Sport.pl

Piłkarski rok 2001. Futbol handlem stoi

Takiego szału zakupów w futbolu jeszcze nie było. Rekordy bili nie tylko najbogatsi, a horrendalne sumy płacono nie tylko za piłkarzy wybitnych.
Ten obrazek znamy na pamięć - po strzeleniu gola piłkarz unosi triumfalnie ręce, biegnie w stronę fanów (albo kamer), całuje klubowy emblemat na koszulce. Mija kilka tygodni i podpisuje kontrakt z pracodawcą oferującym wyższą gażę. Nawet jeśli oznacza to zmianę na barwy odwiecznego rywala. - Gesty, które wykonują zawodnicy, są oznakami miłości, ale do pieniądza, nie klubu - mówił niedawno Pele proszony o refleksję na temat współczesnej piłki. - Ja kochałem swój klub. Spędziłem 15 lat w Santosie i do głowy mi nie przyszło, by odejść. Milan proponował mi astronomiczne zarobki, ale one nie były najważniejsze. Wtedy wszystko było jasne - Rivelinho znaczyło Corinthians, Tostao - Cruzeiro, Garrincha - Botafogo. Teraz najbardziej cierpią kibice, którzy nie wiedzą, kto ma być idolem. Bo przecież nie zostanie nim piłkarz, który jednego dnia gra w Corinthians, następnego w Palmeiras, by przenieść się do Santosu.

Król futbolu często ostatnio potępia model oparty na dyktacie pieniądza. I rzeczywiście, jeszcze żaden rok nie stał w takim stopniu pod znakiem pokonywania finansowych barier. Prezydent madryckiego Realu Florentino Perez przechwalał się, że na stulecie istnienia szykuje dla "Królewskich" półmiliardowy budżet (oczywiście w dolarach). Giełdowa wartość Manchesteru United przekroczyła wiosną 1,2 miliarda. Padały kolejne transferowe rekordy: za obrońcę (26 mln - Rio Ferdinand), za bramkarza (33 mln - Gianluigi Buffon), za nastolatka (28 mln - Javier Saviola), za piłkarza w ogóle (65 mln - Zinedine Zidane). Bajońska suma za wybitnego piłkarza nie dziwi. Bardziej symptomatyczne jest, że kilkanaście milionów płaci się już za zawodników przeciętnych albo takich, którzy wyłożoną kwotę zaczną spłacać za wiele lat lub wręcz... nigdy, bo nie sposób przewidzieć, jak i czy będą się rozwijać. 18-letni Antonio Cassano uszczuplił budżet Romy o 27 mln, ale jej mecze ogląda z ławki rezerwowych. Kibice słyszą głównie o jego kłótniach z trenerem włoskiej młodzieżówki.

Coraz więcej klubów wchodzi na giełdę, co ogranicza wpływ na drużynę tych, którzy odpowiadają za jej wyniki - do polityki kadrowej wtrącają się biznesmeni traktujący futbol jak komercyjną branżę. Od ponad tygodnia na mediolańskim parkiecie można kupić akcje Juventusu i udziałowcy już zapowiedzieli, że - ponieważ "Stara Dama" przeholowała z zakupami - "trzeba będzie bardziej wstrzemięźliwie budować drużynę". A Turyńczycy plany mieli całkiem inne. Chcieli iść w ślady kolekcjonującego gwiazdy Realu Madryt i w krótkim czasie sprowadzić kilku wybitnych graczy. W styczniu u podnóża Alp miał pojawić się Juan Roman Riquelme, wielka nadzieja argentyńskiej piłki, poszukiwano także napastnika. Akcjonariusze storpedowali te plany. W styczniu klub nie kupi nikogo.

Juventus wszedł na giełdę m.in. po to, by dokapitalizować klub. Finansowy zastrzyk przydałby się nie tylko jemu, bo spektakularnym transferom towarzyszyły w tym roku informacje o gigantycznych długach największych nawet klubów. Zbankrutowała też firma ISL-ISMM od 20 lat współpracująca z FIFA i prowadząca marketing światowej piłki. W efekcie trzeba było odwołać szumnie reklamowane klubowe mistrzostwa, w których miało rywalizować 16 zespołów.

Przepis na sukces (1)

Rok rzemiosła i taktyki

Jeśli Euro 2000 było festiwalem piłki radosnej i ofensywnej, tak w minionym roku królowała solidność. Artyści przegrywali na ogół i w piłce klubowej, i reprezentacyjnej

Najcenniejsze klubowe trofeum na Starym Kontynencie (Puchar Europy) i na świecie (Puchar Interkontynentalny) zdobyli mistrzowie kalkulacji - Bayern Monachium. Grający futbol wyrachowany, szukający najprostszego sposobu przedostania się na pole karne przeciwnika, jak ognia unikający przyjemnej dla oka wymiany szybkich podań, dryblingów etc. W finale rywalem Bawarczyków byli piłkarze Valencii, którzy po kadrowej rewolucji przeobrazili się w niedoścignionych fachowców od defensywy. Nic dziwnego, że w decydującym starciu gole padały tylko z rzutów karnych.

Sukcesy Bayernu i Valencii to również triumf taktycznego geniuszu Ottmara Hitzfelda i Hectora Cupera. Nazwisko pierwszego od dawna wymienia się jednym tchem obok Aleksa Fergusona, gdy mowa o czołowych szkoleniowcach świata. Argentyńczyk na renomę dopiero pracuje, bowiem dopiero latem trafił do klubu z praktycznie nieograniczonym budżetem, ale kto wie, czy już teraz jego osiągnięcia nie są równie cenne jak wyniki sławniejszych kolegów po fachu. Przecież w Mallorce i Valencii startował z niższego pułapu niż Ferguson (MU) i Hitzfeld (Borussia Dortmund, Bayern).

W Pucharze UEFA triumfował Liverpool. W finale strzelił co prawda pięć goli Alaves (stracił cztery), ale to również zespół cierpliwy, skrupulatnie strzegący dostępu do własnej bramki (Stephane'a Henchoza i Samiego Hyypię UEFA wybrała na najlepszy duet środkowych obrońców sezonu) i wyczekujący na błyski geniuszu pozostawionego na desancie Michaela Owena. A że angielskiemu napastnikowi zdarzały się one często, gablota na Anfield Road wzbogacała się o kolejne łupy: Puchar Anglii, Puchar Ligi Angielskiej, Superpuchar Europy, Tarczę Dobroczynności.

Wreszcie eliminacje mistrzostw świata. Wciąż trudno uwierzyć, że w Korei i Japonii zabraknie finezyjnych Holendrów, szkoda pokonanych w barażach Czechów. Zamiast nich na mundialu zagrają Irlandczycy i Belgowie sprawiający wrażenie, jakby gra w piłkę była dla nich mordęgą. I Szwedzi, którzy na Euro wsławili się głównie tym, że mecze z ich udziałem były najnudniejszymi na turnieju.

Przepis na sukces (2):

Sprowadź Francuza

Mistrzostw świata ani Europy w tym roku nie było, w eliminacjach Francuzi grać nie musieli, ale znów potwierdzili, że są najlepsi.

Kluby znad Sekwany wypadły z europejskiej czołówki m.in. dlatego, że najlepsi piłkarze i trenerzy wyjeżdżają do bogatszych lig. W rozproszeniu ich siła nie jest tak widoczna, ale ten rok pokazał, że by myśleć o zwycięstwach, trzeba sprowadzać zawodników z kraju mistrzów Europy i świata. Przyjrzyjmy się składom mistrzów i wicemistrzów czołowych lig oraz zwycięzcom rozgrywek międzynarodowych:

1. Włochy: mistrz Roma - Vincent Candela, Jonathan Zebina; wicemistrz Juventus Turyn - Zinedine Zidane, David Trezeguet (teraz doszedł Liliam Thuram);

2. Hiszpania: mistrz Real Madryt - Claude Makelele (teraz Zidane); Deportivo La Coruńa - bez Francuza;

3. Anglia: mistrz Manchester Utd. - Fabien Barthez, Mikael Silvestre; wicemistrz Arsenal - Thierry Henry, Patrick Vieira, Sylvain Wiltord, Robert Pires, trener Arsene Wenger;

4. Liga Mistrzów: zwycięzca Bayern - Bixente Lizarazu, Willy Sagnol; finalista Valencia - Jocelyn Angloma;

5. Puchar UEFA: zwycięzca Liverpool - trener Gerard Houllier (w ubiegłym tygodniu doszedł wypożyczony z PSG Nicolas Anelka), finalista Alaves - bez Francuzów.

Statystykę psują tylko hiszpańskie Deportivo i Alaves. Zestawienie nie pozostawia jednak wątpliwości, że upatrywanie trójkolorowych w roli faworyta przyszłorocznego mundialu nie jest wróżeniem z fusów. Choć obrońcy trofeum rozgrywali tylko sparingi, to ich piłkarze w komplecie grają kluczowe role w najsilniejszych klubach. Biją na głową nawet tak modnych obecnie Argentyńczyków, typowanych na ich najgroźniejszych konkurentów.

Ligi w Europie

Czołówka ucieka, Turcy gonią

W hierarchii lig europejskich w zasadzie utrzymuje się status quo, z tym że dystans między Hiszpanią, Włochami, Anglią a resztą systematycznie się powiększa.

Układ sił odzwierciedla różnice w randze, jaką w życiu społecznym poszczególnych krajów osiągnął futbol. Najbardziej rozkochani w nim są Hiszpanie i ich drużyny znów dotarły do finałów obu europejskich rozgrywek (Valencia w LM, Alaves w Pucharze UEFA). A przecież jest jeszcze madrycki Real, Barcelona i Deportivo, chyba najbardziej ofensywnie grający zespół w Europie. Anglicy mają najwyższą frekwencję i telewizyjną oglądalność, dzięki czemu ich kluby czerpią największe zyski. I potęg na Wyspach przybywa - do Manchesteru Utd. doszlusowały już Liverpool (Puchar UEFA i Superpuchar Europy), Leeds (rewelacja wiosny - półfinał LM) i dysponujący być może największym spośród nich potencjałem Arsenal. O miejscu futbolu we Włoszech najlepiej świadczy fakt, że nawet premier Silvio Berlusconi zdobył władzę jako prezes klubu piłkarskiego (po wyborach musiał się zrzec tej funkcji).

Jest jeszcze jeden kraj, gdzie futbol to sprawa narodowa. To Turcja, w której kluby wspiera finansowo parlament. Kto wie, czy właśnie tamtejsza liga pewnego dnia nie dogoni znajdujących się tuż za elitą Francuzów i Niemców. Mistrzowie świata nie mają ani jednego klubu, który w ostatnich latach znaczyłby w Europie tyle co Galatasaray. Piłkarze ze Stambułu potwierdzili, że poprzednich trofeów (Pucharu UEFA i Superpucharu Europy) nie zdobyli przypadkowo. Wiosną w Champions League zatrzymał ich dopiero Real w ćwierćfinale (ale w Stambule przegrał), jesienią najpierw przedarli się do drugiej rundy kosztem Lazio i PSV Eindhoven, by trafić w niej do "grupy śmierci". I nie są bez szans. Na razie zremisowali z Romą i Barceloną (prowadzili już 2:0). Wciąż jednak są najbardziej niedocenianą nacją w futbolowej Europie. Mimo sukcesów ich klubów i awansu reprezentacji do MŚ żaden zawodnik znad Bosforu nie znalazł się w "50" nominowanych do Złotej Piłki, a w głosowaniu trenerów reprezentacji wybierających piłkarza roku według FIFA tylko brazylijski obrońca Galatasaray Capone dostał punkt od Walerego Łobanowskiego.

Polska

Engel w ślady Piechniczka

Tak ofensywnie jak w 2001 roku nasza reprezentacja nie grała od 20 lat.

Dla zespołu Jerzego Engela nie sposób już znaleźć komplementów, by uniknąć powtarzania cudzych. Niech więc przemówią liczby. W 11 meczach biało-czerwoni zdobywali średnio 1,82 pkt. W dwóch poprzednich dekadach dwukrotnie byli co prawda bardziej skuteczni (1998, 1988), lecz stało się to w latach, w których rozgrywali niemal wyłącznie sparingi (w sumie trzy mecze o stawkę - z Albanią, Bułgarią i Luksemburgiem).

W 90 minut Polacy zdobywali średnio 1,91 bramki. Poprzednio częściej do siatki trafiali 20 lat temu (patrz wykres), kiedy trener Antoni Piechniczek budował drużynę, która miała zdobyć medal na mundialu w Hiszpanii. Tyle że imponującą średnią zawdzięczają przede wszystkim tournée po Japonii, podczas którego w czterech meczach strzelili Azjatom 13 goli.

Pojęcie "futbol na tak" przyjęło się już na Zachodzie, a atak trenera Engela zdobi perła, jakiej polski futbol nie miał od czasów Bońka i Smolarka. "France Football" umieścił Emmanuela Olisadebe wśród 50 najlepszych piłkarzy Starego Kontynentu. Na napastnika Panathinaikosu głosowali co prawda tylko dziennikarze z Polski i Grecji, ale już w plebiscycie na gracza roku FIFA docenił go fachowiec bardziej obiektywny - trener reprezentacji Irlandii. Mick McCarthy dał "Olemu" trzecią pozycję, za Portugalczykiem Rui Costą i Argentyńczykiem Juanem Sebastianem Veronem.

Reprezentacja gra jednak od święta, a codzienność, czyli piłka klubowa, przygnębia. Kluby ledwie wiążą koniec z końcem, rządzą nimi podający się za dobroczyńców hochsztaplerzy i nieudacznicy, stadiony są w opłakanym stanie. No i liga marna, w dodatku "ulepszona" systemem grożącym absurdalnym zakończeniem (mistrzem zostaje zespół, który zdobył mniej punktów niż wicelider). Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie myli się trener Engel, który w wywiadzie dla "Gazety" mówił, że wierzy, iż "efekty z awansu przyjdą za kilka lat", kiedy "fala ogarnie cały kraj". Polonia tytułu mistrzowskiego wykorzystać nie potrafiła.

Plebiscyt (nie)prawdę ci powie

Rok promocji

Jeśli wierzyć plebiscytom, Real Madryt miałby wielkie szanse na wygranie mundialu. Oczywiście, gdyby mógł na nim wystąpić, Francuzi oddaliby mu Zidane'a, a Portugalczycy - Figo.

Nasze typy od większości plebiscytów różnią się tym, że nie ocenialiśmy tegorocznych dokonań piłkarzy, ale wybraliśmy najlepszych naszym zdaniem na swoich pozycjach (patrz grafika).

Zdajemy sobie sprawę, że taki zespół wcale nie musiałby wygrać mundialu. Im więcej rozgrywek, meczów, stacji je transmitujących, tym większa potrzeba uporządkowania i zhierarchizowania natłoku nazwisk, drużyn, a zarazem mniejsze prawdopodobieństwo, że wyniki wszelkich plebiscytów będą wiarygodne. Gdyby wziąć pod uwagę tylko pięć lig uchodzących za najsilniejsze (1678 meczów), Champions League (235), Puchar UEFA (281), krajowe puchary oraz hity słabszych lig (około 300) oraz mecze międzynarodowe 50 najlepszych drużyn narodowych (około 300), to na jeden sezon trwający dziesięć miesięcy (od połowy sierpnia do połowy czerwca) składałoby się mniej więcej 2,8 tys. spotkań. Jeśli ktoś oglądałby przez ten czas nawet dwa mecze dziennie (co i tak wydaje się średnią trudną do osiągnięcia - trzy godziny przed telewizorem to niemal krajowa przeciętna), obejrzałby ich około sześciuset. To daje ledwie 21 proc. całości. Ciekawe, ile meczów obejrzał statystyczny dziennikarz, który przyznawał punkty pretendentom do Złotej Piłki...

Z dwóch głównych plebiscytów - tygodnika "France Football" i FIFA - większe zaufanie budzi ten drugi, bowiem o wynikach decydują fachowcy - selekcjonerzy 130 reprezentacji. Sam trener Engel przyznał jednak rok temu przy okazji rozstrzygnięcia poprzedniej edycji, że jest zmuszony w dużej mierze opierać się na doniesieniach prasowych. Triumfują więc zawodnicy promowani przez media - nawet jeśli jesteś najlepszym obrońcą świata, ale grasz w klubie, którego meczów regularnie nie ogląda cała Europa, nie masz co liczyć na wysokie miejsce w jakimkolwiek plebiscycie (vide opisany wyżej przypadek turecki).

Proponujemy nietypowe spojrzenie na wyniki ankiet "France Football" i FIFA. Poniżej klasyfikacja drużyn i lig stworzona w oparciu o miejsca zawodników w obu plebiscytach (punkty przyznawaliśmy według zasady: zdobywca Złotej Piłki - 28, sklasyfikowany na ostatnim, 28. miejscu - jeden; jeśli dwaj zawodnicy zajęli ex aequo miejsca 27.-28., otrzymują 1,5 pkt.).

PLEBISCYT FIFA

Najsilniejsze drużyny

1. Real Madryt 128,5 pkt.

2. Argentyna 91,5

3. Manchester Utd. 91

4. Francja 86

5. Anglia 71

Brazylia 71

7. Portugalia 63

8. Bayern 62

9. Włochy 60

10. Milan 55

Najsilniejsze ligi

1. angielska 198,5

2. włoska 185

3. hiszpańska 180,5

4. niemiecka 81

ZŁOTA PIŁKA

Najsilniejsze drużyny

1. Real Madryt 73,5

2. Francja 70

3. Bayern Monachium 64

4. Anglia 53

5. Włochy 45,5

6. Niemcy 40

7. Liverpool 36

8. Manchester Utd. 35,5

9. Hiszpania 33

10. Lazio 32

Najsilniejsze ligi

1. Włoska 102

2. Hiszpańska 94,5

3. Angielska 90

4. Bundesliga 71

Siła klubów rośnie, narasta też konflikt między interesami ich a drużyn narodowych. Kiedy przygotowująca się do barażów o mundial Australia grała w listopadzie sparing z Francją, szefowie 12 europejskich zespołów, które straciły na kilka dni piłkarzy z obu krajów, wściekli się. Awantura trwała kilkanaście dni, a mecz w Melbourne (1:1) był nudny jak gierka plażowiczów na pobliskiej plaży. Wyczerpani walką w ligach i pucharach piłkarze wypad na antypody potraktowali relaksowo.

Problemów ciągle w bród

Rok afer

Choć piłkę nożną nominowano w styczniu do pokojowej Nagrody Nobla, problemów jej nie brakuje - rasizm, wybryki chuliganów, afery paszportowe i dopingowe, nagminne symulowanie fauli przez piłkarzy

Nominację uzasadniono zasługami futbolu w dążeniu do porozumienia między narodami - wrogie kraje rozgrywały mecze nawet wtedy, kiedy nie utrzymywały ze sobą żadnych innych stosunków. W tym roku dwa skłócone państwa - Turcja i Grecja - wyraziły nawet ochotę wspólnej organizacji mistrzostw Europy.

Piłka wciąż jednak silnie kojarzy się ze zjawiskami, które z tolerancją nie mają nic wspólnego. We Włoszech niemal co tydzień dochodzi do rasistowskich wybryków (w miniony weekend wyzwisk nasłuchał się obrońca Juventusu Lilian Thuram), czasami nawet winni są nie tylko kibice, ale także piłkarze. W Serie A i Premier League narasta też problem chuligaństwa, z tym że na Półwyspie Apenińskim dotyczy on fanów, a na Wyspach - piłkarzy. Proces oskarżonych o pobicie azjatyckiego studenta zawodników Leeds ciągnął się blisko dwa lata, napastnika Oldham Allana Smarta aresztowano kilka dni temu za pobicie trzech mężczyzn podczas... świątecznego przyjęcia. Podobnych incydentów przybywa, bo gracze klubów angielskich mają jeszcze jedno hobby - alkohol. Niedawno z popularnego klubu nocnego na West Endzie wyrzucono 24 (!) pijanych i rozrabiających piłkarzy West Ham (nazwisk nie podano, wiadomo, że jeden oddawał mocz w pokoju dla VIP-ów, a inny wymiotował na bar).

We Włoszech regularnie ujawniane są też nazwiska dopingowiczów. W dodatku są to głównie piłkarze uważani za wybitnych. Frank de Boer, Jaap Stam, Fernando Couto, Stefano Torrisi - to chyba byłaby niezła linia obrony? A ilu jest lepszych defensywnych pomocników od Josepa Guardioli czy Edgara Davidsa? Tych piłkarzy łączy jednak nie tylko klasa. Wszystkich przyłapano na stosowaniu nandrolonu, wszyscy przysięgali też, że są niewinni. Pytanie nasuwa się samo - czy akurat ci piłkarze są nieuczciwi, czy problem dotyczy większości, a ukarani mieli pecha?

Afery dopingowe wybuchają głównie we Włoszech, paszportowe dotyczą wszystkich. Były ograniczenia na sprowadzanie piłkarzy spoza Unii Europejskiej, więc zawodnicy z innych kontynentów nagle przypominali sobie, że mieli przodków w Europie i fałszowali dokumenty. Proceder częściowo zamarł, bo np. we Włoszech z limitów zrezygnowano. A najbogatszym i tak niewiele groziło. Np. zdyskwalifikowany Urugwajczyk Alvaro Recoba z Interu Mediolan wrócił na boisko w listopadzie za to, że... przyjął funkcję ambasadora włoskiej federacji ds. walki z przemocą na stadionach.

Być może jednak największą, bo bezpośrednio wpływającą na przebieg meczów bolączką współczesnej piłki jest postępująca skłonność do teatralnych upadków w polu karnym, zwijania się z bólu po rzekomych faulach rywali, etc. Połowa napastników częściej próbuje oszukać sędziego niż strzela na bramkę, a najbardziej cierpią ci, którzy koncentrują się na kopaniu piłki. Regularnie nabierani arbitrzy stali się podejrzliwi i boją się gwizdnąć nawet wtedy, kiedy faul wydaje się ewidentny.

Na szczęście są jeszcze piłkarze pamiętający maksymę Michela de Montaigne'a: "bywają porażki przynoszące więcej zaszczytu niż niejedno zwycięstwo". Kiedy w meczu z Evertonem Paolo Di Canio złapał piłkę w ręce, będąc kilka metrów przed pustą bramką, koledzy z West Ham nie mogli mu tego darować. Nawet menedżer Jamie Redknapp zastanawiał się, "co będzie, jeśli dwóch punktów zabraknie na końcu sezonu?". FIFA przyznała mu jednak nagrodę fair play, a wyczyn Di Canio nienależącego przecież do największych gwiazd piłki fani będą pamiętać latami.