarstwem górskim od 1992 roku. Widziałem wiele różnych przypadków, byłem wiele razy w szpitali, na wiele się napatrzyłem. Jestem więc w jakiś sposób odporny. Ale trudno być odpornym, kiedy rozbijają się zawodniczki [kilka dni temu fatalnie upadła późniejsza mistrzyni świata do lat 23 Aleksandra Dawidowicz - przyp.red.] prowadzone przeze mnie przez 10 lat.