Polska, niebiesko-czarni!

Po meczu z Litwą więcej niż o polskich piłkarzach mówiło się o koszulkach, w jakich zagrali. Jeśli jednak te stroje wzbudziły kontrowersje, to co powiedzieć o przykładach sprzed lat? Nasze ?Orły" grały w koszulkach niebieskich, czarnych albo, co gorsza... o rozmiar za małych
"Czy to jakaś żałoba?" - zastanawiali się kibice, kiedy 10 października 1998 roku, w meczu eliminacyjnym ME 2000 z Luksemburgiem (3:0) po raz pierwszy w historii kadra zagrała w czarnych koszulkach. Żałoby nie było, ale odstępstwo od biało-czerwonych barw nie okazało się wyjątkiem. 20 listopada 2002 roku, za trenerskiej kadencji Zbigniewa Bońka, w towarzyskim meczu z Danią w Kopenhadze (0:2) Polacy wystąpili w granatowych koszulkach. 3 czerwca 2006 roku zespół Pawła Janasa wygrał sparing z Chorwacją (1:0), grając na niebiesko. Skąd te kolory? PZPN tłumaczył się zawsze tak samo: takie stroje dostarczył nam producent albo podobne barwy mieli nasi rywale.

We wszystkich tych meczach wystąpił Jacek Bąk. - W kadrze grałem w różnych koszulkach, czasem beznadziejnych, ostatnio już naprawdę bardzo dobrych. Kiedyś jak człowiek miał koszulkę Adidasa, to mógł w niej i mecz rozegrać, i na dyskotekę pójść. Dziś w sumie nie ma różnicy, czy gramy w pumie, czy nike, bo obie firmy dają świetny sprzęt. Chodzi tylko o te barwy. Nasze są biało-czerwone, pamiętałem o tym, grając dla Polski i w czarnej, i w granatowej, i w niebieskiej koszulce. Wtedy czułem się dziwnie - wspomina były kapitan reprezentacji. Bąk przytacza też zabawną anegdotę związaną z występem kadry na niebiesko: - Przed mundialem w Niemczech zagraliśmy w Wolfsburgu z Chorwacją. Kiedy wychodziliśmy na boisko, ich kibice zaczęli nas oklaskiwać, tak byli przekonani, że to ich zespół wystąpi na niebiesko.

Jaki ten orzeł?

Zabawnych, ale jednocześnie irytujących historii z koszulkami w tle całe mnóstwo pamięta Jan Tomaszewski. Bramkarz, który mierzył 195 cm wzrostu, często otrzymywał strój uszyty na zawodnika o 20 cm niższego. - Takie problemy miał też Jurek Gorgoń. Jak zakładaliśmy te koszulki, rękawy kończyły nam się tuż za łokciami, a brzuchy mieliśmy zakryte w połowie - wspomina legendarny bramkarz. Początki wielkiej drużyny Kazimierza Górskiego z odzieżowego punktu widzenia nie były łatwe. Pamiętny mecz na Wembley w 1973 roku Polacy grali w koszulkach rodzimej firmy Polsport. - To były jednorazówki albo brzydko mówiąc: zwykłe szmaty - ocenia Tomaszewski. - Kiedy awansowaliśmy na mistrzostwa świata w 1974 roku, zaczął nas ubierać Adidas. Na mundialu mieliśmy koszulki na miarę gry, którą prezentowaliśmy - dodaje "Tomek". Niestety, jakość strojów odpowiadała sportowej klasie naszych piłkarzy krótko. - O tym, co się działo później, można by opowiadać godzinami. Kiedy dostawaliśmy koszulki szyte nie na nasze miary, działacze twierdzili, że to wina Adidasa. Tymczasem po Warszawie paradowali ludzie w naszych rozmiarowo idealnych koszulkach - wspomina Tomaszewski. - Wychodzi na to, że ktoś dobrym sprzętem handlował, a nam dawał ochłapy. W to, że winny był Adidas, nie uwierzę, bo w roku 1976 miałem okazję zagrać w reprezentacji świata, którą ubierały do spółki Puma i właśnie Adidas. Kiedy dotarłem do hotelu w Brukseli, w pokoju czekał na mnie sprzęt. Koszulka, spodenki i buty, słowem wszystko, co zapewniał Adidas, było dopasowane idealnie - dodaje były bramkarz reprezentacji. Szczyt niekompetencji działaczy nastąpił tuż przed jednym z najlepszych meczów w historii polskiego futbolu. Wielkie zwycięstwo nad Holandią (4:1) w 1975 roku polscy piłkarze świętowali, mając na swych koszulkach wyszytego czerwonego orła na białym tle.

HSV Polska

Prowizorka towarzyszyła naszym kadrowiczom przez wiele kolejnych lat. Mecze eliminacji MŚ 1994 Polacy rozgrywali w sprzęcie dostarczanym przez różne firmy. Przed spotkaniem z San Marino, które w 1993 roku rozegrano w Łodzi, reprezentację ratowała łódzka firma Dorbill. - Andrzej Rudy zrezygnował z kadry właśnie z powodów organizacyjnych. Grał na Zachodzie, był przyzwyczajony do pewnych standardów. Wiadomo, jak to wyglądało. Jechał z drużyną na mecz, z autokaru wszyscy wychodzili w takich samych polówkach, mieli takie same dresy, koszulki treningowe. A w reprezentacji każdy biegał w tym, co miał - wspomina Dariusz Adamczuk, bohater meczu, jaki w maju 1993 roku rozegraliśmy w Chorzowie z Anglią (1:1, Adamczuk zdobył gola). - Na czwartkowy trening przed spotkaniem z Anglikami w ogóle nie chcieliśmy wyjść. Starsi piłkarze powiedzieli, że mają dość, że nie godzą się na szopkę w tak prestiżowym meczu. Działacze obiecali, że załatwią stroje, no i załatwili - wspomina Adamczuk. Przeciw Anglikom zespół Andrzeja Strejlaua wystąpił w koszulkach Adidasa należących na co dzień do... niemieckiego Hamburga. Z Niemiec przywiózł je Andrzej Grajewski. - Same koszulki były w porządku, gorzej, że na dresach obok orzełka mieliśmy napis HSV. Ale w sumie co to był za problem? Ważne, że koszulki były firmowe, no i że nas nie piły - śmieje się Adamczuk.

Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl

Tu pracy nie brakuje