Listkiewicz wiecznie żywy

Ilekroć w przestrzeni medialnej pojawią się informacje o zainteresowaniu międzynarodowych organizacji polskim futbolem, wraca również postać Michała Listkiewicza. Były prezes jest jak bumerang - nie sposób go wyrzucić.
UEFA nie pytała o korupcję, tylko o Gilewskiego »

Ostatnio przez Polskę przetoczyły się doniesienia o niespodziewanym zażądaniu przez UEFA od PZPN szczegółów dotyczących udziału polskich sędziów w aferze korupcyjnej. Później okazało się, że konkretnie chodzi o status Grzegorza Gilewskiego, ale ponieważ do tej pory międzynarodowe organizacje piłkarskie konsekwentnie bagatelizowały to, że w naszym futbolu najważniejszą instytucją stała się prokuratura - nagłe zainteresowanie natychmiast spowodowało lawinę domysłów. Wśród nich oczywiście i ten, że to Listkiewicz z hukiem wraca do gry.

Były prezes PZPN rzeczywiście musi być od dłuższego czasu bardzo rozczarowany. Nie faktem, że odszedł ze związku - bo akurat to sam zaakceptował długo przed wyborami, ale tym, że później został wystawiony do wiatru. Wszak w zamian za rezygnację z kandydowania na szefa związku obiecywano mu, że jego ogromne doświadczenie zostanie wykorzystane i dostanie posadę przy organizacji Euro 2012.

Ale wkrótce po objęciu przez Grzegorza Latę najważniejszego stołka w PZPN oficjalną nominację na związkowego dyrektora ds. Euro otrzymał Adam Olkowicz, nowy wiceprezes ds. zagranicznych, stary - i wcześniej wierny - kompan Listkiewicza. Wcale nie mniej ważna nominacja dla byłego prezesa wciąż jednak również wydawała się przesądzona. Tymczasem panowie szybko się poróżnili... Listkiewicz żali się, że Olkowicz o nim zapomina, ten niby powtarza, że chce spożytkować umiejętności Listkiewicza, ale za słowami nie idą czyny. Gorzej, że Olkowicz skonfliktował się również - i to ponoć bardzo poważnie, panowie nie mogą patrzeć na siebie - z Marcinem Herrą, szefem rządowej spółki przygotowującej w Polsce Euro. Minister sportu Mirosław Drzewiecki staje w tej rywalizacji naturalnie po stronie Herry. W efekcie im bardziej Olkowicz wyrasta na jedynego związkowego decydenta w sprawach Euro, tym mniejsze ma poparcie. Ostatnio także ponoć już w samym PZPN...

W kwietniu UEFA powoła własną spółkę, która zajmie się wszystkim, co związane z organizacją i sprawnym przeprowadzeniem mistrzostw (tak, tak, to ta sama instytucja, której szefem całkiem niedawno już się widział Zbigniew Boniek). Szefem będzie ktoś z centrali w Szwajcarii, lecz zastępcami - Polak i Ukrainiec. Obu już wkrótce wybiorą władze krajowych związków. Im bliżej finałów - tym spółka będzie zyskiwać na znaczeniu (kosztem dzisiejszych rządowych, które zajmują się tylko logistyką i w chwili rozpoczęcia finałów ich rola spadnie niemal do zera) i dlatego ta funkcja to naprawdę gratka. Jeden z dobrze zorientowanych działaczy związku twierdzi wręcz, że nagradzana będzie pensją w wysokości kilkudziesięciu tysięcy euro miesięcznie.

Nie można się zatem dziwić, że wciąż przybywa tych, którzy mają na nią apetyt. Na razie naturalnym kandydatem jest niby Olkowicz (zakładając, że nikt nie wpadnie na pomysł mianowania rzutkiego menedżera spoza środowiska. A znając polski futbolowy światek - nie wpadnie). Ale ponoć zainteresowany jest już także prezes Lato... No i Drzewiecki - on też nie miałby nic przeciw nominacji dla własnego człowieka. Podchody trwają - kto z kim zawrze koalicję i kogo przechytrzy.

Najwięcej do stracenia miał jednak (i stracił...) Listkiewicz. Jego inny serdeczny druh, szef ukraińskiej federacji Hryhorij Surkis jest szarą eminencją w UEFA, sam Listkiewicz działa tam w strukturach sędziowskich - więc pewnie bez trudu mogą zawiązać intrygę, której celem byłoby przywrócenie byłego prezesa PZPN do łask. Ale najśmieszniejsze, że Drzewiecki - ten sam, który za swój największy ministerialny sukces uważa odsunięcie Listkiewicza od władzy w związku - nie ma złudzeń, że działacze mogliby wybrać jego człowieka. Więc popiera Listkiewicza.

Jak prezes Lato sprzedał towarzyszowi z SLD 250 biletów na San Marino - czytaj tutaj »