Paweł Golański ciężko ranny w Rumunii. "Mógł zginąć"

Paweł Golański został trafiony w głowę, gdy grupa chuliganów w szalikach Dinama Bukareszt obrzucała kamieniami autokar z piłkarzami Steauy. Polak trafił do szpitala, gdzie założono mu szwy na głowie. Jego żona mówi, że omal nie zgnął. Lekarze podejrzewają wstrząs mózgu.
W poniedziałek około godziny 12 autokar Steauy Bukareszt zbliżał się do stolicy, gdy zaatakowali go chuligani. Golański, który siedział przy oknie został trafiony w głowę. Ciężko krwawił. Natychmiast został przewieziony do szpitala, gdzie założono mu sześć szwów.

- Paweł doznał obrażeń czaszki, krwawił, rana była głęboka na około 2 centymetry - powiedział lekarz klubowy, którego cytuje "Przegląd Sportowy". Reprezentantowi Polski wykonano także tomografię komputerową, gdyż zachodziło podejrzenie wstrząśnienia mózgu.

Żona piłkarza także nie kryła przerażenia. - Jak Paweł do mnie zadzwonił i powiedział, że dostał kamieniem w głowę, to zamarłam z przerażenia. Zaraz potem zobaczyłam w telewizji rozbitą szybę w autokarze i krew na siedzeniu. Wyglądało to makabrycznie, informowały o tym wszystkie stacje telewizyjne - powiedziała w "PS" Detelina Golańska.

Żonę polskiego obrońcy cytuje także "Super Express": - Akurat kamienie poleciały w to miejsce, gdzie siedział mój mąż. Miał naprawdę dużo szczęścia, bo kamień najpierw trafił w rękę kolegi, a dopiero później w niego samego - i to go uratowało. Gdyby Paweł bezpośrednio dostał w skroń, to mogło się zdarzyć najgorsze, mógłby zginąć - opowiada Golańska.

W piątek Steaua i Dinamo zmierzą się ze sobą w derbach Bukaresztu.

Więcej o ataku na piłkarzy - czytaj tutaj »