Piła bez trenera Matlaka

Trzeci zespół w Polsce, Farmutil Piła, w przyszłym sezonie zapewne bardzo się zmieni. Inny trener, zapewne też inna nazwa... I inne zawodniczki.


*

Farmutil Piła sięgnął po brązowy medal mistrzostw Polski. To zarazem - przynajmniej na jakiś czas - ostatni medal zdobyty z trenerem Jerzym Matlakiem, który jest szkoleniowcem kadry narodowej.

Radosław Nawrot: Gratulując brązowego medalu, zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem najbardziej gorzki krążek w pańskiej karierze.

Jerzy Matlak: Jest. Odkąd pracuję z Piłą, zawsze byłem w finale. A pracuję tu od 1998 r., z dwuletnią przerwą na Stal Mielec. I przez te dziewięć lat, osiem razy byłem w finale. Zdobywałem z pilskimi siatkarkami wyłącznie złoto i srebro. Teraz po raz pierwszy przypadł nam brąz.

Jest pan nim rozczarowany?

- Nie mogę wybrzydzać. W końcu wielu trenerów siatkówki marzy o tym, aby choć jeden taki zdobyć. Ponadto jest to medal zdobyty przez nas w tym sezonie z wielkim trudem, wręcz wydrapany. Po fatalnym początku sezonu, który był zrozumiały po przebudowie drużyny, przyszła euforia i okres znakomitej gry. Przecież w styczniu czy lutym wygrywaliśmy z każdym, nawet w Lidze Mistrzów odnosiliśmy sukcesy. I ten okres powoduje, że jakiś tam niedosyt we mnie tkwi. Bo wówczas wydawało się, że możemy być w finale. Mało tego, wydawało się tak jeszcze w półfinałowej rywalizacji z Muszynianką. Przecież w czwartym meczu mieliśmy pięć piłek meczowych! Byliśmy o krok od doprowadzenia do piątego pojedynku. Mnie może być tęskno za złotem czy srebrem, które zdobywałem wcześniej, ale dziewczyny dały z siebie wszystko i osiągnęły tyle, ile można było w tym składzie osiągnąć.

To znaczy, że na pokonanie Muszynianki czy Aluprofu Bielsko-Biała realnych szans nie było?

- Muszyna i Bielsko na swoje zespoły wydały dwukrotnie więcej niż my. To musi mieć znaczenie. Nasz potencjał był nieporównywalny i fakt, że mogliśmy osiągnąć więcej choćby w tym półfinale tylko dobrze świadczy o moim zespole. Do tego doszło jeszcze wyjście z grupy Ligi Mistrzów. Cóż od tych dziewczyn chcieć więcej? Żal jakiś jest, bo w sporcie żałuje każdy, kto nie jest pierwszy, ale ja śmiem formułować tezę, że zachowując odpowiednie proporcje, my przy naszym składzie osiągnęliśmy więcej niż np. Aluprof Bielsko-Biała osiągnął przy swoim.

Powiedział pan: pracuję w Pile od 1998 r., z dwuletnią przerwą. Teraz przyszedł jednak czas, że Piła będzie musiała obyć się bez trenera Matlaka. Jak to będzie?

- O to trzeba zapytać zarządu klubu, jak oni to widzą. Wstępnie wspomnieli mi, że życzyliby sobie, abym z klubem współpracował. Szczegółowo na razie nie mamy czasu tego omówić, a niewątpliwie Piła staje przed sporymi wyzwaniami. Trzeba będzie odpowiedzieć na wiele pytań: które siatkarki mają zostać? Kto ma je trenować? Wreszcie jakie tu będą pieniądze? Na dziś przecież z początkiem maja nie ma już Farmutilu. Odpowiedzi na te pytania szukać będą już inni, nie ja.

Pan po prostu znika?

- Nie, ja będę chciał pomóc. Koordynowanie zespołu, a prowadzenie go z ławki to jednak dwie zupełnie różne sprawy. Chodzi o to, że jeśli ten zespół znów będzie mieć przemeblowany skład, a w klubie nie będzie za dużo pieniędzy, wówczas potrzebny będzie trener, który wymusi na siatkarkach grę o miejsca nie głupsze niż medalowe. Wmówi im, że są w stanie to zrobić, tak jak ja to robiłem. Bo moja praca w sporej mierze do tego wmawiania się sprowadzała.

Przewiduje pan, że nowy trener Piły będzie miał ciężkie życie?

- Owszem, tak będzie, bo praca w Pile to rozpoczynanie budowy zespołu wciąż od początku i wygląda na to, że to się nie zmieni. Już słychać o tym, że nieco bogatsze od nas kluby mają ochotę ściągnąć Agnieszkę Bednarek itd. A przecież rewolucje kadrowe są w siatkówce niedopuszczalne, a gra przez dwa, trzy lata w tym samym składzie to rzecz nieoceniona. Najlepszy przykład mieliśmy w tegorocznym finale. Muszynianka kończyła finałowy mecz z Bielskiem w takim składzie, w jakim grała z nami w finale rok temu. I wygrała. W Bielsku natomiast przed sezonem doszło do wielu zmian i trzeba było za nie w finale zapłacić.

Zespół miał po panu przejmować Adam Grabowski, pański asystent.

- I niewykluczone, że tak będzie. Należy mu się za te 10 lat pracy.

No dobrze, ale pan miał go przygotować do roli pierwszego trenera. Tymczasem Adam Grabowski dostał ledwie jedną szansę, po czym pan wrócił na krzesło trenera.

- Akurat tak wtedy wyszło, że dziewczyny zostały taką sytuacją zaskoczone i wystraszyły się tego, że mnie nie ma. Na trenera Grabowskiego też pewnie za mocno wówczas padał mój cień. Dlatego nie do końca to wyszło. Myślę jednak, że warto stawiać na Adama Grabowskiego. Trener Wojciech Lalek, który też wchodzi w rachubę, zna przecież tę drużynę znacznie słabiej.

A pan teraz zajmuje się już wyłącznie reprezentacją Polski.

- Od kilku miesięcy się nią zajmuje i to, co trzeba, mam już gotowe. Zgrupowania, mecze kontrolne poustalałem. Teraz pozostało czekać na kadrowiczki. Trzeba będzie się skonsultować z lekarzem, aby ustalić, kto i od kiedy będzie do dyspozycji reprezentacji, a które z dziewczyn powinny jeszcze dostać wolne, by się podleczyć czy choćby odpocząć.

A które powinny?

- Zastanawiamy się choćby nad Joanną Mirek, czy będzie musiała przejść operację. Eleonora Dziękiewicz ma też kontuzję. Rozmawiałem też z Katarzyną Skowrońską, która ma kłopoty z achillesami. Poza tym sezon we Włoszech, gdzie gra, jest dłuższy. Ona na pewno będzie potrzebować odpoczynku. Poza tym jest kilka dziewczyn, które grają z plastrami czy opatrunkami.

A o skargach trenerów klubowych pan słyszał?

- Że kadra komplikuje im przygotowania? Słyszałem i trochę mnie one dziwią. Przecież 9 kwietnia mieliśmy spotkanie z trenerami i prezesami klubów. Pytałem, kto ma jakieś problemy i wątpliwości, tak abyśmy nie musieli potem rozmawiać ze sobą przez prasę. Nikt nie zgłaszał uwag. Teraz słyszę, że powołania zakłócają przygotowania. Cóż, na miejscu trenera, który ma u siebie osiem potencjalnych kadrowiczek, cieszyłbym się raczej z siły zespołu.

Nie tak dawno to pan był trenerem klubowym i to pan narzekał na trenera kadry. Teraz znalazł się pan po drugiej stronie...

- Powoli, ja nie jestem Marco Bonitta i nie pracuję tak jak on, który z trenerami klubowymi nie rozmawiał. Ja się spotykam, rozmawiam, ustalam, słucham ich opinii. Jest różnica i to zasadnicza. Wszyscy trenerzy i prezesi klubów wiedzą, jaki jest plan kadry i kto w niej będzie. Wiedzą też, że po najbliższym zgrupowaniu w Dźwirzynie kadra będzie się stopniowo zawężać.

A kto z Piły znajdzie się w kadrze A?

- Agnieszka Bednarek. Myślę też o Klaudii Kaczorowskiej i Paulinie Maj. No i oczywiście o Milenie Sadurek na pozycji rozgrywającej.

A kto, według pana, jest najlepszą rozgrywającą w kraju? Ona, Katarzyna Skorupa czy może Izabela Bełcik?

- Głupio bym zrobił, gdybym odpowiedział na to pytanie. Powinno być tak, że to ich zmartwienie, która jest pierwsza. To one muszą to ustalić między sobą. Treningami i grą.