Pyrek u nas zaczęła drogę po medal w Berlinie

Pojedynek Moniki Pyrek i Anny Rogowskiej był najciekawszym elementem bardzo udanego Pedro's Cup. - Cieszy mnie dobry początek sezonu i pierwsza wygrana w bydgoskim mityngu. To nie koniec. Mierzę w medal w mistrzostwach świata w Berlinie - zapowiada Pyrek
Wojciech Borakiewicz: 4,60 - taki wynik chciała pani osiągnąć w sezonie halowym. Po zwycięstwie w bydgoskim mityngu Pedro's Cup nie mogła pani uwierzyć, że udało się skoczyć dużo wyżej - aż 4,71. Czy tak dobry skok, drugi po Amerykance Jennifer Stuczynski rezultat na światowych listach, istniał rzeczywiście tylko w marzeniach?

Monika Pyrek: Ależ tak, bo w życiu nie spodziewałabym się takiego skoku. Sezon halowy traktuję ulgowo. Biegam z krótkiego rozbiegu, tylko 14 kroków, i dlatego wydawało mi się, że 4,60 to już będzie całkiem dobre osiągnięcie. A tutaj w Bydgoszczy niespodziewanie skoczyłam najpierw 4,66 i potem 4,71 w pierwszych próbach. Nie pozostaje mi nic innego, żeby traktować sukces i zwycięstwo w Pedro's Cup jak spełnione marzenie.

Nigdy wcześniej nie trzymała pani tak wysoko uchwytu tyczki. To sposób na lepszy wynik i ściganie się z Jeleną Isinbajewą?

- Już rok temu, w roku olimpijskim chciałam nad tym pracować. Niestety w kwietniu miałam kontuzję, zerwany mięsień uda i z tych planów trzeba było zrezygnować. Nie byłam w stanie osiągnąć takiej dyspozycji fizycznej, szczególnie biegowej, by sprostać takiemu wyzwaniu. Na szczęście obecnie wygląda na to, że uda się trzymać wysoko tyczkę, bo to oczywiście ma wpływ na wynik.

Zapowiadała pani, że nie wystartuje w halowych mistrzostwach Europy. Czy po dobrym starcie w Bydgoszczy zmieni pani swoje plany, bo 4,71 pewnie zagwarantowałoby medal?

- Nie sądzę, by dawał on gwarancję medalu. To są dwa dni skakania: eliminacje i potem finał. Trzeba po prostu o podium walczyć. Poza tym nie jestem przygotowana na tak długi sezon zimą. Start w Turynie na HME to dodatkowe trzy tygodnie i potem jeszcze dwa tygodnie odpoczynku. To zaburzyłoby przygotowania do lata, a już dawno ustaliliśmy, że skupiam się na mistrzostwach świata w Berlinie. To są moje najważniejsze w tym roku zawody.

Mówiliśmy już o marzeniach. Co będzie ich spełnieniem podczas berlińskich mistrzostw świata, w sierpniu?

- Liczę na wysokie skakanie i mierzę w medal.

Jak bardzo wysokie? Pewnie trzeba będzie pobić rekord Polski (4,83, przyp. red), żeby stanąć na podium.

- Jestem kiepska w przewidywaniach wyników, ale z pewnością skoczyć muszę wyżej niż w Bydgoszczy.

Walka z Anną Rogowską rozgrzała widzów na Pedro's Cup do białości. Kibiców ujęła pani potem, życząc swej konkurentce powodzenia, kiedy próbowała jeszcze wygrać konkurs, skacząc 4,81...

- Rywalkami jesteśmy tylko na skoczni. Kocham skok o tyczce i jeśli widzę kogoś tak dobrze skaczącego jak Ania, życzę jej powodzenia. To oznacza, że pracowała na to i jej się należy.

Czy wasza rywalizacja i dobre wyniki zimą oznaczają, że polska szkoła kobiecej tyczki ma się dobrze i będzie znowu przynosić medale?

- Nic się z nią złego nie stało, mimo braku medalu akurat na olimpiadzie w Pekinie. Oczywiście im więcej jest osób skaczących na dobrym poziomie, prościej jest osiągać sukcesy. Presja rozkłada się na większą liczbę osób, a nie jest zawieszona jak balast na szyi jednej zawodniczki.

Będą następczynie Pyrek i Rogowskiej?

- Chyba już są. Dobrze skacze Asia Piwowarska, po kontuzji do formy wraca Róża Kasprzak. One są bardziej znane, ale rosną młode talenty, jak Agnieszka Kolasa, która bije rekordy Polski juniorek. Wydaje się, że jeśli jej kariera się dobrze i bez kłopotów ułoży, nasza lekkoatletyka może na nią liczyć. Duży talent ma Karmen Bunikowska i za oceanem też mamy uzdolnioną rodaczkę. Sonia Grabowska skacze w USA po 4,20. Ta ekipa jest dosyć silna.