Sport.pl

Majewski: Moc jest we mnie coraz większa

Tomasz Majewski pobił rekord życiowy na trzy tygodnie przed startem w mistrzostwach świata. Mistrz olimpijski z Pekinu pcha coraz dalej, ale rywale są jeszcze lepsi. Olbrzymiemu Christianowi Cantwellowi nie przeszkodziła nawet siedmiokilowa kula zrzucona na stopę.
Radosław Leniarski: W weekend pobił pan rekord życiowy (21,64 m), regularnie pcha pan powyżej 21 metrów. Czy to już forma gotowa na mistrzostwa świata, które zaczną się za kilkanaście dni?

Tomasz Majewski: Próba na mityngu w Barcelonie jeszcze nie była najlepsza. Owszem, trafiłem w tempo, kula dobrze "siadła". Ale na igrzyskach w Pekinie było jeszcze lepiej, najlepiej w życiu. Wtedy wszystko razem zagrało, technicznie też próby były lepsze.

To jakim cudem teraz pcha pan dalej niż wtedy, gdy było najlepiej?

- Bo jestem mocniejszy fizycznie. Wszedłem na inny, wyższy poziom mocy.

Ale dobre wyniki już teraz rzeczywiście mnie trochę zastanawiają, bo powinienem być zatłuczony przez ciężką pracę, jaką wykonywałem. Ale to chyba powód do zadowolenia. Teoretycznie bowiem, jak trochę odpuszczę i odpocznę przed mistrzostwami świata w Berlinie, powinien nabrać świeżości i pchać jeszcze dalej. Liczę, że forma będzie rosła. W Berlinie będę chciał pchnąć 22 metry. Myślę, że tyle będzie trzeba, by zdobyć tytuł mistrza świata.

Ma pan kilku konkurentów na papierze mocniejszych. Pana życiowy rekord jest prawie o metr słabszy od wyniku Christiana Cantwella, a on ma dopiero drugi wynik w tym roku, za swoim rodakiem Reese Hoffą. Pana wynik jest dopiero szósty w tym sezonie...

- Cantwell będzie cholernie mocny w Berlinie, ja to wiem. Jak nic nie stanie się z jego głową, będzie bardzo trudny do pokonania. Teoretycznie może pchać dużo dalej ode mnie i od wszystkich pozostałych kulomiotów. Ale w trudnych chwilach zawsze mu brakuje techniki, choć widzę, że bardzo poprawił się w tym sezonie, ale czy to mu wystarczy? Dotąd nie potrafił wykorzystać swojej mocy w najważniejszych chwilach. Jest dwukrotnym mistrzem świata w hali, ale nawet tam czasem mu się nie udaje - nie wszedł do ścisłego finału na mistrzostwach świata w Moskwie w 2006 roku. Na powietrzu przegrał ze mną w Pekinie, na mistrzostwach świata w Helsinkach był piąty. Zdarza się, że nie kwalifikuje się do amerykańskiej drużyny - tak było przed mistrzostwami świata w Osace w 2007 r. Tymczasem mocą przewyższa wszystkich o niebo, więc jak się zejdzie technika i porządek w głowie...

Cantwell może jeszcze mieć kłopoty ze stopą. Podobno miał bardzo pechowy wypadek na mityngu w Londynie?

- Chłopiec od podawania sprzętu podczas rozgrzewki zrzucił mu kulę na stopę. Biegł, aby podać ją mnie, ale omyłkowo podał ją Cantwellowi. Makabra. Christian zrobił okropną awanturę, ale w 10 min się ogarnął i potem oddał sześć prób, przy czym w ostatniej pobił wszystkich i wygrał konkurs. Śmialiśmy się, że dlatego zwyciężył, bo tak bardzo się wkurzył.

Następnego dnia w Barcelonie opowiadał, że tak samo było ze mną na tym mityngu, gdzie go pokonałem i pobiłem życiówkę. Bo sędzia prawem kaduka uznał, że spaliłem dwie próby.

Cantwell to najgroźniejszy rywal. Waży 150 kg i ma prawie dwa metry wzrostu. Na ławeczce wyciska 288 kg - to naprawdę imponujące. Ale są jeszcze inni rywale, którzy wystartują 15 sierpnia w kwalifikacjach do finału w Berlinie...

- Głównie Amerykanie. Hoffa ma w tym sezonie najlepszy wynik. Ale jest również Adam Nelson. Właściwie skreśliłem go w tym sezonie z listy moich najgroźniejszych przeciwników, ale chyba przedwcześnie. W Londynie też osiągnął ponad 21 metrów i był czwarty. Jest jeszcze Daniel Taylor, który w tym roku miał lepszy wynik ode mnie. Oni wszyscy wystartują w Berlinie. Ja tam się znajdę na dwa dni przed startem, czyli 13 sierpnia. Przedtem będę zbierał siły. Ostatnie starty przed mistrzostwami zaplanowałem na 30 lipca w Sztokholmie i 1 sierpnia na mistrzostwach Polski w Bydgoszczy.

Majewski opowiada o wypadku Cantwella - czytaj więcej »


Więcej o: