Sylwetka Ole Einara Bjoerndalena: Mówią o nim kanibal

Na zawody jeździ z własnym odkurzaczem, bo boi się zarazków w hotelu. Od 23 lat nie wypił kropli alkoholu. Na pytanie, co robi w wolnym czasie, odparł: - Trenuję
Sikorze zostaje walka o Puchar Świata

Leszek Blanik pewnie nie zdaje sobie sprawy, jak niewiele dzieliło go od rywalizacji w skoku przez konia z Ole Einarem Bjoerndalenem. Król biatlonu jako dziecko chciał uprawiać gimnastykę. O tym, że wybrał narty, zdecydowała odległość, jaka dzieliła rodzinną Simonstradę od najbliższej gimnastycznej hali. - To aż 40 km, a ja pochodziłem z farmerskiej rodziny. Ojciec miał dziewięć krów, piątkę dzieci i mało pieniędzy - wspomina Bjoerndalen. Narciarskie trasy były za oknem. Za darmo.

Simonstrada leży koło Drammen, w rejonie Buskerund, który słynie z łososia i piwa Aass, najstarszego w Norwegii, ważonego od 1834 r. Ale miała też to szczęście, że był w niej klub narciarski. Ole Einar zapisał się do niego w wieku 12 lat i reprezentuje go do dziś. Biatlon uprawiał wtedy jego starszy brat Dag. - On i Bjorn Daehlie to moi idole - twierdzi dziś Bjoerndalen. Razem z młodszym bratem Hansem Antonem stworzyli Team Bjoerndalen i mozolnie przebijali się do narodowej kadry.

Jako 12-latek Bjoerndalen wypił jedyne w życiu piwo. - Wszyscy pili po zawodach, ja też spróbowałem. Ale uznałem, że jeśli chcę czegoś dokonać, muszę pracować najciężej, jak można, i wyrzec się przyjemności - opowiadał. Twierdzi, że nie wypił już nawet kropli alkoholu. - Wina napiję się po zakończeniu kariery - mówi. Toasty na imprezach i po zdobyciu medali wznosi szklanką mleka.

Wszystko musi być sterylne

Najsłynniejsza historia związana z Bjoerndalenem dotyczy jednak... odkurzacza. Handlarzem odkurzaczami był kiedyś Oyvind Hammer, późniejszy wieloletni prywatny trener Bjoerndalena odpowiedzialny za trening mentalny. - Poznaliśmy się, gdy sprzedał mi odkurzacz - mówi Bjoerndalen w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Norweg ma bowiem totalnego bzika na punkcie czystości. Na zawody jeździ z własnym odkurzaczem. - Boję się kurzu, zarazków, wszystko musi być sterylne. Przed ważnymi imprezami unikam lotnisk, a nawet uścisku dłoni. Sprzątaczki w hotelach nie są zbyt dokładne, sam dbam o czystość - mówi. Hammer szybko stał się centralną postacią w ekipie Bjoerndalena, ale nie sprzedawał już odkurzaczy, tylko motywował. - Byłem niespokojny, zdenerwowany, on sprawił, że się opanowałem - wspomina 35-letni Norweg. - Potrafił zahipnotyzować mnie tak, żebym pracował skutecznie. Mottem Hammera było, że wszystko jest możliwe. Żeby uwierzyć w siebie, Bjoerndalen chodził po rozżarzonych węglach - taki filmik można zobaczyć na jego stronie internetowej.

W zeszłym roku Hammer zdobył czarny pas karate - pokonał wszystkie stopnie wtajemniczenia w jeden rok (!) i wyjechał z norweską kadrą do Japonii na MŚ. Wcześniej zmotywował Bjoerndalena do pięciu złotych medali olimpijskich, 87 triumfów w PŚ i 33 krążków na MŚ.

Bjoerndalen je zawsze tyle, by nie czuć się nasyconym, śpi na twardym, niewygodnym łóżku. - Aby utrzymać maksymalną motywację, musisz zrezygnować z luksusów życia - podkreśla. Jest perfekcjonistą. Poza trenerem od motywacji ma w sztabie Joara Himle, który jest odpowiedzialny wyłącznie za strzelanie. Bjoerndalen ma idealne warunki (179 cm, 66 kg wagi) i zawsze biegał piekielnie szybko, ale dopiero gdy zmniejszył liczbę błędów na strzelnicy, zaczął masowo zdobywać medale. W sztabie ma też osobistego trenera narciarskiego Roggera Grubbena. Obu opłaca z własnej kieszeni.

Sam trening jest owiany tajemnicą. - Nikt tak do końca nie wie, jakie są metody Norwega - mówił niedawno "Gazecie" Tomasz Sikora. - Ale efekt jest taki, że gdy jesienią pierwszy raz spotykamy się na lodowcu w Austrii, to wyprzedza wszystkich jak mały autobusik. Inni poruszają przy nim w zwolnionym tempie - opowiada Polak. Wiadomo, że Bjoerndalen ma dostęp do wszystkich nowinek sprzętowych. Wypróbowuje po kilkaset par nart. - Biatlon się zmienił. Są kosmiczne materiały, ale czynnik ludzki wciąż jest najważniejszy. Bez pracy i motywacji do niczego nie dojdziesz - mówi Bjoerndalen.

Na pytanie, co robi w wolnym czasie, odpowiedział, że... trenuje. - Jestem uzależniony. Nie potrafię spędzić dnia bez treningu. Dni, w których nie jeżdżę na nartach, nartorolkach czy na rowerze, można policzyć na palcach jednej ręki.

Jak się czuje, gdy czasem jest na mecie czwarty? - Rzucam talerzami o ścianę, nie rozmawiam nawet z żoną. Jestem wściekły, mówię rzeczy, jakich potem się wstydzę, więc lepiej, żeby nikt do mnie nie podchodził. Ale zły jestem zawsze wyłącznie na siebie. Jeśli przegrałem, to znaczy, że popełniłem błąd na trasie lub w przygotowaniach - odpowiedział.

W Norwegii jest nazywany "królem", w Niemczech mówią o nim "mistrz". Ale większość rywali określa go jako "kanibala". Bo pożera na trasie wszystkich.

Fałszywy rekord - twierdzą Szwedzi

Podobno nigdy nigdzie się nie spóźnił. Punktualności nauczył się w szkole sportowej. Trener miał taką metodę - spóźniłeś się, to nie trenujesz, tylko patrzysz, jak ćwiczą koledzy. Ole Einar nie mógł tego znieść, więc zawsze był na czas.

Norweg byłby pewnie gwiazdą światowego formatu, ale ma pecha - sport, który uprawia, jest kompletnie anonimowy w krajach anglosaskich. Amerykańskie i angielskie media nie interesują się więc Bjoerndalenem. Większe artykuły na jego temat można przeczytać w Niemczech, Rosji, Austrii i krajach skandynawskich, rzadziej we Francji. Ta hermetyczność sprawia też, że nie ma globalnych sponsorów. Wspierają go głównie norweskie firmy albo te związane z biatlonem - producenci nart, gogli, strojów. "Süddeutsche Zeitung" pisze, że Norweg zarabia na kontraktach zaledwie pół miliona euro rocznie.

Kilka lat temu przeprowadził się z Norwegii do Tyrolu, na pogranicze austriacko-włoskie. Chodziło o podatki - w Norwegii są jedne z najwyższych na świecie - ale też lepsze możliwości treningowe. Bjoerndalen mieszka ze swoją włoską żoną Nathalie Santer w Toblach, ćwiczy na trasach w pobliskim austriackim Obertilliach. Ma tam też własną strzelnicę. Santer uprawiała kiedyś biatlon, tak się poznali. Była jednak za słaba na włoską kadrę, startowała trochę dla Belgii, ale ostatnio rzuciła narty i karabin. Uprawia jeździectwo i razem z rodzicami prowadzi hotel. Bjoerndalen podkreśla, że w tych rzadkich chwilach, gdy nie trenuje, lubi z żoną jeździć konno. Po okolicy porusza się też czasem porsche 911 turbo, które przyśpiesza od zera do 100 km/godz. w 3,9 sekundy. Bjoerndalen narzeka, że przepisy nie pozwalają mu się porządnie rozpędzić.

Na MŚ w Korei pobił rekord szwedzkiego alpejczyka Ingemara Stenmarka i wygrał po raz 87. indywidualne zawody zimowego PŚ. Szwedzka prasa napisała, że to fałszywy rekord, bo Stenmark do swoich 86 zwycięstw w PŚ dołożył siedem triumfów na igrzyskach i MŚ. Wciąż jest więc górą, a Bjoerndalen pokonał Szweda tylko dzięki temu, że w biatlonie igrzyska i MŚ liczą się do PŚ. - Spokojnie, chcę się ścigać do igrzysk w Soczi. Moim celem jest wygranie ponad 100 zawodów - odparł na to Bjoerndalen, który na strzelnicę w Obertilliach zaprosił Władimira Putina. Ma rozmawiać z rosyjskim premierem o tym, jak najlepiej przygotować biatlonowe trasy w Soczi.

Triumf Norwegów, Polacy na 13. miejscu w sztafecie - czytaj tutaj »