Prokom zdobył szóste z rzędu mistrzostwo Polski

Asseco Prokom Sopot pokonał PGE Turów Zgorzelec 96:74 w meczu nr 5 finału Polskiej Ligi Koszykówki i wygrał rywalizację o złoto 4:1. MVP finału został Qyntel Woods - prawdopodobnie najlepszy koszykarz w historii play-off PLK.
Amerykański skrzydłowy zdobył w środę 28 punktów, miał dziewięć zbiórek i sześć asyst - tak znakomitego indywidualnego występu w finale dawno w Polsce nie oglądaliśmy. W całej serii Woods zdobywał średnio po 21,4 punktu, miał 7,2 zbiórki oraz 2,4 asysty.

Spotkanie było zacięte do połowy trzeciej kwarty - koszykarze Turowa zaczęli występ w Sopocie od tego, że nie usłyszeli rozpoczęcia przedmeczowej prezentacji - spiker trzykrotnie musiał wykrzykiwać nazwisko Roberta Witki, zanim kapitan gości wybiegł na parkiet. Ale mecz zgorzelczanie rozpoczęli już należycie skoncentrowani - w 7. minucie po kolejnym trafieniu skutecznego Damira Miljkovicia wygrywali nawet 17:5. Goście trafili aż osiem z pierwszych 12 rzutów, podczas gdy gospodarze wykorzystali zaledwie dwa z 15.

Sygnał do ataku dla sopocian dał, oczywiście, Woods. Punkty, zbiórka i asysta w ciągu kilkunastu sekund pozwoliły zmniejszyć straty do 12:17 i choć Turów po kontrze Krzysztofa Roszyka prowadził jeszcze w końcówce kwarty 24:14, to zgorzelczanie stracili inicjatywę.

W drugiej kwarcie Turów został rozgromiony 13:32. Drugie 10 minut były przekleństwem zespołu ze Zgorzelca w tym finale - drużyna Pawła Turkiewicza przegrywała je w każdym spotkaniu. Przyczyną jest w dużej mierze przepis o tzw. młodzieżowcu, czyli zawodniku urodzonym po 31 grudnia 1985 roku, który w tej kwarcie musi grać przez 10 minut. Sopocianie konsekwentnie dawali piłkę zawodnikowi, którego pilnował 21-letni Bartosz Bochno i to przynosiło punkty. W ataku Turów grał znów czterech na pięciu, bo Bochno nie stanowił żadnego zagrożenia.

Ale "młodzieżowiec" nie był jedyną słabością Turowa - goście nie potrafili zatrzymać Woodsa, który zaczął kwartę od szybkich sześciu punktów (dwa kosze po zbiórkach w ataku). Woods miał do przerwy 11 punktów, a skuteczne były także dwie pozostałe strzelby Prokomu - David Logan (12) i Daniel Ewing (11). Kilka ładnych punktów po szybkich atakach zdobył rezerwowy rozgrywający Tyrone Brazelton.

W Turowie po raz pierwszy od meczu nr 1 zagrał zmiennik Tyusa Edney'a Bryan Bailey, ale w drugiej kwarcie to jego błędy pomogły Prokomowi wyjść na prowadzenie. Na dodatek Prokom zaczął przeważać na desce i do przerwy wygrywał 48:37.

Chaotyczną wymianę ciosów na początku drugiej połowy pierwsi opanowali goście, którzy zmniejszyli straty do pięciu punktów (43:48). Mogli odrobić więcej, gdyby łatwe pozycje na cztery punkty zamieniał Chris Daniels. Sopocianie nie zdobyli punktów przez niemal pięć minut.

Ale jak zaczęli, to trafiali seriami - kolejną minutę Prokom wygrał 7:1. Turowowi w krytycznym momencie tym razem nie pomógł, tak jak w zwycięskim meczu nr 2, Turkiewicz. Trener Turowa został ukarany przewinieniem technicznym, po którym Woods z wolnych doprowadził do wyniku 61:51.

Amerykański gwiazdor Prokomu dał kolejny popis w końcówce kwarty - trafiał za dwa, za trzy, zbierał, wyprowadzał kontry, dawał dobre asysty. Przypieczętował tytuł MVP, który gremialnie przyznawano mu już przed rozpoczęciem finału. Po jego rzucie wolnym Prokom prowadził po 30 minutach 69:56.

Turów walczył do końca, ale na rozpędzony Prokom, a przede wszystkim Woodsa, nie mógł nic poradzić. Tytuł dla sopocian był przesądzony już osiem minut przed końcem.

Woods grał fenomenalnie! W czwartej kwarcie wydawało się, że mógłby ograć Turów w pojedynkę - po jego asyście przy trójce Ewinga było 78:61. Sopoccy kibice chwilę wcześniej zaczęli skandować "MVP!" na cześć Woodsa. Amerykanin zdobył w środę 28 punktów, miał dziewięć zbiórek i sześć asyst. Był to prawdopodobnie jeden z najlepszych występów indywidualnych w historii finałów w polskiej lidze.

Schetyna: Nie ma drugiego takiego jak Woods - czytaj tutaj »