Barca i Manchester chcą przejść do legendy

Finał Ligi Mistrzów mamy co roku, finał idealny zdarza się bardzo rzadko. Dziś entuzjaści futbolu ten rarytas zobaczą - Manchester United zmierzy się z Barceloną. Doskonalszego wymyślić by się nie dało - pisze z Rzymu wysłannik Sport.pl i "Gazety Wyborczej" Rafał Stec. Relacja Z czuba na żywo od 18.
Wątpliwości, czy najcenniejsze klubowe trofeum zdobyła drużyna rzeczywiście najmocniejsza, słychać po niemal każdym sezonie. W pucharowej idei rozgrywek wzrasta rola przypadku. Wystarczy, że raz okażesz słabość, w niewłaściwym momencie rozchorują się największe gwiazdy albo skrzywdzi cię drobna pomyłka sędziego, a odpadasz.

Supremacji Barcelony, która właśnie została mistrzem Hiszpanii, i Manchesteru, który właśnie został mistrzem Anglii, nie podważa nikt. Po 10 latach do finału Ligi Mistrzów znów dotarły drużyny najlepsze również w swoich krajach. Co więcej, wygrały bezsprzecznie najsilniejsze ligi w Europie.
Man Utd czy Barcelona? C.Ronaldo czy Messi?


Emocji nie rozpalają jednak suche fakty, lecz wspomnienie całego sezonu. Katalończycy co drugi mecz zamieniali w

fascynującą paradę atrakcji,

a przeciwników w oniemiałe kukły, które z rozdziawionymi ustami podziwiały, na jak niebotyczny poziom można wynieść grę w piłkę. Manchester zadziwiał nienasyceniem i wytrwałością - rozegrał najwięcej meczów na kontynencie, zeszłorocznymi sukcesami skazał się na eskapadę do Azji (zdobył tam klubowe mistrzostwo świata), mnóstwo goli strzelał tuż przed ostatnim gwizdkiem, bardziej wysiłkiem woli niż mięśni. W LM broni trofeum i jest pierwszym od 2001 roku zespołem, który po raz drugi z rzędu awansował do finału.

Finału wyśnionego przez wszystkich. I przez fanów, i przez ludzi interesu, którzy kopanie piłki przeliczają na pieniądze. Znawcy przedmiotu twierdzą, że poprzednio porównywalny potencjał komercyjny miał finał między Milanem a Barceloną w 1994 roku.

Manchester i Barcelona w samej Europie mają 80 mln sympatyków. To gigantyczne wehikuły marketingowe, Manchester uchodzi wręcz za prototyp globalnej futbolowej korporacji (według "Forbesa" wart jest 1,5 mld euro). Stronę internetową rozmnożył na wersje chińską, japońską, koreańską i arabską, wychował dziesiątki milionów fanatycznych kibiców z Azji, którzy czasem oszczędzają latami, by zobaczyć idoli na żywo. Agencja Reuters cytowała kiedyś 41-letniego tajskiego inżyniera Suthona Apinanthavena: - Jako dziecko myślałem: pewnego dnia muszę pojechać na stadion Old Trafford, choć raz w życiu. Wszystko zaplanowałem: dobrze się uczyć, skończyć dobrą szkołę, dostać dobrą pracę, zarobić pieniądze. Napędzało mnie marzenie. Aż się ziściło.

Barcelona, według badań zamówionych przez "Gazetę" najpopularniejszy zagraniczny klub w Polsce, dba o wizerunek przedsięwzięcia dystansującego się wobec obowiązującego w czołówce standardu, czyli cynicznego, wyrachowanego biznesu. Nie sprzedała koszulek sponsorom (przeciwnie, sama płaci za logo UNICEF), obowiązkowo spektakularnym stylem gry chce odżegnywać się od świętej dziś zasady wygrywania za wszelką cenę, pielęgnuje wizerunek "więcej niż klubu", czyli symbolu i jedynej pociechy uciskanego przez madrycką stolicę regionu (choć czasy ucisku dawno minęły). Należy zresztą do przeszło 160 tys. socios, prezesa wyłaniają demokratyczne wybory.

Duma Katalonii to też jednak prężna, nowoczesna firma (według "Forbesa" warta 800 mln euro), która podobnie jak jej finałowy rywal dzięki doskonałemu zarządzaniu chce nadrobić wiele dekad niesatysfakcjonujących występów w Pucharze Europy. Niesatysfakcjonujących, czyli niedających prymatu nawet w kraju. Barcelona (dwa triumfy w historii rozgrywek) ściga Real Madryt (dziewięć triumfów), Manchester (trzy triumfy) ściga Liverpool (pięć triumfów).

Marketingowo-propagandowe zabiegi nie wystarczyłyby do podboju planety, gdyby finaliści nie

byli klubami z duszą.

Katalońskość Barcy ucieleśnia chmara wychowanków, których nie trzyma się w drużynie dla uszanowania filozofii jej prowadzenia, lecz powierza im odpowiedzialne role. Bramkarz Valdes urodził się pięć minut piechotą od stadionu, rozgrywający Xavi - godzinę od Camp Nou, obrońca Pique miłość do barw odziedziczył po dziadku, który pracował w klubie, Busquets oglądał ojca w katalońskiej bramce. Wszyscy dorastali w internacie, z którego okien podglądali treningi seniorskich gwiazd. W erze wszechogarniającej futbol globalizacji niemal rodzinny charakter klubu musi oddziaływać na wyobraźnię, a Barca będzie w stanie wystawić dziś aż siedmiu wychowanków. Tylu, ilu w 1995 roku zdobyło puchar dla dotychczasowego finałowego rekordzisty - Ajaxu Amsterdam.

Dusza Manchesteru ma twarz Alexa Fergusona. Trenerskiego giganta o atrybutach wręcz pontyfikalnych, który przetrwał kilka futbolowych epok i jeśli kiedykolwiek odejdzie ze sportu, co wydaje się mało prawdopodobne, pożegnamy go z przeświadczeniem, że nie znajdziemy następcy. Nigdy. Ćwierć wieku rządów w wielkim klubie? Prędzej złapiemy potwora z Loch Ness i jeszcze nauczymy go dośrodkowywać celniej od Ryana Giggsa. Gdyby Ferguson powtarzał co ranek: "Manchester to ja", i tak mówiłby skromnie.

Szkot przeczuwa, że mecz w Rzymie przejdzie do legendy. - Zdarzały się finały nudne, z rozczarowującymi remisami lub jednobramkowymi wygranymi. Tym razem będzie inaczej. Spójrzcie na klasę piłkarzy Barcy, spójrzcie na klasę moich piłkarzy - argumentuje.

Zaskakujące słowa, bo gracze MU stawiają raczej na maksymalną wydajność niż seanse magii. Gdyby wczesną wiosną nie złapali lekkiej zadyszki, przypominaliby zasilane zewnętrznie, zaprogramowane na wygrywanie humanoidy.

Do Rzymu też nie przylecieli czarować, lecz obronić Puchar Europy. Poprzednio dokonał tego w 1990 roku Arrigo Sacchi. Włoski trener wyznał niedawno, że wreszcie, po 20 latach, zobaczył drużynę grającą nawet wspanialej niż jego niezapomniany Milan. Ale miał na myśli Barcelonę.

Wszystko o finale LM - w specjalnym serwisie Sport.pl