11. etap Tour de France: Sapa uciekał, Cavendish wygrał, Nocentini liderem

Jedyny polski kolarz jadący w Tour de France uciekał przez ponad 160 km. Peleton wchłonął Marcina Sapę i towarzyszącego mu Belga Johana Van Summerena tuż przed wjazdem do Saint-Fargeau, gdzie kończył się 11 etap.
Cisza w eterze = nuda na rowerze »

Sapa ze skłonności do długich ucieczek zasłynął już w Polsce, jeżdżąc w półamatorskich i zawodowych grupach. Jego samotne eskapady rzadko kończyły się sukcesem. Wygrał jeden etap w Tour de Pologne w 2004 roku, kilka mniejszej rangi wyścigów w Polsce, Słowacji i Chorwacji, w ubiegłym roku sięgnął po tytuł mistrza Polski.

Na zdolności Sapy do brawurowej jazdy na etapach zwrócił uwagę kilku włoskim grupom dyrektor Tour de Pologne Czesław Lang. Na podpisanie rocznego kontraktu zdecydował się zespół Lampre, który z Polakami ma dobre doświadczenia. W drużynie jeździł wicemistrz świata Zbigniew Spruch, a do ubiegłego roku Sylwester Szmyd. Lampre podpisało kontrakt z Sapą na rok, licząc na to, że w długich wyścigach przez kilka godzin pokaże telewidzom z całego świata logo głównego sponsora - producenta blach cynkowych.

Nie przeliczyli się.

W ubiegłym tygodniu, na piątym etapie z Le Cap d'Agde do Perpignan sadownik spod Konina uciekał w sześcioosobowej grupie śmiałków. Akcja w przypadku Sapy nie zakończyła się powodzeniem (wygrał towarzysz ucieczki Thomas Voeckler, Polak został złapany na kilka kilometrów przed metą), ale zyskał szacunek w peletonie i przydomek "motoSapa".

W środę 32-letni kolarz ruszył do ataku 24 kilometry po starcie wraz z mierzącym aż 197 cm Belgiem Johanem Van Summerenem, zwycięzcą Tour de Pologne sprzed dwóch lat.

W początkowej fazie etapu polsko-belgijskiemu tandemowi pomagał wiatr w plecy, dzięki czemu w pierwszej godzinie osiągnęli zawrotną przeciętną prędkość - 49,7 km na godz. Przewaga dwójki nad peletonem sięgnęła w tym momencie 4 minuty 35 sekund. Częściej nadającym tempo kolarzem był Sapa - spędził około 60 proc. czasu na czele ucieczki. Akcja była z góry skazana na niepowodzenie, choć na oficjalnej stronie wyścigu Francuzi grzecznie wskazali, że Polak zwycięzca etapu to nie całkowita egzotyka - w 1993 roku w Saint-Lary Soulan wygrał przecież Zenon "Jasluka". W peletonie tempo nadawała jednak grupa Columbia pracująca na to, by kolejne zwycięstwo etapowe odniósł ich lider Brytyjczyk Mark Cavendish. Od czas do czasu na czoło grupy wychodzili kolarze zespołu Garmin. Wielcy tego wyścigu trzymali cały czas rękę na pulsie.

Peleton połknął Sapę i Van Summerena 5 km przed metą. Obaj przyjechali na metę pół minuty za główną grupą. Taką cenę zapłacili za niemal czterogodzinny wysiłek. Stosunek ceny do zysku, jaki odniósł polski kolarz dzięki swej odwadze, jest korzystny. Atak przyniósł mu symboliczne punkty w klasyfikacji punktowej i górskiej, które plasują go w piątej dziesiątce obu rankingów, ale najważniejsze, że został ponownie zauważony, wypełnił zadanie stawiane mu w grupie i w zawodowym peletonie, w których Polacy mają zaledwie trzech reprezentantów (oprócz Sapy w barwach grup ProTour jeżdżą Sylwester Szmyd i Maciej Bodnar w Liquigasie), może zostać dłużej niż rok. W ucieczkach Sapa przejechał już w Tour de France około 355 km. Więcej - 403 km - ma w tej nieoficjalnej klasyfikacji Rosjanin Michaił Ignatiew.

Etap rozstrzygnęli między sobą sprinterzy. Czwarte zwycięstwo w tegorocznym Tour de France, a ósme w karierze swoich startów w Wielkiej Pętli odniósł Mark Cavendish. 24-letni kolarz Team Columbia wyrównał rekord brytyjskich wygranych w wyścigu należący do Barry'ego Hobana. Tyle tylko że Hoban potrzebował na osiem zwycięstw ośmiu lat, a Cavendish tylko dwóch. Brytyjczyk zdjął też zieloną koszulkę najlepszego sprintera wyścigu z pleców swojemu wielkiemu rywalowi Norwegowi Thorowi Hushovdovi. Ma jeszcze jeden cel w wyścigu. - Wygrać na Polach Elizejskich w Paryżu - powiedział.

Francuski "L'Equipe" próbował rozszyfrować fenomen kolarza z Wyspy Man. Według francuskich dziennikarzy źródeł jego sukcesu jest kilka. Przede wszystkim mocna drużyna, która prowadzi go aż do ostatnich metrów etapu. - On sam jest o 5 proc. lepszy od innych, a jego zespół o 5 proc. od rywali - mówi francuski kolarz Jimmy Casper. Wszyscy kolarze zazdroszczą mu niezawodnej intuicji. Cavendish wyczuwa idealnie moment ataku, co jest również efektem indywidualnej pracy z psychologiem. Najlepszy sprinter Tour de France czerpie doświadczenie z wielu lat spędzonych na torze (jest dwukrotnym mistrzem świata w wyścigu amerykańskim). Nikt też nie może się z nim równać pod względem siły. - To nie jest różnica 50 watów. Jego rywalom brakuje czasami na finiszu 200 watów - tłumaczy Frederic Moncassin.

W czwartek kolejny etap, który powinien stać się popisem sprinterów, z Tonnerre do Vittel (211 km).

Więcej o Tour de France - czytaj tutaj »