Michał Żewłakow: Chemia między nami jest

- W każdym związku najpiękniejszy jest początek, kiedy się poznajemy. Wtedy wszystko cieszy. Prawdziwe relacje poznaje się, przeżywając razem trudne chwile. Wtedy widać, czy ktoś ci pomoże, czy nadstawi za ciebie głowę - mówi w wywiadzie dla ?Gazety? i Sport.pl kapitan reprezentacji Polski Michał Żewłakow.
Lato mówi nie Beenhakkerowi »

Robert Błoński: Leo zwrócił się do Grzegorza Laty z pytaniem, czy w kwietniu i maju może być doradcą Feyenoordu. Chce łączyć tę funkcję z pracą w reprezentacji Polski. Co na to kapitan drużyny?

Michał Żewłakow: Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Z jednej strony praca dla reprezentacji i Feyenoordu wydaje się możliwa do pogodzenia. Z drugiej strony - po zastanowieniu - do głowy przychodzą różne myśli. Kiedy ktoś zostaje selekcjonerem kadry, można się spodziewać, że będzie koncentrował się tylko na tym. Trener rozmawiał o tym z prezesem Latą, oni zadecydują. My jesteśmy od harowania na boisku.
Ebi nie gra w klubie. Czy powinien w kadrze?


Jest jeszcze chemia między drużyną a selekcjonerem?

- W każdym związku najpiękniejszy jest początek, kiedy się poznajemy. Wtedy wszystko cieszy. Prawdziwe relacje poznaje się, przeżywając razem trudne chwile. Wtedy widać, czy ktoś ci pomoże, czy nadstawi za ciebie głowę. Z kadrą pracuje pierwszy od lat obcokrajowiec. Człowiek światowy, z przeszłością w wielkich klubach z wielkimi piłkarzami. Podziałało to na wszystkich, na starszych zawodników również. Skłamałbym jednak, mówiąc, że jest tak samo jak na początku. Niektóre rzeczy spowszedniały. Fascynacja opadła i przerodziła się w większe zaufanie, szacunek.

Jako kapitan ma pan dobry kontakt z Leo Beenhakkerem?

- Imponuje mi swoją uczciwością i otwartością. W poniedziałek opowiedział nam całą historię związaną z Feyenoordem. Mówił, że nie chce sytuacji, w której ktoś nas o coś zapyta, a my nie będziemy umieli odpowiedzieć. Jest dla nas bardziej partnerem niż wyrocznią, na dodatek z kijem w ręku. Nasz związek jest elastyczny, oparty na zaufaniu.

Zauważacie wojenki trenera z PZPN?

- Tak, choć obie strony umiejętnie się maskują. Nie rozumiem, czemu to wszystko ma służyć. I z jakiego powodu jest ta wzajemna niechęć.

Chodzi m.in. o wysokie zarobki selekcjonera.

- Czy on te pieniądze komuś zabiera? Podpisał kontrakt i obie strony muszą respektować warunki. Jak ktoś chce się z kimś rozstać, mówi to drugiej stronie prosto w oczy, a nie intryguje. Przez tę wojnę cierpi drużyna.

Wspomniał pan o momencie prawdy. 28 marca Polska musi wygrać w Belfaście. Wierzycie, że Beenhakker was wyprowadzi z tej trudnej sytuacji?

- Tak. Gdyby nie pech na Słowacji, sytuacja byłaby komfortowa. W drużynie jest wiara, mentalnie jesteśmy gotowi. Zawsze wyjdziemy na boisko przekonani, że gramy o zwycięstwo.

Kiedy w Portugalii następowała wymiana drużyny i ligowcy wrócili do Polski, a w ich miejsce przyjechali zawodnicy z klubów zagranicznych, mogliśmy napisać: wyjechali rezerwowi, przyjechali rezerwowi.

- Dla wielu kadra to jedyne miejsce, gdzie mogą grać. Wszystkim łatwiej by się pracowało, gdybyśmy przyjechali tu po serii udanych meczów ligowych. Na zgrupowaniach patrzymy na siebie i myślimy: "Ja nie gram, on nie gra, tamten zagrał dziesięć minut, inny pół godziny". Kadra to grunt, na którym czujemy się pewniej. Mamy trenera, który nas wspiera, który uważa nas za dobrych piłkarzy.

Z panem sytuacja jest o tyle dziwna, że na noworoczny urlop przyjeżdżał pan do Polski jako podstawowy zawodnik Olympiakosu. W styczniu został pan rezerwowym.

- Ostatnio trener jakby trochę się do mnie przekonał. Z pięciu meczów wystąpiłem w czterech: dwóch ligowych, dwóch w Pucharze Grecji. Zobaczymy, co dalej.

W czerwcu kończy się panu umowa z greckim klubem. Była już rozmowa o przedłużeniu czy powoli pakuje pan już walizki?

- W styczniu chciał mnie kupić Hannover. W Olympiakosie odmówili, bo chcą przedłużyć ze mną umowę. Zaproponowali Niemcom - za darmo - Raula Bravo. Ale z kolei jego nie chcieli w Hanowerze, odszedł do Numancii. Niezły kołowrotek. Na nic się nie nastawiam. Jak nikt ze mną nie porozmawia, zbiorę w czerwcu zabawki i się rozejrzę.

Obecna drużyna Beenhakkera jest bardzo młoda. Jak pan widzi tę świeżą krew?

- To grupa ludzi bardziej odważnych niż moja generacja. To już nie są grzeczne chłopaczki, które kłaniają się w pas. Kiedy ja przyjeżdżałem na pierwsze zgrupowania, tego szacunku było za dużo. Przez to wyglądałem na wystraszonego lub nawet przerażonego. W kadrze jak w wojsku - są starzy i młodzi. Akurat w tej armii większość przełożonych patrzy na młodzież łaskawszym okiem niż kiedyś na mnie. Wtedy dyscyplina była większa. My pozwalamy młodym zawodnikom szybko poczuć się swobodnie. Nie ma żadnej "fali". Muszą mieć optymalne możliwości do pokazanie tego, co potrafią.

Z młodzieży kogoś pan wyróżni? Boguskiego? Lewandowskiego?

- Teraz ważą się losy ich karier . Albo wystrzelą, albo się zatrzymają. Fajnie, gdybyśmy awansowali na mundial. Co innego jechać na wielki turniej w wieku 23 lat, co innego w wieku 30. Łatwiej wówczas zaistnieć, wejść na najwyższy poziom. Nasza liga daje niewiele, w pucharach gra się dużo. Do Rafała mam jedną prośbę. Chciałbym choć raz usłyszeć, jak przeklina. Czasem by mu się przydało. Robert Lewandowski ma wielki potencjał. Przed nim wielka kariera, ale trzeba na niego chuchać. Ciekawe, jak poradzi sobie kiedyś za granicą, gdzie życie nie jest łatwe, nie tylko trening. Nie ma kolegów, nie ma polskiego trenera. Są wielkie oczekiwania.

W tej reprezentacji poziom zawodników z polskiej ligi i z zagranicy jest bardziej wyrównany niż kiedyś.

- Bo coraz rzadziej kluby zagraniczne chcą kupować Polaków. Mariusz Lewandowski gra na Ukrainie od ośmiu lat, Jacek Krzynówek w Niemczech od dziewięciu, ja od jedenastu... Ostatnio wyjechał Kuba Wawrzyniak do Panathinaikosu. Wcześniej dużych transferów było zdecydowanie więcej. To kolejny dowód na to, że Europa nam uciekła.

Beenhakker: Polska jest priorytetem - czytaj tutaj »