Jak Stan Van Gundy źle mecz rozegrał

Siedząc na trybunach Amway Arena podczas meczu nr 4 finału NBA chciałem krzyknąć do trenera Orlando Magic: Hej, Stan! Skip to your Lou! - pisze z Orlando korespondent Sport.pl Łukasz Cegliński.
Zobacz Gortata na żywo - weź udział w konkursie »

Hałas generowany przez 17 tys. kibiców był ogromny, ale równie duże było moje niezrozumienie decyzji Stana Van Gundy'ego. Trener Magic całą czwartą kwartę i dogrywkę trzymał na parkiecie Jameera Nelsona - rozgrywającego, który na finały wrócił po czterech miesiącach przerwy spowodowanych kontuzją barku i sam przyznaje, że nie jest w 100 proc. gotowy do gry.
Widziałem w szatni zrezygnowanych Magic. Lakersi mają już tytuł!


Nelson był wielką zagadką rywalizacji z Los Angeles Lakers. Przed pierwszym meczem traktowano go jako czynnik, który może przesądzić o wygranej Magic. Teraz pisze się o nim jako o zawodniku, którego obecność na parkiecie zespołowi przeszkadza. "Próbował wrócić i wrócił. Wygrał, ale jego zespół przegrał. Dwukrotnie. To nic osobistego. Powrót Nelsona po prostu się nie udał" - napisał dziennikarz CBS po meczu nr 3, który Magic wygrali 108:104. Krytykowany za pierwsze dwa spotkania Alston zdobył wówczas 26 punktów, czyli ustanowił swój rekord kariery w play-off. Kontrolował tempo, przyspieszał grę, wchodził pod kosz i pokazywał świetne zwody.

"Nelson musi być odsunięty od gry. Niech usiądzie w pierwszym rzędzie z Tigerem Woodsem. Niech obejrzy mecz nr 4 w telewizji. Nie obchodzi mnie zresztą, gdzie pójdzie. Niech tylko nie wraca do składu Magic" - pisał dziennikarz CBS.

Cóż, w czwartek musiał przeżyć horror.

W pierwszych trzech meczach Nelson zdobył w sumie 12 punktów i miał siedem asyst. W czwartek - odpowiednio dwa i trzy. Grał nijako, niewiele wniósł do gry. Nie, Magic nie przegrali przez niego. Przegrali, bo fatalnie rzucali osobiste (tylko 59 proc.), mieli aż 17 strat i nie potrafili realizować taktyki w końcówce.

Ale ta porażka na własne życzenie sprowokowała wiele pytań "co by było gdyby?" Pierwsze z nich brzmi: jak Magic graliby w końcówce z Nelsonem? Drugie: dlaczego tak nie zagrali?

- Uważałem, że Rafer miał bardzo, ale to bardzo słabą trzecią kwartę. A z czasem przestało chodzić o to, czy gra jeden rozgrywający czy drugi - uważałem, że zestaw zawodników, który mamy na parkiecie w czwartej kwarcie, spisuje się dobrze. Że ich gra daje efekty - tłumaczył na konferencji prasowej Van Gundy.

- Potem doszliśmy do momentu, kiedy Alston siedział od 10-12 minut i stwierdziłem, że ciężko będzie mu wrócić do gry. Jameer nie wnosił wiele, ale także nie psuł - dodał Van Gundy.

Z perspektywy czasu można chyba uznać, że się pomylił.

Alston mecz nr 4 zaczął bardzo dobrze - to po jego akcjach Magic wypracowali sobie kilkupunktowe prowadzenie już w czwartej kwarcie. Do przerwy miał na koncie 11 punktów i kilka akcji, w których obrońcy skręcali tam, gdzie on patrzył, a droga do kosza stawała się wolna.

Właśnie takich zagrań - szybkich wejść pod kosz, w których zawodnik grozi trafieniem, albo przynajmniej wyprowadzeniem defensywy w pole, zabrakło w czwartej kwarcie. Van Gundy ma rację w jednym - Nelson nic nie wnosił do gry. Były momenty, kiedy stał w rogu boiska, a koledzy nawet na niego nie patrzyli.

Nelson zepsuł za to dwie akcje w defensywie - to on pilnował Dereka Fishera, kiedy ten dwukrotnie trafił za trzy. Trójka na cztery sekundy przed końcem czwartej kwarty, dała Lakers dogrywkę. Kiedy Fisher rzucał, Nelson był przed linią trójek, patrząc od strony kosza. To ogromny błąd. - Nie upilnowaliśmy Fishera - przyznał Van Gundy.

W dogrywce Fisher trafił na 94:91 i Lakers na dobre uciekli Magic. Nelson podwajał przy linii rzutów wolnych Bryanta i nadział się na jego łokieć. Upadł na parkiet. Fisher rzucał bez obrony.

Wnikliwi obserwatorzy widzieli po meczu w szatni łzy w oczach Alstona. Po wyjściu z niej zawodnik, inaczej niż koledzy z drużyny, nie wsiadł do "wypasionej fury", tylko poszedł z grupką znajomych w kierunku głównego wejścia do Amway Arena i w jego pobliżu złapał taksówkę. Zapytaliśmy go o powód, dla którego nie zagrał.

- Nie znam go, trener nic mi nie powiedział. I lepiej, żeby mi to wyjaśnił - powiedział. W jego głosie czuł było żal za utraconą szansą. Utraconą, bo choć nie wiem jak bardzo koszykarze Magic zaprzeczaliby temu stwierdzeniu, to jednak jedną nogą są już na wakacjach. Ze stanu 1:3 tylko osiem ze 191 drużyn doprowadziło do 4:3 w historii play-off NBA. Nikomu nie udało się to w finale.

Alston jest zły, bo wie, że potrafił, ale nie mógł nic zrobić, aby zespół wygrał w końcówce mecz nr 4 i doprowadził do remisu, który stawiałby całą rywalizację w zupełnie innym świetle. Alston miałby dużą szansę na mistrzostwo NBA, o którym jeszcze niedawno mógł tylko pomarzyć.

Legenda asfaltowych boisk w Nowym Jorku, król streetballa nazywany od jednej ze swoich sztuczek "Skip to My Lou", wsiadł do taksówki i szybko odjechał.

Tak samo, jak Lakers odjechali Magic w dogrywce.

Legendarna NBA Patrick Ewing mówi: Chcemy Gortata w NBA »