Bursztyn w rzucie młotem

- Ona jest jak bursztyn, który znajduje się na dnie morza. Teraz cała sztuka w tym, aby go dobrze oszlifować - mówi o poznańskiej młociarce Anicie Włodarczyk jej trener Czesław Cybulski.
23-letnia poznanianka Anita Włodarczyk to ostatnio największa rewelacja polskiej lekkoatletyki. Już rok temu w swym debiucie zajęła wysokie, szóste miejsce na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. W ostatni weekend rzutem na odległość 75,05 m podczas Halowego Pucharu Europy narobiła nam ogromnych apetytów na sukces na sierpniowych mistrzostwach świata w Berlinie.

Trenerem Anity Włodarczyk jest Czesław Cybulski - legendarny szkoleniowiec poznańskich młociarzy, w tym Szymona Ziółkowskiego w czasie jego największych sukcesów z lat 2000-2001.

Radosław Nawrot: Anita Włodarczyk uzyskała 75,05 metra na Teneryfie... Czy to narodziny nowej gwiazdy polskiej lekkoatletyki i przyszłej medalistki światowych imprez?

Czesław Cybulski: Chciałbym, aby tak było, ale muszę być w swych deklaracjach oszczędny i skromny. Tego też uczę Anitę. Pokora i dyscyplina to podstawa sukcesu - już Chińczycy wiedzieli o tym 8 tys. lat temu.

W zeszłym roku, przed igrzyskami w Pekinie mówił pan, że Anitę stać na rzut na odległość 75 metrów. Rzuciła to teraz.

- Byłem wtedy optymistą wręcz nieprzyzwoitym. Miałem jednak ku temu podstawy, bo było widać rezerwy, jakie drzemią w Anicie. Ona w zeszłym roku pierwszy raz startowała z międzynarodową czołówką i od razu zaczęła rozrabiać. Na wszystkich mityngach wypadała dobrze. Niestety, igrzyska w Pekinie nie wyszły...

Nie wyszły?! Szóste miejsce nieznanej nikomu debiutantki, która trenowała na co dzień pod mostem w Poznaniu i pan mówi "nie wyszły"?!

- Tak należy sobie powiedzieć. Mogła wtedy rzucić to, co rzuca teraz. Teraz zatem jestem ostrożny, wstrzemięźliwy i czekam. Na razie jest bardzo dobrze.

Choć nadal trenujecie pod mostem...

- Tak, ale na Teneryfie wcale nie było lepiej, wręcz gorzej.

To znaczy? Podczas rzutów musieliście uważać na turystów?

- Można tak powiedzieć, bo Teneryfa to miejsce na wczasy, a nie do treningów. Brakuje na nie miejsca. Najpierw musieliśmy się oglądać na miejscowych młociarzy, którzy rzucali po 50 metrów straszną techniką. Potem poszli, ale przyszli biegacze, żeby potruchtać dla zdrowia. Utrudniali nam treningi.

Jak to jest możliwe, że trenująca w takich warunkach Anita osiąga tak znakomite wyniki?

- Dlatego, że trenujemy ciężko, ale i mądrze. A Anita wytrzymała pięć lat katorżniczej pracy, kontynuując do tego studia na AWF. Ma mocną psychikę, a do tego trzeba też mieć talent.

Ona jest taka, jak Szymon Ziółkowski? On też pod pana kierunkiem wystrzelił formą w 2000 r., gdy miał 23 lata.

- Zgadza się. U niego wystarczyło obserwować progres i wyniki, jakie uzyskiwał na treningach podczas rzutów sprzętem różnej wielkości, by wiedzieć, że prędzej czy później muszą przyjść sukcesy.

W przypadku Anity też tak jest?

- Tak, choć w przypadku mężczyzn miałem to lepiej rozpracowane. U kobiet trudniej mi to przewidywać. Anita jednak pięciokilogramowym młotem rzucała niedawno 67 metrów. To bardzo daleko. W tej sytuacji młotem startowym, czyli o 1 kg lżejszym, powinna uzyskiwać wyniki o 10 metrów lepsze.

Czyli 77 metrów...

- Nie chcę tego mówić, bo potem ktoś powie, że przeczytał w gazecie, że tyle miała rzucać, a ona rzuca np. 74 metry. W sporcie nigdy nic nie wiadomo. Tyle jednak rzucać powinna. Czy będzie? Poczekajmy cierpliwie.

Gdy nieodżałowana Kamila Skolimowska była w wieku Anity, rzucała 74,27 m. O 80 cm bliżej.

- Tak, ale różne organizmy mogą się odmiennie rozwijać. Kamila miała podkład w postaci podnoszenia ciężarów, które trenowała za sprawą swego taty od dwunastego roku życia [Robert Skolimowski był medalistą mistrzostw świata w wadze superciężkiej - przyp. red.]. Dopiero potem przeszła na młot.

Czy jednak Anita Włodarczyk to talent na miarę naszej mistrzyni olimpijskiej z Sydney?

- Aż trudno mi mówić o Kamili Skolimowskiej w czasie przeszłym [nasza mistrzyni zmarła tragicznie miesiąc temu - przyp. red.]... Muszę jednak przyznać, że gdy obserwowałem Kamilę podczas startu w Pekinie, to ojcowskim okiem dojrzałem, że często kaszlała, nie wyglądała najlepiej i że raczej powinna być gdzie indziej. Zdrowie jest najważniejsze. Gdy tylko Anita zakaszle, od razu się tym interesuję.

Anita w zasadzie ma równie dobre warunki, jakie miała Kamila Skolimowska. Warunki fizyczne jednak to nie wszystko. Trzeba mieć odpowiednią psychikę i talent do ciężkiej pracy. Anita ma. Jest jak bursztyn, który znajduje się czasem na dnie morza. Teraz cała sztuka w tym, aby go dobrze oszlifować.

Jak pan znalazł ten bursztyn?

- Podczas naboru z 2004 r. Wytypowaliśmy wtedy 22 mocnych dziewczyn. Z tego po obserwacji wybrałem cztery. Dwie krótko potem odesłałem. Anita jest jedną z tych dwóch, które zostały. Powiedziałem jej wtedy: za cztery lata pojedziesz do Pekinu w pięknym stroju polskiej reprezentacji olimpijskiej. Sprawdziło się. Dała sobie radę, wytrzymała.

Kiedyś opowiadał pan o tym, jak zaczepiał pan nawet solidnie zbudowane kasjerki w supersamie, aby nakłonić je do trenowania rzutów. Dalej szuka pan kandydatek w ten sposób?

- Owszem. Często, gdy mijam jakąś dziewczynę na ulicy, myślę sobie: ta ma dobre warunki, nadałaby się. Wszędzie szukamy diamentów. Teraz znów mają mi przyprowadzić na trening jakąś potężnie zbudowana 15-latkę. Zobaczymy...

Jakie warunki musi mieć taka dziewczyna, by dobrze rzucać młotem?

- Musi mieć elitarną budowę ciała, tzn. musi być wysoka, o odpowiedniej masie. Anita ma 178 cm wzrostu i 93 kg wagi. Akurat. Przy tym nie jest otłuszczona. Jest szalenie sprawna. Trening właśnie odbywa się w tej kolejności - sprawność, następnie doskonalenie techniki i wreszcie budowa siły, ale nie do przeciągania tirów, lecz rzutów.

A trening? Jak bardzo jest ciężki?

- Trenujemy codziennie i codziennie jest do zrobienia 30-50 rzutów sprzętem różnej wielkości.

Którego trzeba potem szukać w trawie czy krzakach.

- No trzeba, ale nie koncentrujemy się na tym, ale na pracy.