Kibolski Puchar Polski

Zdewastowany stadion, 20 rannych ochroniarzy, kilku zatrzymanych kiboli, mnóstwo odpalonych rac - to bilans finału Remes Pucharu Polski między Ruchem Chorzów a Lechem Poznań. - W końcu był to mecz z oprawą i prestiżem, o jaki nam chodzi - mówi Krzysztof Rola-Wawrzecki z PZPN, który był organizatorem finału
Tuż przed przerwą kilkuset kiboli opuściło sektory zajmowane przez fanów Ruchu i ruszyło na ochroniarzy. Podobno byli to głównie chuligani drużyn zaprzyjaźnionych z Ruchem. - Dzicz, z którą nie poradziłaby sobie żadna firma ochroniarska na świecie! - twierdzi Krzysztof Smulski, szef bezpieczeństwa na finale.

Gdy ochroniarze zostali ranieni przez bandytów, policja użyła broni gładkolufowej. - Dwudziestu ochroniarzy jest rannych, dwóch ma podejrzenia złamań, jeden wstrząśnienie mózgu. Na szczęście nikt nie trafił do szpitala - mówi Smulski.

Kibole zdemontowali murek oporowy, a nawet asfalt! - Skakali tak długo, aż w końcu kamień się obruszył i wypadł. A tutaj chuligan wyrywał kawałki asfaltu i podawał je kolegom. Pokażę wam też kratkę. To niesamowite, że ktoś zdołał ją podnieść! Waży z kilkaset kilogramów! - dziwi się Marek Szczerbowski, dyrektor stadionu.

Jeszcze w środę kilku pracowników starało się osadzić żeliwną kratkę ściekową we właściwym miejscu, ale ta wciąż nienaturalnie wystaje z ziemi. - Leżała kilka metrów obok. Ktoś chciał nią rzucić w ochroniarzy - przypuszcza dyrektor. Zniszczono także krzesełka. - 211 siedzisk, większość po stronie, którą zajmowali kibice Lecha. Nie są wyrwane, tylko połamane. Skakali po nich manifestując radość.

Policja zatrzymała ośmiu chuliganów. - Będzie więcej. Cała burda jest nagrana, a zapis z monitoringu bardzo dokładny - zapewnia Szczerbowski.

Organizatorem meczu był PZPN, który przekazał bilety Lechowi, Ruchowi i Śląskiemu Związkowi Piłki Nożnej. - Zrobiliśmy wszystko, by zapewnić kibicom bezpieczeństwo. Nie żałowaliśmy pieniędzy na ochronę. Odpowiadało za nią ponad tysiąc osób. Czy można było zrobić coś lepiej? Oczywiście. Naszym sprzymierzeńcem na pewno nie był czas. Na przygotowanie imprezy mieliśmy tylko 12 dni [tyle dni dzieliło finał od półfinału] - mówi odpowiedzialny za organizację meczu Krzysztof Rola-Wawrzecki z PZPN.

W czasie meczu kibole odpalali zabronione prawem race. Jak wnieśli je na trybuny? - Może zostały ukryte przed przekazaniem nam stadionu, czyli poniedziałkowym rankiem? Oczywiście przeszukaliśmy obiekt, a potem kontrolowaliśmy kibiców. To tylko moje podejrzenie. Czy sprawdziliśmy się jako organizator? Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy - mówi Rola-Wawrzecki.

Z organizacji spotkania zadowolony jest szef firmy Remes sponsorującej rozgrywki. - Ale pewne niedoróbki były - przyznaje Bartosz Remplewicz. Kilka dni przed finałem jego firma przekazała stowarzyszeniom kibiców Lecha i Ruchu po 5 tys. zł na oprawę meczową. - Chcę wierzyć, że zostały przeznaczone na flagi i inne rzeczy, które są zgodne z prawem. Race wydają mi się małym problemem, choć jestem zdania, że prawo trzeba respektować. Bardziej boli mnie, że państwo polskie od lat nie potrafi poradzić sobie z chuliganami, którzy przychodzą na stadion, by się bić - mówi Remplewicz.

Za wniesienie przez kiboli rac Ruch i Lech zapłacą kary. Według regulaminu PZPN wniesienie jednego środka pirotechnicznego warte jest 500 zł. - Będziemy musieli ustalić jakiś taryfikator. Teoretycznie maksymalna kara może wynieść 500 tys. zł. Ale w praktyce nie przekraczają 10 tys. zł - tłumaczy Artur Jędrych, szef Wydziału Dyscypliny PZPN.

Za bójki kiboli także kluby czeka kara. Trzeba tylko udowodnić, że w zamieszkach uczestniczyli ludzie, którym Lech lub Ruch sprzedał bilet. Jeśli WD szybko dostanie raport delegata, zajmie się tą sprawą już dziś.

Lech wygrał z Ruchem 1:0 w finale - czytaj tutaj »