Sport.pl

Wojciech Fibak: Federera nikt nie atakuje

- Po odejściu Pete'a Samprasa nie ma ani jednego klasowego tenisisty, który po serwisie ruszyłby do siatki, a tylko tak można pokonać Rogera Federera. Szwajcar sam już nie atakuje, bo nie musi. Wygodniej mu stać z tyłu kortu - mówi Sport.pl i ?Gazecie Wyborczej? Wojciech Fibak
Jakub Ciastoń: Czy po 15. wielkoszlemowym zwycięstwie Rogera Federera można stwierdzić, że jest najlepszym tenisistą w historii?

Wojciech Fibak: - W dzisiejszych czasach, gdy wygrane szlemy stały się najważniejszą miarą wielkości tenisistów, Federer jest oczywiście największy. Ale warto pamiętać, że np. Jimmy Connors wygrał najwięcej turniejów [147, w tym 109 ATP, Federer 60], a Rod Laver w latach 1963-68 nie mógł startować w szlemach, bo przeszedł na zawodowstwo. Razem z innymi Australijczykami walczył o prawo do zarabiania pieniędzy na tenisie. Laver był wtedy najlepszy i gdyby rocznie wygrał tylko dwa szlemy, uzbierałby dodatkowe 12. Razem miałby więc 23 tytuły i na liście wszech czasów byłby przed Federerem.

Laver grał w czasach drewnianych rakiet, leciutkiego przebijania piłki za siatkę. Teraz są kosmiczne prędkości, rakiety...

- Hipotetyczny mecz Federera z Laverem byłby wyrównany i Australijczyk mógłby wygrać. Potrafił wszystko, jak dziś Szwajcar. W Toronto zdmuchnął mnie z kortu, oddając jednego gema. Wiele lat później grałem z Agassim i szczerze mówiąc, kunszt Lavera robił na mnie większe wrażenie. To techniczny geniusz, leworęczny, z bajecznymi podcinanymi uderzeniami, wolejami, niezwykle wszechstronny, chyba jako pierwszy grał też top-spinem. Do tego bardzo odporny psychicznie, jak dziś Nadal czy kiedyś Connors.

Można porównywać różne epoki tenisowe? Jak stwierdzić, czy gracze sprzed 30-40 lat i Federer grali na zbliżonym poziomie?

- Da się to zrobić, bo można zbudować most łączący pokolenia. Laver, Rosewall czy Roche grali w późniejszym okresie kariery z Connorsem. To były zacięte mecze. Connors grał potem takie z Borgiem i McEnroe, a ten ostatni z Beckerem i Agassim. Federer z Agassim grał ciężkie pięciosetówki. To jest klamra, która wszystko spina i pokazuje, że drewniane rakiety nie mają nic do rzeczy. Teraz są inne naciągi, szybsze rakiety, lżejsze piłki, łatwiej się uderza i zdobywa punkty, ale na stykach pokoleń zawsze dochodziło do pojedynków między najlepszymi i były one zacięte. Gdyby na Federera wystawić 35-letniego Connorsa, to też mielibyśmy pięć setów. Szwajcar miałby problemy z returnami, precyzją i drapieżnością Amerykanina. Wielkość Federera polega m.in. na tym, że kocha historię. Na konferencji po Wimbledonie nie wywyższał się, że jest najlepszy, ale z uznaniem mówił o Beckerze, Borgu czy Laverze. Czuje niuanse różnych epok.

Federer wygrał z Samprasem w Wimbledonie. Można ocenić, który był lepszy?

- W 2001 r. Sampras przegrał w pięciu setach, ale gdyby zagrali 10 razy, to dziewięć wygrałby Amerykanin. Federer zagrał wtedy ekstremalnie ofensywnie. Sampras miał w piątym secie wygrany mecz, ale Federer zwyciężył, ryzykując atakiem po drugim serwisie. Musiał tak grać, bo gdyby stał z tyłu kortu, za chwilę miałby Samprasa z nosem w siatce. Dziś nikt nie atakuje Federera i dlatego tak dominuje.

Ofensywa jest aż tak ważna?

- Tak, bo po odejściu Samprasa nie ma w czołówce nikogo, kto po serwisie szedłby do siatki, a tylko tak, szczególnie w Wimbledonie, można pokonać Federera. Szwajcar mógłby atakować, ale tego nie robi, bo już nie musi. Ma za rywali Nadala, Murraya i Djokovicia. Wszyscy grają z kontry, defensywnie, a ostatnia dwójka czasem nawet asekurancko. Federer jest najszybszym, najlepiej poruszającym się tenisistą. Do tego ma olbrzymi arsenał zagrań. Ma też serwis, który generuje więcej asów niż w czasach Samprasa, bo rakiety i piłki są szybsze. Dlatego zostaje z tyłu, bo tak mu wygodniej. Dla mnie bohaterem Wimbledonu był Roddick, bo grał najodważniej. Mógł nawet wygrać finał.

Zwolennicy Samprasa twierdzą, że Amerykanin miał większą konkurencję niż teraz Federer.

- Od lat 70. do 90. w Wimbledonie była szybsza trawa. Sprzyjała ofensywie. I było więcej światowej klasy talentów, potrafili atakować i byli bardzo groźni. Gdy Becker i Sampras wygrywali Wimbledon, musieli ograć Edberga, Raftera, Ivanisevicia, Krajicka, Sticha. Wcześniej był Borg, Connors, McEnroe. Kiedyś przed Wimbledonem nie dało się przewidzieć, kto wygra. Konkurencja na pewno była większa. Teraz nie widać w ogóle ofensywnych tenisistów. Po serwisie do siatki chodzi może Ivo Karlović, ale to nie ta klasa.

Z Nadalem i Murrayem Federer ma więcej porażek niż zwycięstw. Ten argument też jest podnoszony w dyskusji nad jego wielkością.

- Sampras z Agassim wygrał większość pojedynków. Laver też dominował. Nie chcę tego nazwać szczęściem, ale ostatnie dwa turnieje ułożyły się pod Federera. Nadal w Paryżu był bez formy, a potem okazało się, że rozwodzą się jego rodzice, miał więc też zszargane nerwy. W Londynie nie zagrał, a Murray, który ma lepszy bilans ze Szwajcarem, nie doszedł do finału. Ale z drugiej strony pokazuje to, jak wielkim profesjonalistą jest Federer. Wygrał 15 szlemów w sześć lat. Właściwie nigdy nie miał kontuzji, nie był chory. To wielka sztuka. Sampras nie miał tak profesjonalnego podejścia. Do Rolanda Garrosa przygotowywał się z przymrużeniem oka.

Federer wygra kolejne szlemy?

- Tak. Ma przed sobą jeszcze kilka lat gry. Na US Open będzie faworytem, ale bardzo groźni będą Roddick i Murray. Czekam też na powrót Nadala.

Federer najlepszym tenisistą w historii? - czytaj tutaj »