Sport.pl

Skra zagra z Resovią w finale PlusLigi. Marsz po piąte złoto

Jeśli dream team z Bełchatowa sięgnie po piąte mistrzostwo, pobije kolejne rekordy w polskiej siatkówce. Na jego drodze stanie Resovia, która znalazła się w finale po 34 latach. Pierwsze mecze w Bełchatowie w piątek i sobotę
Obie drużyny wygrywały ligę po cztery razy. O ile jednak potęga Skry, która rośnie w siłę z roku na rok, to historia najnowsza, o tyle ostatnie sukcesy Resovii przypadały na czas, w którym najstarszy z jej obecnych zawodników Kubańczyk Ihosvany Hernandez zdmuchiwał trzy świeczki na urodzinowym torcie.

Co łączy oba zespoły? Największe w Polsce budżety dochodzące do 10 mln zł, wspólna gra w przyszłorocznej Lidze Mistrzów (Resovia jako przynajmniej wicemistrz, Puchar Polski wywalczyła Skra) i aspiracje dochodzące nie tylko do podium krajowych rozgrywek. Skra realizuje swoje ambicje do czterech lat, Resovia dopiero zaczyna, więc i szanse na triumf w tegorocznym finale ma proporcjonalnie niższe.

Droga do finału pokazała, kto będzie faworytem w decydującej rozgrywce. Dla Skry, która w piątek pokonała Jastrzębski Węgiel po raz trzeci, dość łatwa. Dla Resovii - kręta i wyboista, zakończona sukcesem dopiero tuż przed metą. Ale dzięki temu kibice mogli pasjonować się najlepszym półfinałem od lat. Choć przed sezonem to właśnie Resovia stawiana była za jedyną drużynę zdolną zagrozić Skrze, to już w play-off dawano jej takie same szanse na finał jak rewelacyjnej Zaksie Kędzierzyn prowadzonej przez trenera debiutanta Krzysztofa Stelmacha.

Rywalizacja tych drużyn zakończyła się w tie-breaku czwartego meczu, w którym Zaksa prowadziła już 10:7. Wystarczyły dwie źle przyjęte zagrywki, kilka kolejnych udanych akcji Resovii, aby prysły marzenia gości o piątym decydującym spotkaniu.

Tę batalię kibice zapamiętają na długo ze względu na jej dramaturgię, a także na bohaterów, którzy przy tej okazji błysnęli. W Zaksie był nim atakujący Dominik Witczak, który niemal cały sezon przesiedział w rezerwie. Udowodnił, że kiedy dostaje szansę, nie zawiedzie.

Ze strony Resovii było aż dwóch takich - jak określili to komentatorzy - zuchów. Tym pierwszoplanowym - Miko Oivanen, któremu gospodarze zawdzięczają sukces w czwartym meczu. 23-letni Fin kończył niemal wszystkie ataki - i te z piłki dobrze wystawionej, i te, w których napotykał podwójny, a czasem nawet potrójny blok. Na drugim planie szalał Piotr Łuka, jeden z największych twardzieli w polskiej siatkówce. Choć jest jednym z symboli Resovii - gra w niej od pięciu lat - w tym sezonie wpływ na wyniki tej drużyny miał niewielki. Po sprowadzeniu kolejnych konkurentów odstał swoje w kwadracie dla rezerwowych, jednak w decydujących meczach o awansie do finału wyszedł na boisko i swoje zrobił. Nie było elementu, w którym Łuka by zawiódł. A biorąc pod uwagę moment, w jakim wchodził, oraz brak regularnych występów, nie było mu łatwo. W obronie wprost wyczyniał cuda, podbijając stracone dla wielu piłki. Zagrywką gnębił rywala, a jego pojedyncze bloki na atakujących Zaksy były majstersztykiem.

Czy to jednak wystarczy na Skrę? Jeśli nie, to i tak Resovia wypełniła założony przed sezonem plan - zagra w finale. Jednak dla zawodników walka się jeszcze nie skończyła. Zarówno o złoto, jak i o nowe kontrakty, bo trener Ljubomir Travica już zapowiedział niektórym graczom, że miejsca w szatni może dla nich zabraknąć.

Zajrzyj do bloga Przemysława Iwańczyka

Więcej o: