Ryszard Tarasiewicz: Walczymy o mistrza Polski!

Piłka nożna. Trener Ryszard Tarasiewicz deklaruje, że wiosną Śląsk będzie rywalizował o mistrzostwo Polski. A Zygmuntowi Solorzowi na podpisanie z nim nowego kontraktu daje 48 godzin od przejęcia przez biznesmena wrocławskiego klubu.
Michał Karbowiak: O co Śląsk będzie walczył wiosną?

Ryszard Tarasiewicz (trener Ślaska): - Śląsk jest w grupie sześciu zespołów rywalizujących o mistrzostwo Polski i właśnie o tytuł będziemy walczyć. Byłoby hipokryzją z mojej strony, gdybym powiedział, że chcemy tylko utrzymać szóste miejsce. A ja nie jestem hipokrytą.

Takimi deklaracjami bierze Pan na siebie dużą odpowiedzialność.

- Wiem, ale trener nie może być lękliwy. Szkoleniowiec musi być odważny, bo ten który się boi wyzwań, traci trzeźwy ogląd sytuacji. Wiem, że możemy powalczyć o najwyższe cele. Tym bardziej, że przecież Polonię, Lecha i Legię mamy wiosną na Oporowskiej. Gdyby te zespoły pogubiły wcześniej punkty, a my wygralibyśmy z nimi u siebie, to naprawdę możemy zniwelować naszą stratę. Z kolei GKS Bełchatów przystąpi do rundy bez najważniejszego piłkarza Łukasza Garguły, co z naszej perspektywy jest sytuacją korzystną. Ale z drugiej strony oczywiście rozumiem osobisty dramat zawodnika, który doznał poważnej kontuzji.

Czy to oznacza, że brak mistrzostwa będzie dla Pana porażką?

- Nie. Brak mistrzostwa będzie porażką dla Legii czy Lecha, ale nie dla Śląska. Proszę pamiętać, jakie mieliśmy założenia przed rozpoczęciem tego sezonu. Mówiliśmy o tym, że jak najszybciej zamierzamy sobie zapewnić utrzymanie, a zimą zweryfikujemy cele. Teraz jesteśmy w czołowej szóstce ligi i nadal walczymy o tytuł. Biorąc pod uwagę nasz poziom organizacyjny, to zajęcie szóstego czy piątego miejsca będzie jak mistrzostwo Polski dla Legii i Lecha. Tamte kluby nie mają takich problemów, jak my. Wiem jednak, że jest sporo osób, które tylko czekają na jakieś moje potknięcie i każdy pretekst wykorzystają do krytyki.

Teraz o dobre wyniki w lidze będzie jednak Śląskowi trudniej. Rywale znają wasze mocne strony, a do wielu meczów przystąpicie jako faworyt.

- Nie rozumiem tych, którzy mówią, że teraz będzie trudniej. Czyli co, jesienią to przeciwnicy dopiero po 14 meczach zorientowali się, że Śląsk jest mocny? A tak to nas lekceważyli? Przecież to absurd. Rozumiem, że mogli do nas trochę inaczej podchodzić przez dwie, trzy kolejki. Jednak potem nastawiali się na nas tak, jak będą to robili teraz. Więc żadnej różnicy nie widzę.

Będzie jakaś różnica w grze Śląska ?

- Nie. Będziemy raczej doskonalić to, co wychodziło nam już jesienią - zarówno w defensywie jak i ofensywie. Mamy swój styl i powinniśmy go dopracowywać. Cieszę się, że podczas zimy oprócz straty Krzysztofa Ostrowskiego nasza kadra została taka sama. A liczę, że "Ostrego" udanie zastąpi Marek Gancarczyk, który ma znacznie lepsze predyspozycje szybkościowe.

Dodatkowo udało się nam podnieść jakość drużyny pozyskując Jarka Fojuta i Patryka Klofika. Obaj są blisko pierwszej jedenastki. Fojut potrzebuje jeszcze trochę czasu, bo niby był w treningu, ale z nami jest od niedawna. Klofik musi z kolei zapytać Sebastiana Mili jak stać się piłkarzem bardziej agresywnym (śmiech).

A Pan podobno ma bardziej słuchać się swojego asystenta Waldemara Tęsiorowskiego.

- To prawda. Na razie, to mam z tym problem. Niby słucham Waldka, ale robię to jakby mechanicznie. To niestety wynika z mojego przeświadczenia, że jak sam czegoś nie zrobię, to zostanie zrobione źle. Obiecuję sobie z tym poradzić.

Wiosną zmieni się także ustawienie Śląska. Jesienią najczęściej grał Pan ustawieniem 4-5-1, a teraz preferuje 4-4-2.

- I w sparingach się sprawdzało, bo nasza gra była nawet lepsza niż wyniki. Nie jest jednak powiedziane, że do poprzedniego ustawienia nie wrócimy. To są zawsze dylematy trenera. Jesienią mieliśmy świetną drugą linię, która dla mnie jest formacją newralgiczną. Teraz wypadli z niej na jakiś czas Darek Sztylka oraz Sebastian Dudek i to jest osłabienie. Reszta jest na szczęście w dobrej dyspozycji i wątpliwości dotyczą tylko tego, kto jest w odrobinie lepszej. Obym jednak zawsze miał takie problemy. Teraz muszę wszystko jeszcze raz przemyśleć, a potem wytłumaczyć chłopakom, dlaczego wychodzą ci, a nie inni. Bo tak zawsze robi trener, który nie jest egoistą. Przecież każdy z nich czuje, że powinien grać, a na boisko może wyjść tylko jedenastu. Muszę zrobić tak, żeby wszyscy czuli się dowartościowani.

Jesienią postawiłem w ataku na Tomka Szewczuka i on potwierdził swoją dobrą dyspozycję w lidze. Teraz dołączy do niego Przemek Łudziński, który pod względem motoryczno-piłkarskim wygląda najlepiej.

Jeszcze na początku roku Łudziński chciał iść na wypożyczenie do innego klubu. Czym go Pan przekonał żeby został w Śląsku?

- Porozmawialiśmy sobie szczerze. On był niezadowolony, że grał w niewielu meczach. A zawodnik, który nie może pogodzić się z rolą rezerwowego, źle wpływa na zespół i na sytuację w grupie. On musi zrozumieć, że to jest rywalizacja, jedni są w lepszej formie inni w gorszej. Powiedziałem Przemkowi, że byłoby mu łatwiej walczyć o miejsce w składzie, gdyby zrzucił kilka kilogramów. I on podjął rękawicę.

Czy Pana podejście do treningów zmieniło się po stażu u Arsena Wengera w Arsenalu ?

- Jego zajęcia naprawdę nie odbiegają bardzo od tego, co robimy w Polsce. Jest jednak kwestia warunków w jakich się pracuje. Tego nie ma oczywiście co porównywać. Ale przecież tego, co mamy we Wrocławiu od razu nie zmienimy. Pytałem więc Wengera o podejście psychologiczno-pedagogiczne do zawodników. Generalnie widzę jednak między nami sporo podobieństw.

I nadal uważa Pan, że nie ma w Śląsku takiej pozycji jak Wenger w Arsenalu ?

- Chyba nie. Chciałbym, żeby ktoś przyszedł do mnie i powiedział: "Pracuje pan tu długo, ufamy panu i proszę budować drużynę według swojego uznania. Chciałbym wiedzieć, że mam pełne poparcie nawet mimo wzlotów i upadków. Mówię o upadkach, bo przecież nikt nie ma monopolu na wygrywanie. Ja też nie.

A Śląska nie buduje Pan według własnego uznania? Kto Panu w tym przeszkadza, jakiś działacz, prezes Piotr Waśniewski?

- To nie tak. Proszę pamiętać, że sporo spraw związanych z kontraktami piłkarzy rozbija się po prostu o finanse. Poza tym jako klub, którego właścicielem jest miasto, podlegamy różnym przepisom, choćby o przetargach. A to nieco spowalnia nasze działanie.

A nie jest tak, że sprawy transferowe spowalnia brak dyrektora sportowego? Nadal uważa pan, że w Śląsku nie powinien pracować ktoś taki?

- Powinien być dyrektor administracyjno-sportowy. Czyli ktoś, kto jeździ, ogląda i załatwia zawodników, których ja chcę w zespole. Póki co, nie jest to poukładane. Jak przeprowadzaliśmy transfery, to większość spraw załatwiałem sam przez telefon. A w klubie powinien być człowiek, który może pojechać gdzieś na dwa, trzy dni, porozmawiać osobiście z piłkarzem. Tak, jak choćby w przypadku transferu Jarka Fojuta, wtedy właśnie ktoś ze Śląska powinien pojechać do Anglii. Obecność dyrektora ułatwiłaby mi zadanie i myślę, że wkrótce ktoś taki się na Oporowskiej pojawi. Wcześniej chyba jednak w Śląsku pojawi się Zygmunt Solorz, który zostanie nowym właścicielem.

- Uważam, że dla klubu to fantastyczna wiadomość. To człowiek z ogromnym potencjałem finansowym, większym niż pan Drzymała. Dla mnie to też dobrze, bo gdyby właścicielem Śląska został Drzymała, to mnie już by tu nie było. A tak, może dostanę instrumenty do budowy wielkiego zespołu i będzie można ode mnie wymagać świetnych wyników.

Nie ma pan jeszcze podpisanego nowego kontraktu.

- To prawda. Ale jakoś zawsze tak wychodzi, że ja jestem na końcu. Do tej pory nie było czasu, ciągle myślałem o zawodnikach. Teraz, jak wszystko jest dograne, przyszedł czas zająć się swoją osobą. Chciałbym podpisać trzyletnią umowę z opcją możliwości odejścia do reprezentacji Polski, gdyby pojawiła się taka propozycja.

Będą problemy z dojściem do porozumienia?

- Nie sądzę. Jestem bardzo otwarty i tolerancyjny - oczywiście w granicach rozsądku. Sprawę mojej umowy powinniśmy załatwić nie później niż 48 godzin od podpisania umowy miasta z panem Solorzem. Oni muszą się zdecydować - w jedną, albo drugą stronę.