Zawsze chciałem wygrywać - rozmowa z Władimirem Smirnowem

Nie było u nas ani lodowiska, ani stadionu piłkarskiego. Wystarczyło za to wyjść z domu, założyć narty i biegać. Tak to się wszystko zaczęło - opowiada "Gazecie" Władimir Smirnow, jeden z najbardziej utytułowanych biegaczy narciarskich w historii.
Smirnow ma silne związki z Polską. W Rudzie Śląskiej od ponad dwóch lat mieszkają jego teściowie. Matka Walentyny Smirnow, żony biegacza, ma bowiem polskie korzenie i do naszego kraju przyjechała w ramach akcji repatriacyjnej.

Michał Zichlarz: W swojej karierze startował Pan w barwach trzech drużyn narodowych: ZSRR, Wspólnoty Niepodległych Państw i Kazachstanu. Czy starty w każdej z nich miały dla Pana to samo znaczenie?

Władimir Smirnow: Zawsze chciałem wygrywać, obojętnie w barwach jakiego kraju to było. Byłem przecież profesjonalistą i zawsze marzyłem o jednym - by zdobyć olimpijskie złoto.

Ale była chyba jakaś różnica pomiędzy występami w ekipie ZSRR i Kazachstanu?

- Tak, oczywiście. Jako zawodnik ZSRR byłem członkiem drużyny. Biegając dla Kazachstanu, wszystko organizowałem sobie sam: treningi, pieniądze na przygotowania i starty oraz całe zaplecze. To było dla mnie zdecydowanie lepsze rozwiązanie.

Jak to się stało, że zaczął Pan biegać na nartach?

- Pochodzę z małego miasta w północnym Kazachstanie. Nie było u nas ani lodowiska, ani stadionu piłkarskiego. Wystarczyło za to wyjść z domu, założyć narty i biegać. Dookoła lasy, pola, wzniesienia, a więc świetne warunki do trenowania. Tak to wszystko się zaczęło.

Swoją karierę rozpoczął Pan w latach 70. Ciężko było przebić się do światowej czołówki?

- Mnie zajęło to dziesięć lat. Treningi rozpocząłem w 1976 roku w wieku 12 lat. Trzy lata później znalazłem się w reprezentacji juniorów ZSRR, a swój pierwszy medal w ważnej międzynarodowej imprezie wywalczyłem w 1987 roku na mistrzostwach świata w Oberstdorfie. Rok później na igrzyskach olimpijskich w Calgary zdobyłem już trzy medale - dwa srebrne i jeden brązowy.

Jak wspomina Pan okres startów w reprezentacji ZSRR?

- Czasy były wtedy ciężkie, ale ja szczególnie ciepło wracam do okresu juniorskiego. Mieliśmy bardzo dobre warunki do treningów. Były specjalne centra treningowe, do których trafiali najzdolniejsi młodzi zawodnicy i świetni szkoleniowcy. To powodowało, że do każdych zawodów byliśmy bardzo dobrze przygotowani.

Podobnie było w drużynie seniorów, do której awansowałem w wieku 19 lat, z tym że po olimpiadzie w Calgary zdałem sobie sprawę, że aby osiągnąć ten absolutnie najwyższy poziom sportowy, muszę wyjechać za granicę. Dlaczego? Bo żeby osiągać sukcesy, człowiek musi być wolny. Dlatego w 1991 roku zdecydowałem się na wyjazd do Szwecji. Mieszkam przy granicy z Norwegią, ale kilka razy w roku odwiedzam Kazachstan, pomagając tamtejszym narciarzom.

W czasach ZSRR w trakcie zagranicznych wyjazdów nie byliście osamotnieni. Często towarzyszyli Wam przedstawiciele KGB.

- Tak było do czasu, kiedy sekretarzem partii został Michaił Gorbaczow. Wcześniej rzeczywiście zawsze towarzyszył nam człowiek z KGB. To, że był on w ekipie, na pewno nie było miłe, powodowało tylko nerwową i nieprzyjemną atmosferę, ale my skupialiśmy się na zawodach i treningach.

Swoją zawodniczą karierę zakończył Pan jako reprezentant Kazachstanu. Nie było problemów ze zmianą obywatelstwa?

- Wtedy, w 1992 roku, już nie. Chciałem reprezentować Kazachstan i nikt, nawet działacze rosyjskiej federacji narciarskiej, nie stawiał przede mną żadnych przeszkód. Koledzy z reprezentacji też zrozumieli mój wybór. Urodziłem się w Kazachstanie i choć nie mówię po kazachsku, to czuję się obywatelem tego kraju.

Swój jedyny złoty olimpijski medal wywalczył Pan właśnie jako reprezentant Kazachstanu w Lillehammer. Miał Pan chyba dodatkową satysfakcję, bo na dystansie 50 km pokonał Pan swoich odwiecznych rywali i przyjaciół z Norwegii - Bjoerna Daehlie i Vegaarda Ulvanga...

- To prawda. Zresztą cały czas utrzymuję z nimi kontakty. Vegaard to mój bliski przyjaciel. Widuję się z nim prawie codziennie, bo w Norwegii prowadzę firmę turystyczną. A z Bjoernem ostatni raz spotkałem się w grudniu ubiegłego roku.

Nieraz wspominał Pan, że w trakcie kariery sportowej nigdy nie było problemów z poprawnym wymówieniem Pana nazwiska...

- Rzeczywiście. Jeśli ktoś pytał mnie o nazwisko, to ja z kolei pytałem, czy słyszał o wódce Smirnoff. Wtedy wszystko było już jasne. (śmiech)

Już za kilka tygodni początek igrzysk olimpijskich w Salt Lake City. Jaka będzie to olimpiada?

- Jestem pewien, że zakończy się sukcesem. Po wrześniowych zamachach terrorystycznych wiele osób uważało, że olimpiada nie powinna odbywać się w Ameryce. Ja i wielu innych członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego byliśmy przeciwnego zdania. Igrzyska muszą się odbyć właśnie w Stanach Zjednoczonych. Nikt nie może podważyć i skraść idei olimpijskiej.

Jako działacz MKOl z pewnością będzie Pan miał sporo pracy w Salt Lake City?

- Z ramienia MKOl zostałem wybrany do komisji walki z dopingiem. Oprócz tego będę też brał udział w ceremonii wręczania olimpijskich medali, dekorując medalistów biegów narciarskich, biatlonu i alpejczyków.