W środę mija 20 lat od największej tragedii w historii angielskiej piłki

15 kwietnia 1989 r. na stadionie Hillsborough zginęło 96 fanów Liverpoolu. Tragedia trwała kilkadziesiąt minut. Skutki są widoczne do dzisiaj
20 lat temu Liverpool grał w półfinale Pucharu Anglii z Nottingham Forest. Kibice "The Reds" mieli usiąść za bramkami. Na trybunach miejsca brakowało już trzy godziny przed meczem. Gdy tuż przed rozpoczęciem spotkania wpuszczono na nie 2 tys. czekających na zewnątrz doszło do tragedii. Ci, którzy byli z tyłu i napierali chcąc jak najszybciej zobaczyć, co się dzieje na boisku, nie wiedzieli jeszcze, że trybuna jest przepełniona. Ludzie stojący najbliżej płotu starali się uciec ze śmiertelnej pułapki, przeskakując przez ogrodzenie. Sytuacja zrobiła się fatalna w momencie rozpoczęcia meczu. Przerażeni kibice starali się zwrócić uwagę policjantów, ich starania były jednak skazane na porażkę. Tym bardziej że ci, którzy próbowali uciec, byli zawracani na trybunę. Funkcjonariusze myśleli, że fani chcą wbiec na murawę.

20. rocznica Hillsborough: Liverpool wciąż zjednoczony tragedią


Śledztwo wykazało, że za tragedię odpowiedzialni są policjanci. Pomogło też w modernizacji stadionów, by więcej do takiej tragedii nie doszło.

Zakazano budowania stadionów z miejscami stojącymi, te które istniały miały być zamienione na siedzące. Zlikwidowano ogrodzenia wokół boiska. Zastąpił je barierkami lub liniami, których przekroczenie karane jest wysoką grzywną. Każdy stadion musiał mieć monitoring, a każdy kibic identyfikator.

Reportaż z Liverpoolu o tragedii na Hillsborough wkrótce w "Gazecie Wyborczej" i Sport.pl.