Berlin 2009. Złoto-srebrna polska tyczka. Korespondencja z Berlina

Anna Rogowska mistrzynią świata! Monika Pyrek wicemistrzynią świata! Wielka Jelena Isinbajewa pokonana!
Zobacz konkurs tyczkarek na zczuba.tv »

Sen stał się rzeczywistością. - Ja śnię - nie wierzyła w to jednak nowa mistrzyni świata, której do tytułu wystarczył skok na wysokość 4,75. - Być może to znak pod Boga, może to przeznaczenie, a może czas na przegraną - mówiła z trudem hamująca łzy Isinbajewa.

Zapłakane ze szczęścia Polki biegły dookoła stadionu owinięte w biało-czerwone flagi. Dokładnie wtedy, gdy na podium ze srebrnym medalem stawał miotacz Szymon Ziółkowski.

Monika Pyrek krzyczała przez megafony 70-tysięcznego stadionu olimpijskiego: "Dziękuję wszystkim kibicom, którzy tu przyjechali dla nas, szczególnie kibicom ze Szczecina". Stadion bił brawo. Polki były wczoraj bohaterkami lekkoatletycznego świata!

Konkurs był fascynujący.

Zwłaszcza, kiedy caryca tyczki Rosjanka Jelena Isinbajewa, która 26 razy biła rekord świata na stadionie i w hali, nie skoczyła najpierw 4,75 m. - Nie jestem w stanie wytłumaczyć, co się stało. Wszystko było perfekcyjne. Stadion wspaniały, lubię go, rozbieg świetny, kibice entuzjastyczni, forma wysoka, rozgrzewka idealna, samopoczucie znakomite. Nie wiem - mówiła później Rosjanka.

Ale po pierwszej próbie była jeszcze pewna siebie. W swojej pysze przeniosła ostatnie dwie próby na 4,80 m. To już jest bardzo poważna wysokość. I Jelena znów strąciła. Trener Witalij Pietrow wrzeszczał, gestykulował, ale to nic nie dawało.

W tym momencie w konkursie były już tylko ona i Polki. Pyrek bowiem również zaryzykowała. Mając zapewniony medal, swoją ostatnią próbę przeniosła na tę samą wysokość, co Isinbajewa - 4,80 m - ale powiedzmy sobie szczerze, statystyki wskazywały, że szanse na pokonania tej wysokości miała dużo mniejsze niż Rosjanka. Pyrek strąciła.

Rosjanka sprowadziła na siebie gigantyczną presję.

Musiała skoczyć 4,80 m, aby nie przegrać wszystkiego. Co prawda nie raz była w podobnej sytuacji. 27 razy w karierze skoczyła wyżej niż wynosi rekord Polski Rogowskiej - 4,83 m. Ja pamiętam dramatyczną rozgrywkę ze Swietłaną Fieofanową na igrzyskach w Atenach, gdzie też wszystko zależało od ostatniego skoku. Teraz, jeśli Rosjanka strąciłaby poprzeczkę, nie zaliczyłaby żadnej wysokości, bo swoim zwyczajem zaczynała bardzo wysoko. Oznaczałoby to złoto dla Rogowskiej, srebro dla Pyrek ex aequo z Amerykanka Chelsea Johnson!

Stadion zamarł.

A za chwilę wybuchnął w ogromnym krzyku sensacji.

Bowiem tym razem Jelenie się nie udało!

Dwukrotne mistrzyni olimpijska, dwukrotna mistrzyni świata po raz drugi w tym sezonie przegrała z Rogowską, po raz drugi w karierze przegrała z Pyrek. A właściwie przegrała ze sobą i swoją nadmierną pewnością siebie. Przegrała walkę o tytuł po raz pierwszy od brązowego medalu na mistrzostwach świata w Paryżu w 2003 roku.

W przypadku Polek było to bardzo długie oczekiwanie na sukces. Przerywane czasem zwątpienia w sens startowania i treningu, gdy na skoczni jest ktoś taki jak Isinbajewa.

Monika Pyrek zdobyła srebrny medal cztery lata temu w Helsinkach w jednym z najdziwniejszych i najtrudniejszych konkursów w jej karierze.

Potem były porażki - przede wszystkim w Pekinie, gdzie Pyrek była kompletnie rozbita piątym miejscem. - Może ja nie jestem do tego stworzona, może nie dane mi jest nigdy zdobyć tego medalu - mówiła zaraz po olimpijskim finale w Ptasim Gnieździe.

Jeszcze przed tymi mistrzostwami były chwile zwątpienia. - Zgubiłam rytm, skoki były niestabilne, coś się gmatwało - mówiła. Przeniosła się do Formii, gdzie, można powiedzieć, Isinbajewa lizała rany po londyńskiej porażce z Rogowską.

Co miała mówić Rogowska, brązowa medalistka igrzysk w Atenach, która później z powodów dramatycznych, niefortunnych zdarzeń nigdy nie potwierdziła tego sukcesu.

Dla niej ten okres był prawdziwym czyśćcem. Kontuzja achillesa, kontuzja dłoni nie dawały przez lata zdobywać medali, choć wiadomo było że Rogowska stać na wysokie loty. W tym czasie fachowcy podważali kwalifikacje jej męża i trenera Jacka Torlińskiego. Natomiast tym razem Rogowska wierzyła w sukces jak nigdy.

I wtedy nastąpił kolejny zwrot w tej historii. Na pięć dni przed najważniejszym startem kolejna klęska - przynajmniej tak się wydawało. Przy prostym ćwiczeniu Rogowska omal nie skręciła kostki. - Byłam załamana. Ale Jacek [Torliński, mąż i trener Rogowskiej - rl] powiedział: "Ania, otrzyj łzy. Dasz radę. Jesteś waleczna, będzie pięknie" - mówiła wczoraj po konkursie i znów z trudem hamowała emocje.

Rogowska i Pyrek znakomicie wiedzą, że kontuzje są nieodzowną częścią tego sportu. Przed mistrzostwami świata z rywalizacji odpadły faworytki - skacząca wyżej w tym roku Amerykanka Jennifer Stuczynski, Rosjanka Fieofanowa, która złapała kontuzje podczas deszczowego mityngu w Paryżu, a już na rozgrzewce w Berlinie boleśnie kontuzjowała się mocna Rosjanka Julia Gołubczikowa.

Wielogodzinne zabiegi doprowadziły Polkę do formy, ale nawet po eliminacjach Rogowska wcale nie była pewna, czy w finale będzie skakać na 100 procent. Kostka była fioletowo-sino-zielona, dwa razy grubsza z powodu obrzęku niż lewa. Opuchlizna zeszła dopiero 24 godziny przed finałem! Rogowska startowała z nogą oklejona plastrami.

- Kto wie, czy nie jest czas, aby częściej wygrywać z Jeleną. Nie jest nie do pokonania - powiedziała Pyrek. Faktycznie, Polki są jedynymi zawodniczkami, które pokonały Rosjankę w ostatnich dwóch latach.

Tę serię można przedłużyć.

Berlin 2009. Srebro dla Szymona Ziółkowskiego - czytaj tutaj »