Tour de France w podwójnym nelsonie

Peleton zdominowała mocarna grupa Astana, jej rywalom nie pomogli organizatorzy - mety etapów nie pozwalają na śmiałe ataki na liderów. Analiza przed 10. etapem Tour de France - relacja na żywo na portalu Sport.pl
- Najważniejszych postaci wyścigu nikt nie zaatakuje, kiedy meta jest na płaskim, kilkadziesiąt kilometrów od ostatniego szczytu - przewiduje Dariusz Baranowski, uczestnik kilku Tour de France.

Przed kolarzami jeszcze pięć dni w górach - dzień w Wogezach, trzy dni w Alpach, a na koniec Mt Ventoux.

Ta ostatnia góra stanowi wielkie wyzwanie dla górali. - Najtrudniejsza we Francji - mówi Lance Armstrong. Ale z pozostałych czterech etapów górskich tylko jeden kończy się na wzniesieniu, wcale nie imponującym - niedzielny etap z Pontarlier do Verbier. Oprócz mety w Arcalis, etapy pirenejskie nie kończyły się jazdą pod górę. Nawet legendarny Tourmalet, góra, która 73 razy znalazła się w Tour de France, nie został wykorzystany - kolarze finiszowali po aż 70-kilometrowym zjeździe. Jakakolwiek ucieczka podczas wspinaczki na Tourmalet zostałaby zlikwidowana podczas zjazdu.

Kibice uważają, że brak met na szczytach to niedociągnięcie organizatorów, którzy idą na kompromis ze swoimi księgowymi i każą kolarzom finiszować w miastach. To miasta najwięcej im płacą, a nie kozy, które pasą się na szczytach.

Rozczarowani są też kolarze, którzy liczyli na możliwość ataku. Na przykład ubiegłoroczny zwycięzca Carlos Sastre.

W peletonie warunki dyktują kolarze grupy Astana. Oni nie życzą sobie żadnych niespodzianek. W najlepszej szóstce wyścigu jest ich aż czterech: generałowie Alberto Contador i Lance Armstrong oraz ich adiutanci Levi Leipheimer i Andreas Klöden. Liderem jest Rinaldo Nocentini, bo chciał tego Armstrong oraz szef sportowy grupy Johan Bruyneel, jednocześnie wieloletni przyjaciel Amerykanina. Nie zależało im, aby żółtą koszulkę zdobył właśnie ten kolarz, ale uznali, że łatwiej kontrolować wydarzenia, gdy liderem będzie zawodnik niezagrażający ich szansom na ostateczne zwycięstwo w Paryżu.

- Pozostali kolarze są sparaliżowani. Widziałem, jak próbował ataku Cadel Evans [dwukrotnie drugi w poprzednich Wielkich Pętlach, w sobotę próbował ataku 150 km przed metą, ale został połknięty przez peleton prowadzony przez Astanę]. Nieśmiało. No bo taki szturm jest z góry skazany na niepowodzenie. Astana jest zbyt silna - mówi Baranowski, który ma za sobą 10 wielkich tourów.

- Jeśli kolarz kandydujący do zwycięstwa atakuje i nic z tego nie wychodzi, odkrywa się. Inni już wiedzą, że nie muszą się go obawiać - mówi Ryszard Szurkowski. - Te najważniejsze chwile w wyścigu jeszcze nie nadeszły.

Słowa legendy polskiego kolarstwa mogą potwierdzić się w piątek - podczas 200-kilometrowej jazdy z Vittel do Colmar z zakazem komunikowania się z własną ekipą. W programie TdF anonsowany jest jako etap w średnich górach, ale Wogezy są bardzo strome. Szczególnie jedna góra - Col de Platzerwasel - gdzie są podjazdy o nachyleniu 12 proc. Po niej następują ostry zjazd i jeszcze dwie mniejsze wspinaczki. Meta usytuowana jest 20 km za ostatnim szczytem. - To, że nie ma radia, może wpłynąć na wydarzenia, choć oczywiście są sposoby, aby kontrolować peleton - przyznaje Szurkowski.

Do jednego desperackiego strzału przygotowani są świetni górale z Luksemburga - bracia Andy i Frank Schleck (Andy jest 9. ze stratą 1,49, Frank jest 13. - 2,25) - oraz Sastre czający się niecałe 3 minuty za Nocentinim.

Jeśli nie wykorzystają w piątek ciszy w eterze i gór, będą mieli jeszcze czasówkę - na nią liczy Brytyjczyk Bradley Wiggins (jest 5., ma tylko 46 s straty do lidera; w górach też nie odstaje - na Arcalis wjechał na czele grupy goniącej Contadora).

A jeśli i ona nie pomoże w pokonaniu Contadora lub Armstronga, pozostanie im desperacki atak na osławionej górze Ventoux, dzień przed finałem w Paryżu.

Fernando Alonso chce założyć grupę kolarską!nbsp»