Ekstraliga na żużlu: Dramaty jak u Hitchcocka, będą bankructwa?

W żużlowej ekstralidze jest bardziej dramatycznie niż w filmie Hitchcocka. Zanim się rozpoczęła, już było w niej trzęsienie ziemi. I będzie jeszcze gorzej. Mistrz świata Nicki Pedersen odmówił startów w klubie z Częstochowy, bo chciano mu obniżyć wypłatę. - Jest groźba bankructw - mówi Wojciech Stępniewski, prezes mistrzów Polski, toruńskiego Unibaksu.
Gdyby na piłkarskim boisku Lech Poznań zagrał z Manchesterem United, wynik tej konfrontacji byłby oczywisty. Skończyłoby się pogromem lidera polskiej ekstraklasy. Na torze żużlowym jest odwrotnie. Mistrz Anglii, zespół z Poole nie miałby najmniejszych szans w starciu najlepszą polską drużyną, Unibaksem Toruń.

Bo Polska to raj dla żużlowców. W Speedway Ekstralidze jest najwięcej pieniędzy i dlatego była najlepszą ligę świata - dopóki nie zaczął się kryzys.

Kolejny sezon żużlowy startuje w niedzielę z dziesięcioma zespołami w ekstralidze. - I może się tak zdarzyć, że nie wszystkie kluby dotrwają w nim do końca - mówi Krzysztof Cegielski, były zawodnik, szef Stowarzyszenia Żużlowców.

- Jest groźba bankructw - potwierdza Wojciech Stępniewski szef Unibaksu.

Pierwsze wstrząsy, zwiastujące trzęsienie, były już odczuwalne na długo przed inauguracją ekstraligi. Miesiąc temu szefowie najlepszych klubów uchwalili, że można spróbować renegocjacji umowy z zawodnikami, żeby obniżyć im wypłaty. Najbardziej parł do tego Władysław Komarnicki, prezes Stali Gorzów. Ma w swojej drużynie najlepiej zarabiającego zawodnika, Tomasza Golloba z rocznym kontraktem na około 2 miliony złotych i niemal tak samo drogiego Rune Holtę.

Trzęsienie ziemi nastąpiło jednak trzy dni przed rozpoczęciem sezonu, w Częstochowie. Włókniarz przeżywa wielkie problemy, bo sponsora, firmę Złomrex działającą na rynku handlu złomem, szczególnie mocno dotknął kryzys. Da klubowi zdecydowanie mniej pieniędzy niż obiecał.

- W związku z tym przedstawiliśmy zawodnikom propozycje renegocjacji kontraktów - mówi Marian Maślanka, szef klubu z Częstochowy.

Nic z tego. Zbuntował się jeżdżący we Włókniarzu mistrz świata Duńczyk Nicki Pedersen. Miał dostać ok. 500 tys. euro rocznie. Jedną trzecią wypłaty (pozostałe pieniądze zarabia dzięki punktom zdobytym na torze) klub miał mu przekazać jeszcze przed sezonem. Nie doczekał się ich i nie zgodził na obniżkę kontraktu.

- Jesteśmy zbyt daleko od swych oczekiwań - wytłumaczył się Pedersen. Po raz pierwszy od niemal 20 lat zdarza się, że mistrz świata nie pojedzie w polskiej lidze.

- Kluby jak nigdy są dziś powiązane z gospodarką. Jak nie ma w niej pieniędzy, budżety zespołów są niedopięte - mówi szef Unibaksu. Toruń sobie z kryzysem radzi dzięki temu, że właścicielem klubu jest jeden z najbogatszych Polaków, Roman Karkosik. Przejął drużynę, kiedy ta była na krawędzi bankructwa. Zainwestował w klub, bo w przyszłości liczy na zyski.

Ile? - Dobrych kilka milionów zł - mówi Karkosik i przyznaje: - Bez wkładu moich firmy klub w najbliższych latach sam sobie nie poradzi. Musi mieć sponsora strategicznego. Ale o to w 200-tysięcznym Toruniu ciężko.

Inny sposób na kryzys znaleziono w Bydgoszczy. Tam największym sponsorem jest ratusz. To miasto jest głównym udziałowcem żużlowej spółki Polonia. W tym roku przekazało już milion złotych na jej dokapitalizowanie i kolejne 500 tys. na promocję.

- Da to czas sportowym klubom na przetrwanie tego trudnego okresu - tłumaczy prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz. Bydgoszczanie są spokojni, bo liczą też na pieniądze od kibiców. Jedna trzecia dochodów Polonii to mają być wpływy z biletów - potrzeba około 7 tys. widzów na każdym meczu.

- Sądzę, że początek sezonu jeszcze będzie spokojny, ale ile właściwie ekip skończy ekstraligę, dowiemy się później - kończy Stępniewski, szef Unibaksu.