Po MP szermierzy: W beczce miodu, łyżka dziegciu

- Drużyna nie żyje na ławce. Swoją postawą potwierdziła tylko, że w tym składzie nie jest w stanie osiągnąć niczego więcej - ocenił fechmistrz Stanisław Szymański, trener reprezentacji florecistów.


Spotkanie podsumowujące pierwszą część sezonu i mistrzostwa Polski w Opolu odbyło się w siedzibie klubu AWFiS Gdańsk. Trenerzy i zawodnicy Sietomu nie ukrywali radości po niezwykle udanych mistrzostwach Polski, z których przywieźli w sumie 11 medali (na 12 możliwych do zdobycia).

Trener florecistek Adam Kaszubowski pochwalił indywidualne osiągnięcia swoich podopiecznych (pięć pierwszych miejsc, sześć zawodniczek w najlepszej "8"), doceniając przede wszystkim wyczyn Małgorzaty Wojtkowiak, która stanęła na najwyższym stopniu podium.

- Więcej wywalczyć się po prostu nie dało - cieszył się trener. - W przyszłości życzyłbym sobie, żeby w pierwszej ósemce było osiem zawodniczek z naszego klubu.

Kaszubowski podkreślił też dzielną postawę drugiej drużyny, która o włos przegrała złoty medal.

- Rok temu drugi zespół okazał się lepszy. W tym roku nieznacznie przegrał, ale i tak zasłużył na wielkie słowa uznania - dodał Kaszubowski.

Postawę swoich florecistów pochwalił też Łukasz Szymański, ciesząc się nie tylko ze złotego medalu Radosława Glonka, ale i dostrzegając wysoką formę młodszych zawodników. - Cieszę się z wysokiej motywacji moich zawodników i wysokich umiejętności, jakie już na dzień dzisiejszy prezentują - zacierał ręce Szymański.

Nieco bardziej krytyczny wobec swoich podopiecznych był fechmistrz Szymański, który ubolewał nad słabszą postawą drużyny. - Jeśli w czwórce zawodników wygrywa tylko jeden z nich [Glonek - red.] to nie ma mowy o złotym medalu. Poza tym drużyna nie żyje na ławce i nad tym musi popracować - ubolewał. - Swoją postawą potwierdzili tylko, że w tym składzie nie są w stanie osiągnąć niczego więcej. Dobrze się stało, bo zostaną wyciągnięte szkoleniowe wnioski i w przyszłości drużyna będzie wyglądać na pewno inaczej - dodał.

Optymizmem powiało, kiedy głos zabrał trener reprezentacji kobiet Longin Szmit, który na konferencję przybył w towarzystwie kilkuletniej córki, zaabsorbowanej przez większość czasu... truskawkami.

- Cieszę się z postawy Małgosi Wojtkowiak, która z turnieju na turniej walczy coraz lepiej i osiąga coraz wyższe wyniki - ocenił szkoleniowiec. - Niewątpliwym sukcesem jest też fakt, że w czołowej "16" świata mamy dwie zawodniczki. Przed rokiem było zdecydowanie słabiej - wyjaśnił Szmit.

- Cieszę się podwójnie, bo oprócz srebrnego medalu, pierwszego w seniorskich zawodach mistrzostw Polski, zdobyłam dużo punktów w klasyfikacji generalnej, które na koniec sezonu mogą się przydać - cieszyła się z kolei Katarzyna Kryczało.



Rozmowa z Małgorzatą Wojtkowiak



Maciej Korolczuk: Przed rokiem w finale przegrała pani z Sylwią Gruchałą, która w tych mistrzostwach zajęła dopiero piąte miejsce. Srebrna medalistka Katarzyna Kryczało, która już w ćwierćfinale pokonała Gruchałę, otworzyła pozostałym zawodniczkom drogę do medali?

Małgorzata Wojtkowiak: Znamy się jak łyse konie, ale na mistrzostwa Polski zawsze każda z nas mobilizuje się podwójnie, każda z nas chce się pokazać z jak najlepszej strony. O zwycięstwie Kasi nad Sylwią zadecydował zaledwie jeden punkt, do samego końca rywalizacja była zacięta i wyrównana. Przez wiele lat to Sylwia wygrywała wszystkie zawody, w tym roku stało się inaczej. Udało mi się wygrać i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.



Fakt, że znacie się na wylot, ma swoje dobre i złe strony. Atuty i słabe punkty widać jak na dłoni, ale ta zasada działa w obie strony.

- Przebywamy ze sobą rzeczywiście sporo czasu. Zawody, zgrupowania, podróże, jest tego naprawdę sporo. Jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich swoich zachowań na planszy. Przy takim poziomie wiedzy na swój temat często decyduje dyspozycja dnia i po prostu szczęście.



Czy detronizacja Sylwii Gruchały oznacza, że mamy nową królową polskiego floretu?

- Nie, spokojnie, jeszcze trochę mi brakuje do poziomu, jaki przez lata osiągnęła Sylwia. Chciałabym mieć równie udany sezon, bo w tym roku Sylwia już trzy razy stawała na podium Pucharu Świata.



Patrząc na wyniki poszczególnych walk, droga do złotego medalu przebiegała spokojnie. Jedynie w półfinale Anna Rybicka napędziła pani strachu, przegrywając zaledwie jednym trafieniem.

- Wbrew pozorom to były ciężkie walki. Wymagało to ode mnie dużej koncentracji. Najwięcej zdrowia i nerwów kosztowała mnie walka w ćwierćfinale z Moniką Paliszewską [także Sietom AZS AWFiS Gdańsk - red.], z którą co prawda wygrałam 15:7, ale szczerze przyznam - nie lubię z nią walczyć, bo jest bardzo wymagającym przeciwnikiem.



Jednostronna walka w finale była efektem właśnie tej koncentracji i pełnej mobilizacji czy może efektem luzu i pewności, że złoto już należy do pani.

- Najważniejsze jest pogodzenie jednego z drugim, a więc by przy maksymalnej koncentracji osiągnąć efekt luzu, by wyjść na planszę rozluźnioną, ale i pewną swego. W półfinale koncentracji zabrakło, bo ze stanu 6:2 pod koniec zrobiło się po osiem i była nerwówka. W finale udało się połączyć jedno z drugim i mogę być z siebie zadowolona.



Utrzymać się na szczycie jest niewątpliwie trudniej, niż się na niego wdrapać. Zdaje sobie pani sprawę, że w kolejnych zawodach rywalki będą walczyć w myśl zasady: bij mistrza?

- Tak, wiem o tym, ale nie zawracam sobie tym głowy. Koncentruję się na każdym kolejnym pojedynku i staram się za wiele nie kombinować, bo to tylko może niepotrzebnie namieszać w głowie.



Trauma poolimpijska już minęła?

- Na pewno czas na igrzyskach i po olimpiadzie nie był udany. Dużo dała nam zmiana trenera, ale nie był to łatwy moment. Potrzebowaliśmy czasu, żeby się dotrzeć. Przyznam, że różne myśli chodziły mi po głowie, zastanawiałam się nad sensem dalszych treningów. Musiało minąć dużo czasu, żeby móc sobie powiedzieć: OK to już za mną, nie wracam do tego. Od miesiąca czuję, że jest lepiej.

Rozmawiał Maciej Korolczuk