Przed meczem z San Marino: Leo Beenhakker ma dość Artura Boruca

- Z San Marino nie będziesz nawet na ławce rezerwowych. Możesz zostać, ale dla drużyny i dla ciebie będzie lepiej, jeśli wyjedziesz - tak Leo Beenhakker pożegnał w poniedziałek Artura Boruca. W środę w bramce stanie Łukasz Fabiański
Kiedy kadrowicze szykowali się na poniedziałkowy poranny trening, Boruc pakował torbę. Zdążył się pożegnać z drużyną i z opuszczoną głową wyjechał z tyskiego hotelu Piramida. To może być jego koniec w kadrze na dłuższy czas, a nawet na zawsze. Beenhakker, który miesiącami go hołubił i przymykał oko na występki, ostatecznie stracił cierpliwość.

Niby w futbolu wygrywa i przegrywa cały zespół, ale gdyby nie błędy i postawa Boruca, drużyna Beenhakkera mogła mieć cztery, a nawet sześć punktów więcej, i prowadziłaby w walce o awans na przyszłoroczny mundial.

W sobotę Boruc zawalił mecz z Irlandią Północną, który Polska przegrała 2:3. W listopadzie po błędach bramkarza w ostatnich pięciu minutach reprezentacja straciła zwycięstwo ze Słowacją. Oficjalnie koledzy z drużyny stoją murem za przeżywającym absolutny upadek, charyzmatycznym do niedawna bramkarzem. Ale głosy poparcia są dużo słabsze niż w listopadzie. Wtedy z własnej woli, niepytani, na każdym kroku powtarzali: "Pamiętajcie, ile Artur dla nas zrobił i ile mu zawdzięczamy". Dziś już się nie wyrywają, by go bronić - wygłaszają oficjałki, ewentualnie omijają temat. Michał Żewłakow - kapitan i najbliższy kolega Boruca, mieszkają razem w pokoju - rzucił tylko tajemniczo, że "przez pół roku nikt nie zrobił nic, by Arturowi pomóc".

Mniej więcej tak samo ewoluował stosunek selekcjonera do Boruca. Dlatego gdyby nie nagła niedyspozycja Łukasza Fabiańskiego, bramkarz Celticu oglądałby mecz w Belfaście z ławki rezerwowych. Wcześniej mu wybaczał - libację po meczu z Ukrainą (choć go zawiesił), papierosowy nałóg, błędy drobniejsze (z Czechami) i przesądzające o porażce (ze Słowacją), fatalną formę w Celticu.

Wiele to bramkarza nie nauczyło. Na pierwsze po banicji (za wybryk lwowski) na zgrupowanie się spóźnił, w ubiegły poniedziałek przyjechał z Łukaszem Załuską do Wronek w ostatniej chwili, tłumacząc, że nie zdążyli w Glasgow na samolot, bo "zasiedzieli się", a w drodze na lotnisko złapali gumę. Do kolejnego zgrzytu doszło w czwartek. Piłkarze dostali wolne popołudnie. Jedni pojechali do Poznania, inni zostali w hotelu, odwiedzali ich znajomi lub rodzina. Boruc wyszedł z hotelu, wrócił ze swoją partnerką. Przed 23 już jej w hotelu nie było, ale są dwie wersje rozstania. Pierwsza głosi, że o umówionej godzinie wyszła, druga, że stanowczo została z niego wyproszona.

Ale nie to zdecydowało. Boruc miał być w Belfaście tylko rezerwowym. Jego forma na zgrupowaniu budziła wątpliwości. Przegrał rywalizację z Fabiańskim, który - choć na co dzień jest rezerwowym w Arsenalu - daje drużynie większe poczucie bezpieczeństwa.

Beznadziejny występ Boruca udowodnił, że trenerzy mieli rację. Bramkarz Celticu ewidentnie zawalił pierwszego gola, był zaskakująco bierny przed drugim, przy trzecim miał pecha (bardziej zawinił strzelec samobója Żewłakow), ale i wówczas mógł zachować się odpowiedzialniej - wykopywać staranniej, zagradzając piłce drogę do bramki. Nie tylko gole obciążają konto Boruca. Grał niechlujnie, jego wybicia piłki wołały o pomstę do nieba - albo lądowały na aucie, albo pod nogami rywali. Nie dość, że całej drużynie nie szło, to nerwowo plujący na wszystkie strony i krzyczący bramkarz wprowadzał dodatkowy stres.

Boruc się załamał, był rozbity i zdruzgotany. Wiedział, że zawalił kolejny mecz, trzeci gol zupełnie go dobił.

W poniedziałek Beenhakker dał mu jasny sygnał, że reprezentacji szkodzi już sama jego obecność.

Belgowie zaproponują pracę Beenhakkerowi - czytaj tutaj »