Ekstraklasa: Krótka ławka w poznańskim szpitalu kolejowym

Kluczowe mecze lidera ekstraklasy bez kluczowych zawodników. Lech Poznań walczy o mistrzostwo Polski osłabiony beztroską własnych szefów
Panathinaikos patrzy na Roberta Lewandowskiego

Do licznego już grona poważnie kontuzjowanych piłkarzy "Kolejorza" dołączył nowy. Hernan Rengifo uszkodził więzadła w kolanie i nie zagra przez co najmniej trzy tygodnie. Wczorajsze badania potwierdziły pierwsze diagnozy - po wbiciu z impetem piłki do bramki Wisły w ćwierćfinale Pucharu Polski Peruwiańczyk upadł tak pechowo, że uszkodził więzadło w kolanie.

Uszkodzone zostało więzadło poboczne-przyśrodkowe. Lekarz Lecha Tomasz Piontek przewiduje, że rekonwalescencja piłkarza potrwa około trzech tygodni. - Po dwudziestu godzinach od urazu trudno dokładnie określić, jak szybko Rengifo będzie mógł wrócić na boisko - powiedział Piontek. Dodał też, że "Kolejorz" zrobi wszystko, by postawić piłkarza na nogi już na 26 kwietnia. Lech gra wtedy z Legią w Warszawie. Mecz może być kluczowy dla mistrzostwa Polski, ale szanse na to, że Rengifo w niewiele ponad dwa tygodnie wyzdrowieje i zagra, są jednak małe. Peruwiańczyk nie jest typem zawodnika, który zaciśnie zęby, poprosi o zastrzyk przeciwbólowy i zagra jak gdyby nigdy nic. Póki nie jest w pełni zdrowy, nie gra i już.

Dla trenera Franciszka Smudy to fatalna wiadomość. Na każdym kroku podkreśla, jak ważny dla jego koncepcji gry jest silny i dobrze walczący w powietrzu Rengifo. Wie coś o tym także Robert Lewandowski. Młody napastnik w pojedynku ligowym z Wisłą był w pierwszej linii Lecha, zmuszony do ciągłych przepychanek z obrońcami niemal stracił energię do zwyczajnej gry w piłkę. Przedwczoraj, w meczu pucharowym z Wisłą, odżył - do "brudnej roboty" został oddelegowany Rengifo. Lewandowski ustawił się dalej od pola karnego i to właśnie jego wejścia w "szesnastkę" dały awans drużynie.

Rengifo jak na polskie warunki to piłkarz ponadprzeciętny. Smuda w swojej wąziutkiej kadrze nie ma nikogo, kto mógłby przez te najbliższe tygodnie zastąpić przybysza z Ameryki Południowej. Albo przynajmniej odciążyć Lewandowskiego w jego zapasach z obrońcami. A obecna sytuacja trenera to w dużej mierze efekt beztroskiej polityki kadrowej szefów "Kolejorza", którzy bajeczną rundę jesienną uznali za standard. Skoro zespół przebrnął ją bez poważniejszych urazów, to po co go wzmacniać?

Lecha do tytułu mistrzowskiego nie przybliży na pewno Haris Handżić. Młody Bośniak to teraz jedyny oprócz Lewandowskiego zdrowy napastnik w kadrze "Kolejorza". Ostatnio zaczął się pojawiać na ławce rezerwowych, ale to głównie dlatego, że zrobiło się na niej trochę miejsca po kontuzjach Grzegorza Wojtkowiaka czy Rafała Murawskiego. Do gry w pierwszym zespole Handżić nie jest jeszcze gotowy. - Wierzcie mi, że skoro go nie wystawiam, to znaczy, że się jeszcze nie nadaje - mówi Smuda.
Lech stracił rozpęd, bo za szybko uwierzył, że jest mistrzem?


Handżić w ubiegłym roku był najlepszym piłkarzem młodego pokolenia w swoim kraju. W Poznaniu zadziwia na razie wyjątkowo złą koordynacją ruchową. Mówi się, że to dlatego, że urósł kilka centymetrów w krótkim czasie. O tym wiadomo było już w styczniu, ale do końca lutego nie znaleziono napastnika na najbliższą przyszłość. A przecież Lech stracił jeszcze zamieszanego w aferę korupcyjną Piotra Reissa.

Problemy z napastnikami to niejedyne na głowie trenera Smudy. Przez pół roku piłki nie kopnie reprezentant kraju Grzegorz Wojtkowiak, który zerwał więzadła w kolanie. Po złamaniu palca w stopie w pełni sił nie jest też inny kadrowicz Rafał Murawski. W ostatnich treningach ledwo truchtał. Kiedy zagra w piłkę? Raczej nie w sobotnim meczu z Piastem. Chory był też ostatnio bramkarz Ivan Turina, którego jednak udanie zastępuje Krzysztof Kotorowski.