Zygmunt Solorz: To się musi udać, budujemy wielki klub

Budujemy wielki klub. Znam się na biznesie, i to wystarczy. Od znajomości piłki będą inni. Jeśli będzie trzeba, ściągnę ich z zagranicy - mówi najbogatszy Polak, współwłaściciel Śląska Wrocław
Przemysław Iwańczyk: Po co panu piłka nożna?

Zygmunt Solorz: Jestem przekorny. Chcę pokazać, że i z polską piłką można zrobić coś pozytywnego. Zresztą podobnie jest z innymi moimi biznesami, np. w 1997 roku, kiedy dzięki mojemu finansowaniu udało się uratować Stocznię Gdańską. Wszędzie czekają wyzwania. Nie wchodzę do futbolu dla pieniędzy, tylko żeby wskazać drogę - nowy model funkcjonowania klubu sportowego. Mam pomysł, by klub piłkarski - w tym przypadku Śląsk - miał zabezpieczone stałe dochody, które będą pochodziły z zysków centrum handlowego, które zamierzamy otworzyć we Wrocławiu. Błędne i zgubne jest planowanie budżetu w sporcie na zasadzie sponsoringu: ten mi da tyle, inny trochę dołoży, jakoś tam będzie. Śląsk oprócz pieniędzy z biletów i za transmisje będzie miał - podkreślam - stały dopływ gotówki. Z tego, co dodatkowo wpłynie od sponsorów, można się tylko cieszyć i np. kupić nowego zawodnika. Krótko mówiąc, Śląsk dzięki centrum handlowemu będzie na siebie zarabiał.

Więc nie otworzy pan pękatej skarbonki najbogatszego Polaka i nie wpompuje milionów jak Roman Abramowicz w Chelsea?

- Nie, nie, nie (śmiech). Nie jestem sympatykiem sponsoringu, wyleczyłem się z tego, nie wyłożę tak po prostu pieniędzy na piłkę, siatkówkę czy inny sport. Klub, którego stałem się współwłaścicielem, musi być samowystarczalny. Zaproponowałem rozwiązanie z centrum handlowym, które moim zdaniem przyniesie spodziewane efekty, choć na początku wymaga to oczywiście moich inwestycji. Później, kiedy interes rozkręci się na dobre, wszystkie zyski otrzyma Śląsk. Jeśli będzie to działało, niewykluczone, że zainwestuję więcej.

Ale wie pan, że nikt w Polsce na futbolu jeszcze nie zarobił?

- Jeszcze raz powtórzę: moim celem nie jest zarobienie na piłce, chcę, by to robił klub, zapewniając sobie godziwy byt. Za dwa, trzy lata będzie można ocenić powodzenie tego przedsięwzięcia. Moim zdaniem to musi się udać. Udowodnię to.

Śląsk jest własnością pana, ale też miasta Wrocław?

- Miasto wydzierżawia grunt pod galerię, ja daję pieniądze na rozkręcenie inwestycji. Budujemy wielki klub. To wszystko.

Zna się pan na piłce?

- Znam się na biznesie, i to wystarczy. Od znajomości piłki będą inni. Nie będę traktował Śląska emocjonalnie, tylko biznesowo. Tylko wtedy ten interes może się powieść. Będzie to firma, która będzie działała na biznesowych zasadach, tak samo jak inne moje przedsięwzięcia..

Czyli nie ma obawy, że tak jak inni właściciele polskich klubów wejdzie pan do szatni i poda trenerowi kartkę ze składem?

- Sport nie jest mi zupełnie obcy, grałem kiedyś w tenisa stołowego czy teraz bardziej rekreacyjnie w tenisa ziemnego. Dlatego boli mnie, że sport w Polsce tak kuleje. A wracając do pytania - absolutnie nie zamierzam wtrącać się do spraw sportowych. Niech każdy zajmuje się tym, na czym zna się najlepiej. Ci właściciele, o których pan mówi, to ludzie, którzy żyją sportem, interesują się nim, a mając trochę pieniędzy, realizują swoją pasję. Moja filozofia jest zupełnie inna - to biznes jak każdy inny. Pamiętam, jakie padały głosy, kiedy przejmowałem Stocznię Gdańską. Rządzący wówczas mówili, że swoimi pieniędzmi mogę co najwyżej wytapetować sobie mieszkanie. Wbrew wszystkim pokazałem, że mogę zrobić coś innego, uratować ten zakład. Ze Śląskiem też będę robił to, co uważam za słuszne, zdając się na własne doświadczenie i intuicję. Zacznę od przestawienia klubu na właściwe tory. Na pewno nie będzie dochodziło do sytuacji, w której pracownicy - z piłkarzami włącznie - nie będą mieli zapłaconej uczciwie wypracowanej pensji lub premii.

Ale w sporcie liczy się nie tylko wynik finansowy. Celem Śląska jest mistrzostwo Polski, Liga Mistrzów?

- To nie są pytania do mnie. Zatrudnię fachowców, jeśli będzie trzeba - ściągnę ich z zagranicy. Oni ustalą cele drużyny, oczywiście na podstawie możliwości finansowych. Nie kupię sobie np. Ronaldo. Mnie na niego nie stać. Spotkam się z zarządem; jak będzie trzeba - i z trenerem; oni przedstawią koncepcję pracy, zaproponują np. trzy warianty finansowe, a ja wybiorę według mnie najlepszy. Każda moja spółka tak funkcjonuje.

Nie dowiem się więc od pana, gdzie będzie Śląsk np. za pięć lat?

- Nie, bo ja na tym się nie znam i na to wpływu mieć nie będę. Nie zamierzam zatrudniać trenerów lub zawodników. Zostawiam to fachowcom.

Ma pan ulubionego trenera, piłkarza?

- Nie jestem fanatycznym kibicem. Przecież jak chciałem wymienić jakiegoś liczącego się w Europie piłkarza, to dopiero po namyśle przyszedł mi do głowy Ronaldo.

Ma pan duszę zwycięzcy?

- Tak. Choć w tym przypadku wynik to dla mnie nie tylko sport, ale przede wszystkim sukces finansowy. Zawsze cel jest taki sam - bez względu na to, czy chodzi o klub sportowy, stocznię czy inny biznes.

Kto będzie odpowiadał za sprawy sportowe?

- To drugorzędna kwestia. Na razie chcę uporządkować sprawy od strony biznesowej.

Dlaczego Wrocław?

- Po pierwsze sentyment - tu rozkręcałem pierwsze interesy po powrocie do Polski. Po drugie, przychylność władz miasta, które wystąpiły z taką inicjatywą. Miałem też propozycję z Lechii Gdańsk, ale zupełnie nie interesował mnie proponowany tam wariant, czyli sponsorowanie. Co z tego, że dziś mam pieniądze? Jutro ich zabraknie, sytuacja gospodarcza się zmieni i zostawię klub na lodzie?

Nie ucieknie pan chyba od porównań z Mariuszem Walterem. On ma TVN, pan Polsat, on Legię, pan Śląsk. Już 23 maja we Wrocławiu się okaże, kto jest lepszy na boisku.

- Proszę nie przenosić rywalizacji telewizji na piłkę nożną. To dwie różne sprawy. Tak na marginesie, propozycję przejęcia Legii dostałem wcześniej niż pan Walter. Nie przyjąłem jej, ponieważ nie interesował mnie sponsoring. Można tak jak ITI przejąć klub i realizując swoje hobby, do niego dokładać, a można - tak jak ja zamierzam - stworzyć warunki, w których klub będzie na siebie zarabiał. Dwie różne drogi, więc i nasze porównania nie mają sensu. Poza tym ITI jest w Legii już ponad pięć lat.

ITI próbuje w Legii walczyć z kibolstwem na swoim stadionie. Nie obawia się pan tego samego we Wrocławiu?

- Nie obawiam się, to da się opanować. Pozwoli nam na to pewien pomysł i wykorzystanie technologii służących zapewnianiu bezpieczeństwa (np. monitoring). Pokażę, że w Polsce można kibicować normalnie, a na stadion Śląska będą przychodziły całe rodziny. Zrobię to wspólnie z władzami Wrocławia. Kilka razy pytałem, czy naprawdę chcą, bym zaangażował się w Śląsk, i czy zgadzają się z moją wizją. Problem piłkarskich chuliganów potraktuję wyjątkowo poważnie.

Może pan obiecać, że na stadionie Śląska nie będzie kibolstwa i burd?

- Ludzie przychodzący na stadion we Wrocławiu szybko zrozumieją, że tworzymy coś dla wspólnego wielkiego Śląska. Jestem pewien, że kibice odłożą swoje negatywne przekonania i emocje, aby wspierać drużynę. Jeśli nie - będziemy z tym walczyć wszelkimi dostępnymi środkami, np. restrykcyjnymi zasadami i szczegółowymi kontrolami przy wchodzeniu na stadion. Wierzę jednak, że nie będzie to potrzebne. Kibicowanie ma być sposobem na spędzanie wolnego czasu dla całych rodzin.

Ma pan wzór klubu, którego tropem chce pan podążać?

- Zrobiła na mnie wrażenie Barcelona. I żeby było jasne, tam też nie jest idealnie, jeśli chodzi o kibicowanie, widziałem młodych ludzi, którzy żywiołowo, nawet agresywnie reagowali na fanów przeciwnej drużyny. Mimo to czułem się bezpiecznie. Nie odmawiam nikomu prawa do emocji, ale one nie mogą szkodzić innym. Takie samo poczucie bezpieczeństwa chcę zapewnić na stadionie Śląska. To się da zrobić, to jest mój cel.

Przejęcie Śląska ma pomóc Polsatowi w pozyskaniu ligowych praw telewizyjnych?

- Nie wierzę, że ktoś wygrywa prawa telewizyjne z powodów innych niż finansowe. Prawa do ligi wygra ten, kto najwięcej zapłaci - to proste. Nie będzie też tak, że Śląsk zarazi mnie na tyle, bym chciał mieć Ekstraklasę w Polsacie za wszelką cenę. Jak mówiłem na początku naszej rozmowy - na sport patrzę chłodnym okiem, chcę tylko sprawdzić się w biznesie innym niż dotychczasowe.