Wenta: Nie jestem jak Beenhakker czy Lozano

- Wie pan, co mnie od nich różni? Gdziekolwiek byłem, uczyłem się języka, który obowiązywał w kraju. Nie krytykuję ich, to mój punkt widzenia. Jak przekażę drużynie informację w kluczowym momencie meczu, jeśli nie będę znał ich języka? - mówi trener reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta
Tu przeczytasz cały wywiad z trenerem Wentą »

Kibice stawiają pana w jednym szeregu z Leo Beenhakkerem i Raulem Lozano. Tak jak o nich mówią o panu "trener z innego świata".

- Wie pan, co mnie od nich różni? Gdziekolwiek byłem, uczyłem się języka, który obowiązywał w kraju. Nie krytykuję ich, to mój punkt widzenia. Jak przekażę drużynie informację w kluczowym momencie meczu, jeśli nie będę znał ich języka? Jak przekażę im swoje emocje i motywację?

Jakie to ujmujące, kiedy obcy trener mówi w naszym języku. Łamie, kaleczy, ale chociaż się stara. Poza tym ja zawsze chciałem wiedzieć, co o mnie mówią i piszą.

Ogląda pan ligę angielską? Tam wszyscy mówią po angielsku, obojętnie skąd przyjadą. Powtarzam swoim chłopakom: jedziesz na Zachód, wykorzystaj tę szansę. Naucz się języka, kiedyś ci się przyda.

Piłka ręczna przypomina mi świat rugby. Bez wielkich pieniędzy, gwiazdorstwa, ale z zasadami.

- Trafił pan w sedno. Jednym z moich najlepszych przyjaciół jest rugbista Marek Płonka, były reprezentant Polski, obecnie trener Lechii Gdańsk. Kiedy grałem w Wybrzeżu, wybrałem się na mecz rugby. Lało jak z cebra, pod parasolem stał Daniel Waszkiewicz. Pytam go: co tu robisz? A on - że od dawna chodzi na rugby. Tak się zaczęło. My chodziliśmy na mecze rugbistów, oni na piłkę ręczną.

Rugby to - jak w piłce ręcznej - serce zostawione na boisku. Chłopaki dorabiają, stojąc po nocach na bramkach w lokalach, ale rano wychodzą na mecz.

Rugby to filozofia. Leją się po pyskach, ale sędzia gwiżdże koniec, przegrani robią szpaler i gratulują rywalom. A później siadają razem przy piwie i grillu. Na początku zdębiałem. Mówię do Marka: popieprzyło cię, oni sprali ci mordę, a ty z nimi rozmawiasz i pijesz piwo? A on odpowiada: "Do następnego meczu, to, co było na boisku, to już historia".

W pracy często odwołuję się do rugby. My też dajemy z siebie wszystko, to tak samo kontaktowy sport.

Ale Niemcy żyją piłką ręczną na co dzień. Polacy - raz na dwa lata, kiedy gracie w mistrzostwach świata. Daję głowę, że za dwa miesiące o pana drużynie znów będzie cicho.

- Zgadzam się, już ten szum cichnie. Dlatego nie chcę być maskotką, nie chcę, byśmy byli jak ciuch - dziś modny, jutro nie.

Czasem mówią, że mi odgrzało, że stałem się ważny, że odrzucam zaproszenia. A ja nie pojadę np. do Nowego Sącza na jakieś spotkanie, bo mam swoje obowiązki. Mamy dwa medale mistrzostw świata, ale rano trzeba wstać i myśleć, co dalej z naszą dyscypliną.

Nie żałuję, że wróciłem. Po jednym z ostatnich meczów w Płocku podchodzi do mnie kobieta z mężem i opowiada, że nasze mecze na mistrzostwach świata dodały jej sił w walce z nowotworem. Zdębiałem. Mówię do niej: tymi słowami mi pani pomaga. Zrozumiałem sens tego, co robię już tyle lat. Natychmiast zapomniałem o przegranym meczu w Płocku, interesowała mnie walka z nowotworem tej kobiety. To są mecze życia...

Przypomnij sobie emocje! Zajrzyj na specjalny serwis MŚ »