Jak niepokaźny "Fryzjer" z Zielonejgóry polski futbol zdominował

- Trudno wytłumaczyć, jak ten starszy, niepokaźny człowiek, mieszkający we wsi Zielonagóra w domu bez numeru mógł w tak ogromnym stopniu zdominować polski futbol - tak opisał w czwartek "Fryzjera" prokurator w mowie końcowej na procesie korupcyjnym Arki Gdynia
Wystąpienie prokuratora Roberta Tomankiewicza jest końcową fazą pierwszego wielkiego procesu dotyczącego korupcji w polskim futbolu. W wątku Arki Gdynia oskarżonych jest 17 działaczy, sędziów, obserwatorów PZPN oraz jeden piłkarz. W zorganizowanej grupie przestępczej mieli ustawiać mecze. Na jej czele stali: były prezes klubu Jacek M. (42 zarzuty) oraz Ryszard F. pseudonim "Fryzjer", który w tym wątku ma ponad 30 zarzutów. W latach 2003-05 Arka miała konsekwentnie kupować mecze. Najpierw, aby utrzymać się w II lidze, a potem, by awansować do ekstraklasy.

Policjanci i prokuratorzy w niekonwencjonalny sposób prezentowali zebrane w śledztwie dowody, które pokazywały korupcję w polskiej piłce. Na projektorze wyświetlano zeznania świadków, którzy opowiadali o procederze ustawiania meczów, a także schematy połączeń telefonicznych pomiędzy "Fryzjerem", sędziami, obserwatorami oraz działaczami Arki.

W ciągu niespełna dwóch lat "Fryzjer" z 350 telefonów rozmawiał 70 408 razy z 2545 ludźmi. Posługiwał się numerami, z których żaden nie był zarejestrowany na niego. Należały do konkubiny, zięcia, a zdecydowana większość telefonów była na karty, które zmieniał co kilka dni.

Z arbitrem Piotrem S. (pracownikiem naukowym ze Szczecina) rozmawiał ponad 1,2 tys. razy! To jego wysłał na szalenie ważny mecz, gdy Arka musiała wygrać ze Śląskiem Wrocław, aby nie spaść do III ligi.

- Telefon służył mu do dokonywania przestępstw. Pan F., nie wychodząc z domu, ustawiał mecze w różnych ligach piłkarskich - analizował prokurator.

Schemat był prosty. "Fryzjer" dzięki znajomościom z członkami zarządu PZPN i najważniejszymi osobami ze środowiska sędziowskiego znał obsadę meczów, choć była ona tajna. Miał grupę swoich arbitrów i obserwatorów, których wysyłał na mecze Arki. "Fryzjer", ale także byli członkowie zarządu PZPN Kazimierz F., Henryk K. czy szefowie sędziów w Wielkopolsce oraz na Górnym Śląsku mieli zmuszać sędziów do korupcji i ustawiania wyników spotkań.

Działacze klubu płacili od 5 do 43 tys. zł sędziom i obserwatorom, a także "Fryzjerowi" za pośrednictwo. Oczywiście sędziowie prowadzili zawody tendencyjnie i sprzyjali gdyńskiemu klubowi - dyktowali rzuty karne, rywali wyrzucali z boiska. Mimo skandalicznego sędziowania byli wysoko oceniani, gdyż obserwatorzy byli w "układzie" i brali łapówki za dobre oceny dla arbitrów.

Najczęściej na kwadrans przed spotkaniami arbitrzy meldowali się "Fryzjerowi", zapewniając, że wszystko jest ustawione. Po meczu on dzwonił do nich i pytał, czy dostali już łapówkę. Czasami, gdy przebieg gry był nie po myśli Arki, F. dzwonił do sędziego w przerwie meczu: "Co ty tam odpieprzasz, wiesz, co masz robić!".

"Po meczu, którego nie sędziowałem uczciwie, miałem straszne wyrzuty sumienia. Pojechałem do domu i długo rozmawiałem z żoną. Czułem się podle. Wtedy wpadłem w sidła "Fryzjera" - mówił w śledztwie sędzia Marcin Nowak, który dobrowolnie poddał się karze.

- Ryszard F. miał pod sobą 80 procent polskich sędziów oraz obserwatorów PZPN - twierdził Zbigniew Rutkowski, inny skruszony arbiter.

Niepokorni, którzy nie chcieli się korumpować, nie mieli szans na karierę. Twierdzą, że "Fryzjer" im groził i podkreślał, że "na ich miejsce czeka dziesiątki chętnych". "Marzyłem, żeby kiedyś posędziować mecz Górnik Zabrze - Legia Warszawa, i to uczciwie" - mówił w śledztwie Marcin Pracz, który prowadził spotkania tylko w III i II lidze.

Główni oskarżeni w procesie - Jacek M. oraz Ryszard F. - przyznają się tylko do nielicznych zarzutów, m.in. pośredniczenia przy przekazywaniu pieniędzy. Większość zarzutów "Fryzjer" bagatelizuje, twierdząc, że to kłamstwa i pomówienia.

W piątek dokończenie mowy oskarżycielskiej prokuratora.

Sędzia Gilewski chce jechać na mundial - czytaj tutaj »