Justynie Kowalczyk ukradli osiem lat

Najbardziej cenny był czarny neseser. Miałem w nim rozpisane, dzień po dniu, trening po treningu, osiem lat pracy z Justyną Kowalczyk. A złodziejaszki go ukradli - narzeka trener polskiej biegaczki narciarskiej, dwukrotnej mistrzyni świata z Liberca.
W nocy z poniedziałku na wtorek, pod siedzibą AWF w Katowicach ktoś włamał się do niebieskiego mercedesa viano. Pod wybitą szybą był napis "Justyna Kowalczyk" - bo tym autem Polka podróżuje na wszystkie zawody Pucharu Świata.

Robert Błoński: Duże straty?

Aleksander Wierietielny: Wyceniliśmy je na 20 tysięcy złotych... Wszystko stało się we wtorek nad ranem. Około piątej ochroniarze patrolowali ogrodzony teren AWF i mówili później, że wtedy wszystko było w porządku. Auto stało 15 m od wejścia, pod latarnią i kamerą z monitoringu. O 6.30 zadzwonili do mnie do pokoju, że było włamanie. Zszedłem i zobaczyłem wybitą szybę. Szybko zorientowałem się, co skradziono. Najważniejszy był neseser z dokumentami, planami przygotowań. To było takie moje archiwum prowadzone od ośmiu lat. Opisane w nim było wszystko, co robiliśmy, dzień po dniu, trening po treningu, ich objętość i intensywność. Do tego były różne faktury, dokumenty potrzebne do rozliczenia za paliwo, przegląd auta, za hotele, itd. I teraz już wiem, że tego nie rozliczę. Zginęły też klucze, karta kredytowa, ale na szczęście nie aktywowana, kamera, odtwarzacz dvd, nawigacja, trochę bilonu. Wszystko wygrzebali. Nawet okulary mi zabrali i nie mogłem przez to czytać ani pisać. Nie wzięli tylko mojej skórzanej kurtki, widać nie spodobała się.

Na ile wyceniono straty?

- Na 20 tysięcy złotych.

Czy przygotowania olimpijskie Justyny są zagrożone?

- Nie, bo widzi pan, ja cały plan przygotowań do sezonu miałem ze sobą. Chciałem jeszcze skonsultować kilka terminów, dopiąć wszystko na ostatni guzik. Plany już są i mam je przy sobie. Dokumenty z nesesera były mi potrzebne, żeby je przejrzeć. To był jedyny egzemplarz, zawsze przygotowanych mam kilka, rozdaję je zawodnikom, ale oni na koniec zgrupowań je niszczą. Ja zbierałem. Strata jest poważna, ale dla mnie. Ci, co je ukradli tylko się wściekną, że tam pieniędzy nie było. Ten neseser był sakramencko ciężki, ponad 20 kg ważył. Dlatego nie wziąłem go do hotelu, bo jak ją dłużej dźwigam, to później zawsze krzyż mnie boli. Zostawiłem w aucie, bo myślałem, że nikt się nie połaszczy. Nie ma jednak co się przejmować, zrobimy nowe archiwum, z kolejnych ośmiu lat.

Jak będą wyglądały przygotowania Justyny do nowego sezonu?

- Bardzo podobnie jak do poprzedniego. W połowie kwietnia jedziemy do sanatorium w Polanicy. Potem wyjeżdżamy w góry, do Sierra Nevada, w czerwcu na austriacki lodowiec Dachsteim, później będziemy i na Wschodzie - na Białorusi w Raubiczach oraz w Estonii w Otepeaeae - i na Zachodzie - m.in. w szwajcarskim Sankt Moritz. W Estonii będziemy 20 dni, Justyna wystartuje na nartorolkach. We wrześniu odwiedzimy Wałcz na tygodniowy trening regeneracyjny, a potem znowu na lodowce do Austrii i Włoch. Żeby dobrze przygotować się do płaskich tras olimpijskich dodamy intensywność i zmniejszymy objętość. No i dużo, dużo techniki.

Jak z popularnością pan sobie radzi?

- Świetnie, bo mnie nie dotyczy. Nie jestem rozpoznawany. Gorzej z Justyną, męczy się z tym, ale też sobie radzi.

Myśli pan, że złodzieje mogą zwrócić dokumenty?

- Nie sądzę. Wydaje mi się, że jak się tylko zorientowali co mają, wyrzucili to na śmietnik. Zdaje mi się, że to nie byli profesjonalni złodzieje, tylko dorobkiewicze. Mnóstwo kłopotów mi narobili - cały czwartek straciłem na wymianie zamków, kluczy, itd. Straciliśmy czujność. Kiedy byliśmy na Zachodzie zdarzało się zostawić otwarte drzwi czy klucze w stacyjce albo narty na trasie. I nikt nic nie ruszył. No, ale zapomnieliśmy, że jesteśmy w kraju.

Ale jakby miał się stać cud, to proszę żeby oddali do siedziby Polskiego Związku Narciarskiego w Krakowie przy ulicy Mieszczańskiej.

Kowalczyk nagrodzona, trener okradziony - czytaj tutaj »