Marcin Rosłoń: Mówili na mnie "stołeczny"

Zwycięzcą meczu Legii z Lechem będzie Wisła, która w sobotę zrobi swoje i wygra z Górnikiem. A w niedzielę będzie remis - mówi były piłkarz Legii i Lecha, obecnie dziennikarz Canal+ 31-letni Marcin Rosłoń.
Legia - Lech czyli pojedynek snajperów »

Robert Błoński: Jesteś chyba jedynym urodzonym w Warszawie wychowankiem Legii, który grał i w stolicy, i w Poznaniu.

Marcin Rosłoń: Pod koniec 1999 r. mój menedżer Jerzy Kopa zaproponował mi przejście z drugiej drużyny Legii do Lecha. Dla mnie to była szansa, choć Lech to był wtedy dół ekstraklasy, dół finansowy i czekała go walka o utrzymanie. Pojechałem do Poznania, podpisałem półroczny kontrakt i 5 stycznia zacząłem treningi. Dostałem przyzwoite pieniądze, miałem możliwość trenowania z drużyną I ligi. Większych nadziei na bycie czołowym zawodnikiem może nie miałem, ale otwierała się przede mną szansa, jakiej nie miałem w Warszawie. Z Lecha odchodził wtedy do Wisły Arek Głowacki... Zresztą na początku wspólnie jeździliśmy na treningi. Zabierali mnie z Maćkiem Scherfchenem. Ja miałem wtedy 21 lat. Trafiłem do innego miasta, byłem sam. Pieniądze zarabiałem już w Legii, ale mieszkałem z rodzicami. W Poznaniu byłem zdany sam na siebie.

Nie miałeś obaw, odchodząc do Lecha z Legii?

- Nie. W każdym wywiadzie mówiłem, że nie mam ulubionego klubu, że kibicuję piłce nożnej. Uwielbiam w nią grać, nie ma - nawet na świecie - klubu, który lubię bardziej od innych. Ta oferta to była dla mnie szansa, a że pojawiła się z Poznania? Trudno. Bardziej ja się obawiałem, jak to będzie, ale i tak pojechałem. Rozmawiałem wcześniej z Jerzym Kopą, trochę mnie uspokoił. Przychodząc do Lecha, nie obrażałem nikogo w Warszawie, bo w Legii za dużo nie grałem. Nie naraziłem się też na to, na co naraził się Paweł Kaczorowski, przychodząc z Lecha do Legii. Mnie w Poznaniu nikt nie śpiewał: "Chórzysto, nigdy nie będziesz lechitą". Byłem anonimowy, więc się nie bałem.

Wszedłeś do szatni i...

- ...i mało kogo znałem. Przypadliśmy sobie do gustu z Maćkiem Scherfchenem, potem z Leszkiem Zawadzkim. Zostaliśmy przyjaciółmi. Usiadłem na wprost wejścia obok bramkarza Norberta Tyrajskiego. Szatnia była specyficzna, inna od Legii. W stolicy wszystko sprowadzało się do tego, że piłkarz przychodził, wykonywał swoją pracę i z niej wychodził. W Legii byli reprezentanci Polski, ludzie z klubów zagranicznych. W Lechu takich ludzi nie było. W Warszawie też były "jaja", ale tętno życia wynosiło 125-150. A tamta szatnia Lecha to było małe państewko. Jak żarty, to tętno dochodziło do 200 i jechaliśmy po bandzie. Ale jakoś się wpasowałem. Obok był bar Pyra tam się spędzało wiele czasu, spotykało ludzi związanych z Lechem.

Nie miałeś pod górkę?

- Miałem, podczas "chrztu" na zgrupowaniu. Wiedziałem, że oberwę, i to konkretnie. Lało się klapkiem albo dłonią na goły prawie tyłek, mogłem założyć tylko cienkie spodenki. Suma klapsów zbierała się na podstawie zadań wymyślanych przez kolegów. Absurdalnych, mniej absurdalnych albo niewykonalnych. Zastanawiałem się, co robić: ugiąć karku i powalczyć, żeby klapsów było jak najmniej, czy pójść na całość i dostać solidny łomot. Poszedłem po bandzie. Chciałem się zachować normalnie.

Wszedłem do pomieszczenia, gdzie był chrzest. Na ziemi leżała koszulka i barwy Lecha. Podniosłem i zaniosłem na krzesło. Wszyscy dookoła siedzieli i powiedzieli: "siadaj". Usiadłem. To oni wstali. Zorientowałem się, że chodzi o to, aby oni siedzieli. Więc wstałem. Jak tylko się podniosłem, oni znowu usiedli i znowu mówią "siadaj". I tak w kółko.

Nie miałem wyjścia. Jak mówią: "siadaj", a ja nie przyjąłbym zaproszenia, byłbym krnąbry. Jakbym tylko siedział, byłbym podwójnie krnąbrny, bo oni muszą stać. A przecież wiadomo, kto jest gościem. Dałem im do zrozumienia, że nie będzie łatwo. Wiedziałem, że będę wisienką na torcie, bo chrzczonych było kilku, a szykowali się głównie na mnie. Bo byłem "stołeczny". Taką ksywkę nadał mi gospodarz magazynu Lecha, pan Gienio, który w klubie jest do dziś i z którym mam serdeczne kontakty.

Ile było klapsów?

- Nie liczyłem, ale 40 na pewno. Walili mocno i z premedytacją w jeden rejon tyłka, żeby się za bardzo nie rozkładały. Obok stała miska ze śniegiem, bo to była zima. Jak tyłek piekł, można było schłodzić, ale wiadomo, że uderzenia w mokry bolą bardziej. Kiedy wracałem na miejsce, nie zapomnę oczu Maćka Scherfchena - miał w nich łzy. Kręcił głową z niedowierzaniem. Tyłek miałem brunatny przez następny tydzień. Ale takie było życie stołecznego w Poznaniu. Wkupnego nie miałem, była chyba tylko zrzuta na piwo i to wszystko.

A kibice?

- Przez pierwsze dwa tygodnie nie dostałem ortalionu Lecha. Miałem tylko spodnie dresowe, a było zimno. Biegaliśmy na boisku, a ja... w ortalionie Legii! Z elką na piersi. Obok stali kibice Lecha i wołali: " » Stołeczny «, zdejmij ten ortalion". Mówiłem, że nie mam innego. Pamiętam, że raz podbiegł do mnie Marek Szemoński, który wtedy grał w Lechu, i autentycznie zaniepokojony powiedział, żebym przynajmniej zakleił tę "elkę". Powiedziałem: "nie", więc załatwił mi czarno-niebieski Lecha. Skończyło się happy endem, choć jak potem się zastanowiłem, to rzeczywiście dziwna sprawa, że tyle dni prześlizgałem się w takim ubraniu i z takim logo na Lechu przy Bułgarskiej.

Z kibicami Lecha nigdy nie miałem najmniejszych problemów. Oni już wtedy stali na bramach i pilnowali ładu na stadionie. Nikt nigdy mnie nie zaczepił, nie był wulgarny. Czułem się tam bardzo dobrze. W Pyrze spędzałem sporo czasu, bo moja ówczesna sympatia, a teraz żona, nie mogła być co dzień. Gadaliśmy o wszystkim, pytali o Legię, o jej kibiców, o zawodników. Ciekawa wymiana zdań. Wiedzieli, że jestem normalnym kolesiem.

Piłkarsko Lechowi niewiele pomogłeś.

- Zagrałem trzy mecze ligowe, jeden w PP. W ligowym debiucie z Ruchem w Chorzowie wszedłem w 30. minucie za Pawła Bociana i tuż przed końcem wyleciałem za dwie żółte kartki, ale i tak uważam, że nie było najgorzej. Trenowałem w I lidze, poznałem Poznań, wielu fantastycznych ludzi niezwiązanych z piłką. Świetnie się tam czuję. To był cudowny czas. Jak jadę do Poznania, nigdy nie śpię w hotelu, tylko u znajomych.

Mnóstwo czasu spędzałem z Leszkiem Zawadzkim u rodziny, która mieszka w małym kolejowym budyneczku między boiskami bocznymi a głównym boiskiem. Mieli dwoje dzieci w moim wieku, czasem przychodzili znajomi i bywało, że nawet o 22 wychodziliśmy grać na bocznym boisku z dziewczynami. Wesoło było. W miasto się raczej nie chodziło. Wyniki były słabe, a w Poznaniu, jak są porażki, to raczej nie ryzykuje się wychodzenia na imprezki.

Wszystko skończyło się po pół roku.

- Lech spadł, nawet chcieli mnie w II lidze, ale nie dogadałem się z austriackim trenerem Adolfem Pinterem. Dlatego się rozstaliśmy.

W niedzielę mecz Legia - Lech. Komentujesz?

- Nie, jadę w sobotę na derby Wybrzeża do Gdańska. Mecz w Warszawie komentuje Jacek Laskowski. Chyba nie komentowałem meczu jedynych klubów, z którymi zagrałem w ekstraklasie. Jednak zdarzyło mi się przegrać w koszulce Legii w Poznaniu 0:1. Kiedy byłem w Lechu mecz z Legią prowadzoną przez Franza Smudę, obejrzałem z trybun, choć myślałem, że zagram. Koledzy zagrali z włosami pomalowanymi na niebiesko, przegrali 1:2, a decydującego gola, samobójczego, wpakował sobie Michał Goliński.

Kto wygra w niedzielę?

- Zwycięzcą tego meczu będzie Wisła, która w sobotę zrobi swoje i wygra z Górnikiem. A w niedzielę będzie remis. Taki jest mój typ.

Chinyama vs Lewandowski. Najlepsi snajperzy Ekstraklasy zagrają przeciwko sobie
Lewandowski: To Lech zasłużył na tytuł >