Eksperyment Liga Światowa: Polska gra z Brazylią

Meczami w Brazylii rozpoczynają Polacy tegoroczną Ligę Światową. Tym razem, co nie zdarzyło się od lat, nikt nie marzy głośno o podium, ale na występ siatkarzy dawno nie czekaliśmy tak zaintrygowani. Mecz dzisiaj o 15 na żywo w Sport.pl
LŚ to ulubiona cykliczna impreza sportowa Polaków, z którą konkurował jedynie zakopiański konkurs skoków narciarskich w szczycie małyszomanii. Wraz z eksplozją jej popularności eksplodowała popularność całej okolicznej siatkówki, zagrażając hegemonii piłki nożnej i spychając na daleki plan pozostałe dyscypliny zespołowe. Wypełnione rozentuzjazmowanym tłumem hale odrywały się od ziemi, polski pomysł na siatkówkę stał się wzorcem dla reszty świata, a nasz kraj jedynym w Europie, który naprawdę żyje tym sportem.

Brakowało najważniejszego. Sportowego sukcesu. Od debiutu w 1998 roku Polacy nigdy nie doskoczyli do podium, choć dwukrotnie byli tuż-tuż. Czwarte miejsca zajmowali za kadencji trenera Raula Lozano, którego osiągi dziś często okraja się do wicemistrzostwa świata. Resztę przykrywają amnezja i wspomnienia awantur wynikających również z jego trudnego charakteru.

Zastąpił go Daniel Castellani, też Argentyńczyk. Na paszporcie podobieństwa się kończą. Nowy selekcjoner to typ koncyliacyjny, łagodny, preferujący partnerskie relacje z siatkarzami. Również bywał niedoceniany, nasłuchał się, że jego Skra Bełchatów nokautowała wszystkich ligowców głównie dzięki potędze finansowej klubu.

Rozpoczął Castellani od ruchu spektakularnego. Nawet do szerokiej kadry na LŚ nie powołał ludzi, którymi reprezentacja stała latami - od weterana Gruszki (jedyny wystąpił we wszystkich edycjach), przez Świderskiego i Plińskiego, po młodszych gwiazdorów Wlazłego i Winiarskiego. Dał odsapnąć najbardziej eksploatowanym (także zgłoszonemu do rozgrywek Zagumnemu), wyraźnie zhierarchizował turnieje, wycelował w eliminacje mundialu oraz mistrzostwa Europy, LŚ uznał za towarzyską okazję do wypróbowania młodych. Dotąd żaden selekcjoner nie potraktował jej tak radykalnie, choć to rzeczywiście rozgrywki towarzyskie, których niższą rangę rekompensują okazałe nagrody pieniężne.

Kibice okazjonalni, aktywizujący się tylko na mecze reprezentacji, nowej drużyny nie poznają. W kadrze na Brazylię ostało się zaledwie dwóch wicemistrzów świata z 2006 (Bąkiewicz, Grzyb) i trzech olimpijczyków z Pekinu (Ignaczak, Możdżonek, Woicki). Dlatego o podium, w które Polacy od lat tradycyjnie mierzą przed każdym możliwym turniejem, tym razem zawodników nikt nawet nie wypytywał. Nie wiadomo, czego spodziewać się po kompletnych żółtodziobach Łomaczu czy Jaroszu oraz kilku ich kolegach, którzy w kadrze zaliczyli tylko małe wprawki. Nierozsądne byłoby też zakładanie, że nowy trener w miesiąc scalił nowych ludzi w zwartą, świetnie rozumiejącą się grupę.

A jednak popisy nowiusieńkiej reprezentacji zapowiadają się intrygująco. Skoro nasza siatkówka mlekiem i miodem płynie, co nasze aspiracje wystrzeliwuje na pułapy medalowe, młodzi powinni już umieć fruwać przy światowej czołówce. Zwłaszcza że gwiazdy ostatnich lat w miażdżącej większości przekroczyły trzydziestkę, a Castellani nie jest wyjątkiem - większość selekcjonerów w LŚ eksperymentuje.

Rozgrywki rozpoczną się od szlagierów w Sao Paulo. Brazylijczycy utracili w zeszłym roku pozycję nietykalnego supermocarstwa, ale pozostali jedynym rywalem, którego Polacy nie umieją pokonać od lat. Nawet za kadencji Lozano, czyli w najlepszym czasie kadry od ćwierćwiecza, w trzech meczach urwali "Canarinhos" zaledwie jednego seta. To przeciwnik idealny - pozwala wyjść na boisko bez krępującej ruchy presji, a zarazem stanowiący piękne, sportowe wyzwanie.

Później presji uniknąć się już nie da. Nawet mniej doświadczonym siatkarzom czołowej ligi w Europie nie wolno wystraszyć się Wenezueli i Finlandii, zresztą trener Castellani zamierza wygrać połowę meczów eliminacyjnych, a prezes PZPS Mirosław Przedpełski oczekuje awansu do turnieju finałowego. W Belgradzie zagrają zwycięzcy czterech grup, gospodarze Serbowie oraz wicelider, któremu międzynarodowe władze przyznają dziką kartę. Co oznacza, że hołubionej przez działaczy FIVB Polsce może wystarczyć drugie miejsce, choć teoretycznie regulamin tego nie gwarantuje - na oficjalnej stronie na wszelki wypadek go nie ma i np. Włosi (naiwnie?) sądzą, że o awansie zdecyduje liczba punktów.

W każdym razie naszym siatkarzom wypadałoby wypracować najokazalszy wśród wiceliderów dorobek, żeby znów nie trzeba było ich wyciągać za uszy. Wyciągać poniekąd rękami polskich kibiców, którzy zwariowali na punkcie siatkówki i uczynili nasz kraj jej światowym epicentrum.

Winiarski: U Lozano już nie byłoby mnie w kadrze - czytaj tutaj »