Sport.pl

Czy można przyćmić Ligę Mistrzów

Liga angielska nie wstrzymała jeszcze globalnego ocieplenia, nie przyspiesza upadku dyktatur ani nie redukuje zmarszczek, choć wsłuchując się w jej apologetów, łatwo wywnioskować, że wszelkie inne schorzenia usuwa podawana nawet w ilościach homeopatycznych. A wsłuchiwać się warto, bo najżarliwiej sławią Premier League konkurenci, czyli osobnicy najmniej jej sławieniem zainteresowani. I nie poprzestają bynajmniej na prostej konstatacji, że wyspiarze sprzedali się obcym, więc notorycznie zwyciężają dzięki miażdżącej przewadze finansowej. Nie, to są raczej hołdy składane przez ludzi, którzy czują się cywilizacyjnie opóźnieni. Zazdroszczą oni Anglikom całego pomysłu na piłkę nożną, widzą w nim ideał, któremu nie sposób przeciwstawić konceptu doskonalszego - można co najwyżej ów ideał próbować skopiować.
Kompleksy konkurentów nie dziwią, skoro druga (!) liga angielska pod względem stadionowej frekwencji (liczonej globalnie) ustępuje tylko pierwszej angielskiej, niemieckiej i hiszpańskiej. Niełatwo pojąć, dlaczego rozgrywki z Interem, Milanem i Juventusem nie przyciągają wyraźnie więcej ludzi niż rozgrywki z Wolverhampton, Birmingham i Sheffield Utd., jeśli Włosi uchodzą za zbzikowanych na punkcie calcio. Nawiasem mówiąc, przewaga wyspiarzy staje się naprawdę uderzająca na niższych poziomach - np. czwartą ligę angielską ogląda na żywo cztery razy więcej kibiców niż czwartą ligę włoską.



Tłok wokół prowincjonalnych klubików uświadamia, na jak trwałych fundamentach wspiera się imperium - wyspiarze wydają pieniądze na piłkę pasjami, wzrost frekwencji napędzają kampanie promujące kibicowanie bez wulgaryzmów, aktywne wspieranie lokalnych drużyn stało się stylem życia, nawet najbardziej anonimowi piłkarze czują się docenieni. Na szczytach też nie ma mowy o zastoju. Manchester Utd. dopiero co rozbudował stadion, a już zamierza uczynić z niego niemal stutysięcznik; prezes Liverpoolu ujawnia, że przeczuwający schyłek kryzysu inwestorzy znów oferują za udziały w klubie gigantyczne pieniądze; do spektakularnych zakupów przymierzają się nowi właściciele Manchesteru City, przy których nawet Roman Abramowicz wygląda na gołodupca.

Kto śledzi biznesowy ruch wokół Premier League, temu trudno oprzeć się wrażeniu, że wyspiarze dopiero nabierają rozpędu, choć LM zdominowali bezprecedensowo - od trzech sezonów dopychają trzech przedstawicieli do półfinału, od dwóch opór stawia im jedynie osamotniona Barcelona. Na pensje przeznaczają 1,44 miliarda euro w sezonie, czyli niemal tyle, ile ligi hiszpańska i włoska razem wzięte, dzięki czemu aż 66 proc. (!) zatrudnianych piłkarzy stanowią reprezentanci swoich krajów. Jakiekolwiek wskaźniki wziąć pod uwagę, u rywali wywołują bezradne westchnienia. To bodajże "Financial Times" cytował Michela Platiniego, który na pytanie, czy da się przeciwdziałać angielskiej supremacji, miał rzucić: "Legalnie? Nie".



Końca ekonomicznej prosperity wypatrywać zatem nie należy, pozostaje pytanie, czy liga zdoła wciąż dynamicznie rozwijać się sportowo. Albo inaczej - czy będzie w stanie stworzyć już nie cztery, lecz pięć lub więcej drużyn wystarczająco silnych, by zaliczać je do ścisłej europejskiej czołówki.

Odpowiedź oczywista wcale nie jest, sam widzę co najmniej jeden poważny powód, by powątpiewać, że klubów kolekcjonujących megagwiazdy na Wyspach przybędzie. Ten powód to formuła Ligi Mistrzów, do której awansować mogą maksymalnie cztery drużyny. Dotąd sytuacja była klarowna, bo akurat tylu dochowała się Premier League supermocarstw. Od 2003 r. w fazie grupowej rywalizuje kwartet MU - Chelsea - Arsenal - Liverpool (raz nie awansował), co daje mu znaczącą przewagę nad resztą kontynentu. Wyspiarze zebrali niesłychane doświadczenie, gdzie indziej trwa nieustająca rotacja. Hiszpanie zaczynali ten okres z Deportivo La Coruną oraz Realem Sociedad i Celtą (dziś drugoligowymi!), potem mieli Valencię, Betis, Villarreal, Sevillę i Atletico, w eliminacjach przepadła Osasuna Pampeluna. Włosi wystawiali Udinese, Chievo Werona czy podupadłe Lazio, teraz, po wiekach posuchy do elity wróciła Fiorentina.

Ciągła rotacja wynika często z kiepskiego zarządzania klubami, wyspiarze mogą się zakrztusić nadmiernym przepychem. Kto wie, czy przesilenie nie nadejdzie już wkrótce, gdy do ataku ruszy Manchester City. Jeśli klubów aspirujących do europejskich szczytów będzie więcej niż cztery, po każdym sezonie będziemy oglądać rozpacz drużyn, które poniosły klęskę totalną - bo chciały Ligę Mistrzów podbić, a w ogóle się do niej nie zakwalifikowały. Skoro czwarte miejsce w kraju jest dla Arsenalu katastrofą, to czym byłoby piąte? A przecież ewentualne powodzenie projektu MC może sprawić, że nawet radykalny postęp w grze londyńczyków nie wystarczy, by utrzymać pozycję w tabeli!



Wielkiej Czwórki (jak nazywają Anglicy grupkę superpotęg) nie zastąpi Wielka Piątka ani tym bardziej Wielka Szóstka. Im bardziej wzrasta niepewność co do awansu do LM, który jest minimum przyzwoitości dla drużyn z ambicjami, tym trudniej utrzymać błogą stabilność w klubie. Trzymając się Arsenalu - ewentualna wpadka z piątym miejscem naruszyłaby nietykalność Arsene'a Wengera, jeszcze utrudniła zatrzymanie gwiazd formatu Fabregasa, zniechęciła do przyjścia następców Arszawina, uderzyła w budżet. To samo dotyczy zresztą Liverpoolu czy Chelsea, nawet Abramowicz nigdy nie zamierzał inwestować bez umiaru.

I właściciele klubów, i piłkarze kalkulują na chłodno - potrzebują gwarancji, że zdołają zrealizować sportowe ambicje. Jeśli ryzyko porażki nadmiernie wzrośnie, pójdą gdzie indziej (Robinho zamieniający Real na Manchester City to jednak wyjątek, zresztą i on zacznie się wiercić, jeśli sukcesu nie będzie).

Te dywagacje unieważniłby tylko scenariusz tak dla wyspiarzy fantastyczny, że wręcz nierealny. Otóż Premier League byłaby zdolna rosnąć bez końca, gdyby sponsorzy, trenerzy, piłkarze oraz kibice przedłożyli codzienność - choćby szarą, ze środka tabeli - wyspiarskich boisk nad blask Champions League oraz walkę o tytuł w Hiszpanii, we Włoszech lub w Niemczech. Anglia musiałaby przebić prestiżem Ligę Mistrzów, a inne renomowane ligi krajowe - pożreć w całości.