Tomasz Majewski srebrnym medalistą w pchnięciu kulą

Polskiego kulomiota pokonał Christian Cantwell w pasjonującym pojedynku wszechwag
zCzuba.tv: Zobacz jak Majewski zdobył srebro »

Mistrz olimpijski wyjeżdża z Berlina z tytułem wicemistrza świata. Majewski odebrał wczoraj podczas dekoracji srebrny medal jak niechcianą reklamówkę eko-odkurzaczy wsuniętą pod drzwi mieszkania na Ursynowie. Z brakiem szacunku, właściwym sportowcowi poprawiającemu się z roku na rok, do soboty najlepszemu na świecie, mistrzowi olimpijskiemu.

- Miałem być mistrzem świata! - powiedział wciąż rozemocjonowany w gorącej jeszcze atmosferze tuż po konkursie. Przy wyjściu z podziemi stadionu ciskał się i gestykulował, kręcił głową z mieszaniną złości i rozczarowania. - Moja pozycja nie pozwala, abym myślał o czymś innym niż zdobycie złotego medalu.

Być może więcej respektu dla tytułu wicemistrza świata polski olbrzym okaże po kilku dniach, kiedy opadnie adrenalina związana z konkursem, kiedy opadną emocje związane z porażką.

Konkurs to chyba nawet złe słowo, aby opisać to, co się działo na rzutni stadionu olimpijskiego. Wydarzenia bardziej przypominały pojedynek bokserski i nie mam tu na myśli krótkich walk Andrzeja Gołoty z niektórymi mistrzami świata, lecz starcie dwóch równorzędnych przeciwników głodnych zwycięstwa, wyrachowanych z jednej strony, a jednocześnie zmuszanych specyfiką konkurencji do kontrolowanej eksplozji emocji, raz za razem. Wierzących we własne siły i realnie oceniający siły rywala. Obaj wiedzieli, że gdy przeciwnikowi uda się rzut sezonu, mogą z nim przegrać.

Runda rozpoznawcza tej walki odbyła się w porannych eliminacjach. Majewski zdobył w niej nieznaczną przewagą psychiczną nad przeciwnikiem, pchając aż ponad pół metra więcej niż Cantwell.

Wieczorem Amerykanin przeszedł z miejsca do generalnego ataku. Najpierw ustawił przeciwnika do uderzenia na rozgrzewce. Pchał po 22 metry, co Polak - niby ignorując rywala - doskonale widział kątem oka.

Jak już Cantwell ustawił Majewskiego, uderzył go szybko i mocno. W pierwszej kolejce - wchodząc do koła jako pierwszy - był najlepszy. Majewski, aby go pokonać, musiałby pchnąć dalej niż w złotej próbie w Pekinie.

Polak przeszedł do kontry w czwartej kolejce. W tej samej, która dała mu zwycięstwo na igrzyskach olimpijskich. Potężnym ciosem posłał Cantwella na deski - 21,68 m. Zanim Amerykanin otrząsnął się i doszedł do siebie, Majewski poprawił - zadał jeszcze jedno uderzenie, wydawałoby się kończące na 21,91 m, czyli zaledwie cztery mniej od rekordu życiowego. - Myślałem, że to koniec - mówił Majewski. - Ale Cantwell był dziś bardzo silny.

W sporcie najważniejsze jest to, co dzieje się na końcu.

W piłce w ostatnim kwadransie strzela się najwięcej goli, w boksie po 10. rundzie decydują się wielkie pojedynki, w Alpach dla kolarza liczy się ostatni podjazd etapu Tour de France, a w zażartym meczu NBA czwarta kwarta.

W piątej, przedostatniej rundzie Cantwell podniósł się z desek. Wchodził do koła po Majewskim, jako ostatni, i znalazł w sobie rezerwy siły i motywację człowieka, który nigdy nie wygrał ważnego konkursu na stadionie i zadał cios, którym znokautował Majewskiego - 22,03 m.

Polak mówił później, że miał jeszcze siły na odpowiedź, że był nakręcony do walki. Ale kilka zdań wcześniej - podczas tej samej gorącej rozmowy w podziemiach Olympiastadion pół godziny po zakończeniu walki - mówił, że najbardziej rozczarowany jest tym, że nie walczył do końca, że sknocił ostatnią próbę.

W świecie boksu funkcjonują dwa powiedzenia, obydwa można zastosować do pchnięcia kulą. Z jednym zastrzeżeniem - nie muszą się zawsze sprawdzać. Nie są prawem powszechnej grawitacji.

Pierwsze to "wielcy padają ciężej".

W przypadku Majewskiego wygląda na to, że w przegranej walce z Cantwellem odniósł poważne rany na psychice wielkiego sportowca. Pytanie, czy się po takiej porażce podniesie. Wiadomo, nie wycofa się ze sportu, co to, to nie. Ale czy w przedostatniej lub ostatniej kolejce za dwa lata na MŚ Daegu w Korei, czy za trzy lata na igrzyskach w Londynie stać go będzie na próbę, w której pobije rekord życiowy i pokona dzięki temu przeciwnika?

Drugie pytanie dotyczy ściśle mistrzów wszech wag: "Oni nigdy nie wracają".

Tylko jednemu kulomiotowi w historii udało się obronić tytuł mistrza olimpijskiego. Nikomu nie udało się zdobyć tytułu mistrza świata i mistrza olimpijskiego. Po prostu jest to jedna z najbardziej wyrównanych konkurencji lekkoatletycznych i najbardziej konserwatywnych. Od ponad 100 lat nic się w niej nie zmieniło. Pcha się tą samą kulą z tego samego koła, ślizgiem lub obrotami - to jedyna zmiana od 1896 roku.

W boksie od lat 60. powiedzenie o rzekomo niemożliwych powrotach nie jest już obowiązujące, bo zaczęli wracać na potęgę. Czas na pchnięcie kulą. Co wy na powiedzenie: "Oni nigdy nie wracają, nie licząc Majewskiego"? Bo on jest za.

"No k...a nie udało się - mówił po konkursie o 3. Tomasz Majewski »


Liczby

0
nie ma w historii przypadku, aby mistrz olimpijski w pchnięciu kulą zdobył tytuł mistrza świata

1
Tylko raz się zdarzyło, że mistrz olimpijski obronił tytuł na następnych igrzyskach - Amerykanin Parry O'Brien w 1952 i 56 roku

17
na 27 konkursów olimpijskich w pchnięciu kulą wygrali Amerykanie oraz 7 z 12 konkursów mistrzostw świata

Kula u nogi

Są pewne nieścisłości co do przebiegu wypadku ma mityngu w Londynie sprzed niecałego miesiąca, kiedy kula spadła na nogę Christiana Cantwella. - Może pan powiedzieć, jak to się stało - zapytał dziennikarz z USA. - Tak. Po prostu on spuścił mi ją na nogę - odpowiedział prosto Cantwell, wskazując na Majewskiego. W tym czasie Polak zaprzeczał palcem i kręcił głową, mrucząc do mikrofonu "Nie, to nieprawda". Sytuacja wzbudziła śmiech na sali. - A potem pojechaliśmy do Barcelony i on tam wygrał - kontynuował Amerykanin z przekąsem.

- Kula była przeznaczona dla mnie, rękę wyciągnął Christian, chłopiec od podawania się zagubił - tłumaczył Majewski.

A na koniec dodał: - Następnym razem znajdę dla ciebie jakąś cięższą.

rl