Jak Justyna Kowalczyk zostawała królową zimy

Do dwóch złotych medali MŚ doszły dwie Kryształowe Kule za Puchar Świata. Justyna Kowalczyk bezapelacyjnie najlepszą biegaczką świata tego sezonu - relacja z Falun specjalnego wysłannika Sport.pl Roberta Błońskiego.
Zobacz jak Kowalczyk zdobywa Kryształową Kulę »

Zbliżała się godzina 14.43, kiedy Polka samotnie minęła linię mety w Falun i runęła jak długa. Skuliła się na nartach i przez moment leżała bez życia. Potem wstała i ukryła twarz między podwiniętymi nogami. Za moment na metę wpadły kolejne biegaczki - one również padły. Skończył się morderczy sezon.

Dopiero dwunasta przyjechała Petra Majdić - Słowenka już wiedziała, że przegrała Puchar Świata na rzecz Kowalczyk. Zdjęła żółtą koszulkę liderki PŚ, w której biegła od połowy lutego i powiesiła na barierce. Później słuch o koszulce zaginął - Kowalczyk dostała na podium nowiutką, czyściutką, żółciutką. Pierwszą w życiu żółtą koszulkę liderki PŚ, która oznaczała triumf Polki w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Polka wygrała również małą Kryształową Kulę - za biegi na dystansach. Zdarzyło się to po raz pierwszy w historii polskich biegów - wcześniej Adam Małysz cztery razy triumfował w PŚ w skokach narciarskich.

Królową zakończonej właśnie zimy (kalendarzowej i w narciarstwie klasycznym) jest bezapelacyjnie Kowalczyk.

Gdyby przed sezonem poproszono kogoś o napisanie wymarzonego dla niej scenariusza wydarzeń zimą 2008/09, nie wiadomo, czy wytrzymałby porównanie z rzeczywistością. Życie przerosło najśmielsze oczekiwania. W lutym były trzy medale (w tym dwa złote) mistrzostw świata. W marcu przyszły Kryształowe Kule w PŚ.

Finał PŚ w Falun był popisem Polki. To, że go wygra zapowiedziała trenerowi Wierietielnemu zaraz po przyjeździe do tego miasteczka. Wiedziała, że po sprintach w Sztokholmie straty do Majdić odrobi w trzech startach na dystansach. Że przewaga Słowenki nie jest duża. Że wszystko zależy od niej, a jest mocna. Że ma więcej sił, niż rywalka. Dziennikarzom, razem z trenerem, wmawiali co innego. Z szacunku dla wysiłku innych sportowców nie mówili o swoim sukcesie przed biegiem.

Życie nie zweryfikowało planów, tylko je potwierdziło.

W piątek Polka odrobiła ponad połowę ze strat. Na sobotę i niedzielę zostało 11 sekund w klasyfikacji finału PŚ i 109 punktów w klasyfikacji PŚ.

Sobotni bieg łączony (5 km techniką klasyczną + 5 km techniką dowolną) był po to, by Polka zapewniła sobie bezpieczną przewagę na niedzielny, ostatni start. Majdić zaczęła go jak szalona. Ruszyła, ile sił, bo woli bieg klasykiem niż krokiem łyżwowym.

- Jak ty to wytrzymałaś, k... jak? Chciałam cię "zabić" tym szalonym tempem, pobiegłam na full - mówiła potem z podziwem Słowenka do Polki.

- Ale to nie było moje full - odpowiedziała uśmiechnięta Kowalczyk. A potem dodała: - Lubimy się z Petrą. A biegi to taka konkurencja, że czasem się przeklina. Ja też.

Dla Majdić sobotni bieg skończył się po 2,5 km. Potem zaczęła tracić dystans do Kowalczyk. Najpierw kilka, potem kilkanaście, potem kilkadziesiąt metrów. Aż wreszcie Justyna zniknęła z jej pola widzenia.

Liderką finału PŚ Polka została 2,2 km przed metą, kiedy wygrała premię i zyskała 15 sek bonifikaty. Od tej chwili już tylko powiększała przewagę. Na mecie była trzecia.

Do odrobienia w niedzielę zostały 73 punkty w klasyfikacji generalnej PŚ. Było jasne, że jeśli utrzyma prawie 50 sekund przewagi nad kolejną zawodniczką, wygra Puchar. Bo Majdić zaczynała jako ósma, ale - żeby się liczyć - jak to ładnie potem ujęła Kowalczyk musiałaby "stanąć koło siebie".

- Jak dają ten Puchar, to trzeba spróbować go wziąć - zapowiedział przed startem trener Wierietielny. I Polka go wzięła.

Biegła w niedzielę ciężko, męczyła się potwornie. Co chwila się oglądała, pytała jaką ma przewagę. Majdić szybko spadła z ósmej lokaty do drugiej dziesiątki i losy Pucharu były właściwie przesądzone.

Stało się to, na co zanosiło od paru miesięcy, ale ani trener ani zawodniczka nie chcieli o tym mówić.

Oni cieszą się dopiero po dobrze wykonanej robocie, nim czegoś nie osiągną po mistrzowsku unikają opowiadania o sukcesach. Tej zimy spisali się perfekcyjnie, a dokonania Kowalczyk budzą podziw, szacunek i poważanie u wszystkich. Polka, do tej pory, każdy kolejny sezon miała lepszy od poprzedniego.

A za rok są igrzyska w Vancouver.

Trener Justyny Kowalczyk: Przyszły sezon będzie trudniejszy »