Boks. Historia życia Leszka Drogosza.

Każda plakietka, każdy medal, każdy proporczyk to masa potu, proszę pana. A jednak mam niedosyt. Nie zdobyłem złotego medalu olimpijskiego - mówi Leszek Drogosz.
Moja najtrudniejsza walka? Wcale nie z Jengibarianem, Tamulisem, Radoniakiem, Kasprzykiem czy innymi. Gdy miałem 34 lata, stoczyłem ostatni pojedynek. Mój klub Błękitni Kielce miał szansę wejść do I ligi. Musiał wygrać z Górnikiem Sosnowiec. A ja toczyłem kto wie, czy nie decydującą walkę o awansie. W pierwszej rundzie zaczepiłem o matę, przewróciłem się i poczułem okropny ból w nodze. Sędzia powiedział: Panie Leszku, muszę przerwać pojedynek. Ja na to: Coś pan? Ostatnią walkę w życiu miałbym przegrać?. Biłem się do końca. Wygrałem na punkty. W szpitalu lekarze stwierdzili złamanie kości strzałkowej z przemieszczeniem.

Leszek Drogosz, brązowy medalista olimpijski, trzykrotny mistrz Europy, ośmiokrotny mistrz Polski ma swoje sanktuarium w Kielcach. Mały pokój na ulicy Dalekiej, w którym wiszą setki proporczyków, medali, dyplomów, statuetek, pucharów. - Każda szarfa, każde trofeum to pięć, sześć walk. Każdą z nich pamiętam - mówi.

Niech mnie Pan zapyta

Moi rodzice nie mieli o sporcie zielonego pojęcia, byli ze wsi. Pierwsze zdarzenia ze sportu zapamiętałem z 1938 roku. Żołnierze IV pułku legionów skakali na koniach przez przeszkody, grali w tenisa.

W czasie okupacji, zwłaszcza na początku, kiedy nie było ojca, który walczył w kampanii wrześniowej, nie było co jeść. Zbierałem po polu ziemniaki albo mlecze i szczaw, żeby można było zrobić zupę na wodzie i chlebie i dołożyć ziemniaka. Z dzieciakami wystawaliśmy przy torach i błagaliśmy niemieckich żołnierzy, żeby rzucili nam kawałek chleba. "Bitte Herr, Bitte Brot" wołaliśmy do nich. Pamiętam, jakim szokiem były dla mnie te same słowa, które usłyszałem z ust dzieci enerdowskich, kiedy wylądowałem po raz pierwszy w Berlinie na Światowym Festiwalu Młodzieży Socjalistycznej w 1951 roku.

Jeszcze w czasie okupacji i po wyzwoleniu miałem przykręcane łyżwy, więc w zimie chodziłem w nich do szkoły. Miałem narty zrobione z desek, przymocowywane do normalnych butów. Pływałem w zastawach, jakie z chłopakami robiliśmy na rzeczce. Lubiłem to.

Któregoś dnia po wojnie zobaczyłem na afiszach, że w mieście będzie mecz bokserski. Boks w Kielcach miał ciekawe tradycje. Przed wojną było tu około 30 proc. Żydów i oni tworzyli kluby, w tym bokserskie. Jak walczył Maccabi Kielce z Granatem Kielce, no to było wydarzenie, mnóstwo kibiców, wielkie artykuły w "Gazecie Kieleckiej".

Nie miałem pieniędzy na bilet, rodzice byli ubodzy, więc wszedłem, oszukując porządkowych. I zobaczyłem ten boks. Zrobił na mnie makabryczne wrażenie. Wstrętne - jeden bił drugiego, krew na koszulkach. Nie mogłem na to patrzeć, zamknąłem oczy i słyszałem tylko: "Bij go! Bij go!". Strasznie mi było żal słabszego. Powiedziałem sobie, że więcej nie chcę boksu oglądać, i gdy tylko skończyła się runda, ludzie ucichli, otworzyłem oczy i chciałem uciec.

Niestety, nie mogłem. Porządkowi zamknęli salę, aby nie wchodzili kibice na gapę. Sala była już pełna. I musiałem ten mecz oglądać, wysiedzieć do końca. Z czasem zauważyłem, że w jednym spotkaniu mały pobił dużego, potem powtórzyła się sytuacja. Ja jestem dzieckiem wojny. Byłem zabiedzony i jak poszedłem do szkoły - w czasie okupacji i po niej - byłem najmniejszy w klasie i chłopaki mnie bili. Czułem się trochę upośledzony. Tak więc jak zobaczyłem, że mały może jednak pobić dużego, moje nastawienie do boksu się zmieniło.

Poszedłem na trening. Nie miałem trampek, a trzeba było mieć buty na gumowej podeszwie. Na szczęście gdzieś znalazłem moje stare śniegowce. Obciąłem cholewkę nożyczkami, spakowałem koszulkę, spodenki i poszedłem.

Oczywiście byłem za mały. Ważyłem trzydzieści kilka kilogramów. A tam kilku dorosłych facetów założyło sobie klub, który nazwali najpierw Ludwików od nazwiska byłego właściciela fabryki, później SHL Kielce. To fabryka, która produkowała pralki Franie, motocykle eshaelki. I pracował tam zdemobilizowany podoficer Wojska Polskiego z tego IV pułku legionów Jan Szczygłowski. Notabene razem ze Stammem kończył kurs wychowania fizycznego w latach 20. Jak przyszedłem, to on powiedział: "Synku, przyjdź za parę lat. Nawet nie znasz tabliczki mnożenia". "Niech mnie pan zapyta". "Dziewięć razy siedem?" "54". "No, widzisz. Przyjdź za parę lat". Przyszedłem za parę dni wykuty tabliczki mnożenia na blachę. "Teraz niech mnie pan zapyta". Odpowiadałem bezbłędnie i dostałem pozwolenie na przychodzenie na treningi. Sprzątałem salę, przynosiłem rękawice, byłem chłopcem na posyłki.



W końcu doszedłem do wagi 45 kg, a najniższa waga w boksie to musza - 48-51 kg. Mimo to w 1949 roku stoczyłem swoją pierwszą prawdziwą walkę. Żeby do niej doszło, musiałem użyć fortelu. Wtedy nie trzeba było się rozbierać do naga na wadze, można było ważyć się w sportowym stroju. Najpierw robiłem próby wagi w mojej sali. Założyłem wielkie buty, o trzy numery za duże, ale mimo to było za mało kilogramów. Założyłem mokre, grube, wełniane skarpety. Wciąż za mało. Założyłem mokrą koszulkę, ale wciąż było za mało. Więc z ołowiu, którego z chłopakami używaliśmy do robienia żołnierzyków, odlałem płytki i włożyłem pod skarpetki. Dopiero osiągnąłem wagę muszą - 48,100 kg. Pamiętam, że przed tą prawdziwą wagą bardzo chciało mi się siusiać, ale nie mogłem, straciłbym jakieś 200-300 gramów. Stoczyłem pierwszą walkę. I wygrałem.

Boks jest jednak piękny

Za rok wysłali mnie aż do Szczecina na mistrzostwa Polski juniorów. Pojechałem po trzech, czterech pojedynkach i nie dość, że zdobyłem tytuł, to jeszcze zostałem uznany za najlepszego technika turnieju. Dostałem w nagrodę "Biblioteczkę marksisty" z 14 pozycjami i czterotomowe dzieła Józefa Stalina. Zostałem też pogłaskany po głowie przez Stamma, który powiedział: "Synku, aby tak dalej, to zabiorę cię na obóz".

W styczniu 1951 roku, czyli w wieku 18 lat, pojechałem ze Stammem na pierwsze zgrupowanie z kadrą do Szklarskiej Poręby. Z tej okazji kupili mi w klubie SHL prawdziwe buty narciarskie, moje pierwsze w życiu. Mam je do tej pory. W Szklarskiej poznałem Chychłę, Antkiewicza, Krużę i inne sławy, o których spotkaniu jeszcze niedawno nie marzyłem. Pokonałem ich wszystkich w ping-ponga. Nie przyznałem się, że w regionie kieleckim byłem jednym z najlepszych zawodników w tenisie stołowym i grałem w lidze.

Półtora roku później walczyłem na olimpiadzie. Dziś to by się nie mogło raczej zdarzyć w Polsce.

Przez ten czas zmieniło się moje nastawienie do boksu. Dowiedziałem się, że istnieją kategorie wagowe, że są sędziowie, którzy panowali, aby nie stała się nikomu krzywda. I najważniejsze, że wszystko, co zdarzy się na ringu, zależy prawie wyłącznie ode mnie, od tego, jak zapracuję na tę walkę. Przez 20 lat z 374 walk przegrałem tylko 14 razy i nikt mnie ani razu nie pobił. Podobnie Paździor, Grudzień, Pietrzykowski. Oni nigdy nie dali się bić.

To fakt. Do boksu trafiali pokaleczeni młodzi ludzie. Takich było bardzo wielu po wojnie. Pozostawali w wielkim zaniedbaniu, często sieroty. Wydaje mi się, że przed wojną jedynym znanym pięściarzem z maturą był Witold Majchrzycki. Uchodził za inteligenta.

Szymura, Kolczyński, Czortek byli zacni, nauczeni przez sport dyscypliny. Osiągali rzeczy, których inaczej by nie osiągnęli. Przez sport stawali się lepszymi ludźmi, choć nie wszystkim udało się to do końca.

Przykro mówić, ale śmierć Szymury, śmierć Kolczyńskiego dowodzi, jak oni wszyscy - i być może ja również - byli blisko stoczenia się w przepaść. Szymura zapił się gdzieś w grajdole, gdzie przychodzili ludzie z dzielnicy. To samo Kolczyński. Też miał jakąś klitkę, gdzie wszyscy się schodzili. "Chodźcie do Franka albo do ...". I była taka grupa ludzi wykoślawionych przez życie.

Boks, ale nie tylko

W latach 50. zaczął się inny etap.

W 1950 roku miałem do wyboru - kadra, być może olimpiada, albo szkoła. Dopóki rodzice mieli decydujący wpływ na mnie - no to szkoła. Jednak gdy zacząłem marzyć o sporcie, przerwałem naukę w dziesiątej klasie. Pomyślałem sobie: wszystko stawiam na to, aby pojechać na olimpiadę, a potem odrobię. Tak mi się wydawało. I rzeczywiście przerwałem naukę. Potem wróciłem do niej. Uczyłem się w wieczorówce, w technikum mechanicznym, gdzie zresztą oszukałem, bo powiedziałem, że skończyłem dziesięć klas podstawówki. Przed olimpiadą w Melbourne odrabiałem zaległości z kilku lat.

Wyglądało to tak, że rano na 7 jechałem pociągiem do pracy, odbijałem kartę zegarową. Pracowałem w oddziale ekonomicznym, w dziale norm. W pracy odrabiałem lekcje. I trenowałem też na terenie zakładu. Po treningu z powrotem do pracy. Wsiadałem o 14 w pociąg do domu, tam coś jadłem, wsiadałem z powrotem w pociąg, jechałem do szkoły, do Łabęd. Wracałem o 21.30 i szedłem spać. W niedziele była tylko szkoła i trening. Sam się dziwię, że tak harowałem, ale miałem cel - żonę i dziecko. Musiałem im dać utrzymanie.

Wielu moich kolegów ze świecznika - wszyscy byli mniej więcej w tej samej sytuacji co ja - nie miało matury, byli niedouczeni. I trenerzy mniej zwracali na te sprawy uwagi. Ja mam satysfakcję, że jako trener miałem w grupie ośmiu magistrów, a maturę każdy musiał mieć, bo goniłem wszystkich do nauki.

Wtedy jednak było inaczej. Dopiero jako człowiek dojrzały postanowiłem kontynuować naukę, czego efektem jest dyplom magistra. Na 160 studentów AWF ja zostałem wyróżniony. Miałem same piątki i czwórki - trójki zdarzały się rzadko.

Za mną poszli do szkoły i Walasek, i Szczepan i Kulej, którego namawiałem, żeby studiował. I powstała inna, nowa generacja pięściarzy.

Jak nie zdobyłem złotego medalu

Bez przerwy zwracano mi uwagę, że źle trzymam nogi. Że nie powinienem ustawiać się bokiem, ale frontem do przeciwnika. Tak twierdziło 90 na 100 trenerów. A mnie było wygodniej bokiem. I były krzyki: "Jak trzymasz nogi, pięta tu, pięta inaczej". A ja, jak tylko się ruszyłem w ringu, to z miejsca ustawiałem się tak, jak się nauczyłem. Po prostu inaczej nie mogłem. Któregoś razu przyjechał na zgrupowanie bardzo znany naukowiec od biomechaniki, późniejszy profesor. Oglądał trening, słuchał, jak Stamm mnie łaje, i zwrócił się do niego: "Panie Stamm, Leszek dobrze trzyma nogi. Właśnie dzięki temu jego refleks, jego budowa jest najlepiej wykorzystana". Stamm się uniósł: "Co mi pan będziesz tu gadał. Boksu będziesz Pan mnie uczył?".

Ten biomechanik po treningu spotkał mnie i powiedział: "Panie Leszku, wydaje mi się, że pan dobrze boksuje, nogi też są w porządku. Niech pan nic nie zmienia". Potem uświadomiłem sobie, że 70 procent sukcesów dały mi nogi. Dzisiejsi pięściarze są przy mnie inwalidami pod tym względem. Od tego spotkania z biomechanikiem zacząłem się nad niektórymi faktami zastanawiać.

Cały czas wbijano mi do głowy - trzymaj ręce wyżej. Prawą trzymaj przy szczęce, chroń brodę. A ja miałem ręce przy biodrach. Wkładali mi nawet pudełko zapałek tak, abym brodą je trzymał przy lewym ramieniu, co miało wymusić nawyk chowania głowy w ramiona. Wszystko na nic. Ale przeciwnicy mnie nie trafiali. Byłem za szybki.

Trenerzy się nie zastanawiali nad przyczynami i skutkami mojego stylu. Dla nich boksowałem źle. A oni? Wiedzieli, że boks tak wyglądał przed wojną, tak samo w czasie wojny i tak będzie dalej wyglądał. I że tak mam boksować. A ja uważam, że człowiek jest jak jego linie papilarne. Nie ma jednakowego i do każdego trzeba podejść z szacunkiem dla indywidualności. Ja nawet nie chciałem walczyć w butach bokserskich - wolałem trampki i w nich zdobyłem na przykład tytuł mistrza Europy w Berlinie, w drugich moich mistrzostwach. Śmiali się ze mnie. W olimpiadzie w Rzymie też miałem trampki, dzięki którym czułem się pewnie na macie.

Nie nosiłem ochraniaczy na zęby, choć wszyscy zakładali - przeszkadzały mi w oddychaniu.

Ja byłem pięściarzem, który - inaczej niż pozostali - wolał nie zadać trzech ciosów, jeśli miałby w kontrze dostać jeden. 70 procent pięściarzy wolałoby zadać trzy i dostać jeden. Na przykład Kulej zawsze liczył na to, że jak dmuchnie, to już nie będzie co zbierać. I zwykle to była racja. Ja jednak wolałem nie ryzykować. Tylko ja zadaję ciosy - myślałem.

Byłem po prostu inny, ale jeszcze wtedy, na pierwszych zgrupowaniach kadry, nad tym się nie zastanawiałem. Dopiero teraz.

Przed olimpiadą w Helsinkach w 1952 roku trenowaliśmy we Wrzeszczu w Gdańsku. Trener Stamm wymyślił coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Może usłyszał gdzieś, że tak ćwiczą zawodowcy? Dwa razy w tygodniu budzono nas o 5.30, zarzucaliśmy na siebie koce, wsadzali nas do ciężarówki i wywozili do Oliwy. Tam trenerzy, było ich trzech, czterech, czasem pięciu, rozstawiali się po górach na punktach kontroli czasu i biegaliśmy tak 12-15 kilometrów. Dla mnie to było nieszczęście. Ja byłem zawsze dobrze przygotowany i nie musiałem tyle biegać. Nie wiedziałem, co to papieros, co to alkohol. W Cetniewie nie wypiłem kieliszka alkoholu przez 15 lat. Gdy przyjeżdżałem na obóz, to słyszałem w pokojach: "Ale dałem w gaz - chwalił się jeden drugiemu. - A trenowałeś? - Gdzie tam". Co turniej, co walka, to potem dwudniowy bankiet.

Być może dla nich takie długie treningi, długie biegi były potrzebne. Ja po tygodniu byłem przygotowany perfekt. A musiałem jeszcze pięć tygodni zasuwać jak inni. Pamiętam, że przy łóżku odmierzyłem centymetrem dni i wykreślałem.



Wtedy myślałem, że jak trener mówi, to chyba słusznie. Potem się okazało, że nie miałem siły na te prawdziwe, najważniejsze treningi, które odbywały się później - do południa i po południu. Byłem wykończony, przetrenowany. Trenerzy wmówili mi, że jestem leniem, "ochrzaniali" mnie, że jestem z tyłu, zawsze coś nie tak.

Wiedziałem, że z tymi treningami to był nonsens, ale przecież nikt - również ja - Stammowi tego nie śmiał powiedzieć. Sam z tego zrezygnował po jakimś czasie.

Później, kiedy przenieśliśmy się już do Cetniewa, nie można było chodzić po plaży bez koszulki. Nie wolno było pływać w morzu, bo zbytnio mięśnie się rozciągają. A było 30 metrów do brzegu. Biegaliśmy do Rozewia plażą i z powrotem, też nie można było zdjąć koszulki. To była mordęga.

Stamm miał swoje kanony. Czasem wydawało mu się, że jest nieomylny.

Na igrzyskach w Melbourne nie zdobyłem tytułu mistrza olimpijskiego. Że nie jest nim Tadeusz Walasek, że nie jest nim Zbyszek Pietrzykowski, to częściowo wina Stamma, jego zaniedbanie, jego błąd. Uparł się na ustawienie nas w wagach, do których musieliśmy zrzucać kilka kilogramów. Pamiętam, że z Pietrzykowskim się męczyliśmy i pocieszaliśmy nawzajem. "Mój ojczulek ważył 100 kilo, a po obozie jenieckim 48. To musi się dać zrobić" - mówił Pietrzykowski.

W 1955 zdobyłem tytuł mistrza Europy, uznany zostałem za najlepszego boksera. Miałem 22 lata. Tylko że ja wciąż rosłem. W 1953 byłem chudzielcem, w 1955 roku - po latach treningu - już wyglądałem inaczej. Nabrałem ciała. Stamm jednak mówił: musisz cały czas walczyć w lekkopółśredniej. A waga w boksie to straszna rzecz. Straszna. Ja w swoim życiu zrzuciłem dwie tony. Dwie tony. Śniła mi się woda. Ciągle byłem głodny. Proszę spojrzeć na moją twarz (Drogosz pokazuje zdjęcie z lat 50., na którym wygląda jak uciekinier z gułagu). Wie pan, jak to się robiło? Siedziało się w wannie z gorącą wodą przez 10-15 min. Kiedy już robiło się ciemno w oczach, wyciągali trenerzy, albo koledzy i kładli do łóżka. Tam nakrywali wszystkim, co mieli. Pod tym trudno złapać oddech. I tak godzinę.

Ja w 1954 roku się załamałem. "Nie robię wagi. Nie chcę, szlag was trafił, nie mogę. Stop" - krzyczałem. Była awantura, chcieli mnie zawiesić. Artykuły w prasie, nagonka. Nie ugiąłem się. Po prostu miałem dość.

Złamali się na krótko. Wystawili mnie w kategorii półśredniej, czyli 67 kg, w Berlinie na turnieju krajów socjalistycznych, dużo trudniejszym niż mistrzostwa Europy. Wygrałem. Rok później znów musiałem zrzucić wagę, bo Stamm kazał mi walczyć w lekkopółśredniej. Z 67 na 63,5. Z czego? Byłem chudzielcem. Trzeba było odwodnić organizm. Jednak odwodnienie organizmu o 3,5 kg to spadek o 40 proc. możliwości organizmu.

Papa trochę nielojalny

Ja Stamma zawsze bardzo ceniłem, ale Stamm nie zawsze był lojalny wobec mnie, wobec innych.

W 1955 roku zdobyłem tytuł mistrza Europy. Byłem zawodnikiem Legii, której trenerem był Stamm. Kończyłem dwuletnią służbę wojskową.

Legia wiele zrobiła, aby mnie ściągnąć. Zabrała mnie nawet z fabryki czołgów w Łabędach, gdzie uciekłem przed armią. Przyjechało po mnie dwóch żołnierzy. W przeddzień wyjścia, kiedy wszyscy cieszyliśmy się, że służba się kończy, dowódca czyta na apelu: "Rozkazem ministra obrony narodowej plutonowemu Leszek Drogosz przedłuża się służbę o pół roku". Krew mnie zalała, chciano mnie wykiwać. Żona, ślub tuż przed wyjściem z wojska, aby dostać mieszkanie. To było z jego - Stamma - podpowiedzi lub za jego aprobatą. Jakby powiedział, nie róbcie tego chłopakowi, toby nie zrobili. Pomyślałem sobie o nim jak najgorzej. Postanowiłem jednak ich wykiwać. Powiedziałem, że chcę w takim razie zostać kontraktowym żołnierzem. Ucieszyli się, tymczasem z kontraktu można się było wycofać w ciągu sześciu tygodni. I ja się po pięciu tygodniach wycofałem za pomocą listu poleconego. Od tego momentu przestałem być cudownym dzieckiem, stałem się czarną owcą.

Kasprzyk i ja

Może i Stamm miał rację, że do Tokio pojechał Kasprzyk zamiast mnie. Co prawda w mistrzostwach Polski przed olimpiadą wygrywałem z nim w pierwszej walce turnieju, a w sparingach - chyba było ich z dziesięć - zwyciężałem w każdym. Lubiłem walczyć z takimi bardzo fizycznymi pięściarzami. Dawali się zawsze łatwo nabrać na zwód. Kiedy machnęli ręką, mnie już tam nie było. A kiedy wrócili do pozycji normalnej, to ja już ich dwa razy albo trzy puknąłem. Byłem dla nich za szybki. Podobnie Kulej - nie sprawiał mi kłopotów, choć przecież jest wspaniałym pięściarzem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim.

Zdarzyło się, że dostałem cios na brodę i musiałem się podeprzeć o ring, ale ani razu nie leżałem bez ducha. Była taka walka z Bogdanem Guzińskim w mistrzostwach Polski w 1954 roku w Krakowie, kiedy on mnie trafił w punkt i padłem. Ale się poderwałem. Nie chciałem, żeby ktoś zrobił zdjęcie. Poważnie. Zerwałem się dlatego, aby nie zobaczyć się w gazecie, jak leżę na deskach.

Dziś boks się zmieniał. Doszły kraje afrykańskie, arabskie, południowoamerykańskie, azjatyckie. Walka stała się coraz bardziej fizyczna. Mniej ważna była praca nóg, technika, wyszkolenie. Pięściarz szedł do przodu: atakował, atakował, atakował. Moich ciosów sędziowie nie liczyli, bo - to prawda - nie miały wielkiej mocy. Zaczęli preferować mocne uderzenia. I to trwało do niedawna. Teraz znów w cenie jest wyszkolenie - przewaga techniczna.

Kiedy w Cetniewie ogłoszono, że do Tokio jedzie Marian Kasprzyk, wstałem i powiedziałem: "Marian, życzę ci, abyś zdobył tam medal, ale pamiętaj, że cząstka jest też moja".

No i Kasprzyk - perspektywiczny, bo siedem lat młodszy ode mnie - wygrał walki w Tokio 3:2. W finale spotkał się z Tamulisem, z którym ja wygrywałem. W Tokio też mógłbym wygrać. Ale z Marianem jesteśmy przyjaciółmi. W jego przypadku sport się sprawdził. I w moim również.