Debliści blogują i chcą półfinału

- Do tej pory w Wielkim Szlemie zawodziliśmy, ale chcemy to zmienić i zagrać co najmniej tak jak w 2006 r., gdy doszliśmy do półfinału - mówią rozstawieni w Melbourne z szóstką Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski.
Liczby Australian Open, czyli od Fibaka do Hastings »

W pierwszej rundzie zmierzą się z... - No właśnie nie pamiętamy, bo losowanie było przed chwilą. Jacyś Australijczycy grający z dziką kartą - uśmiechał się w niedzielę Marcin. Ale trudno się dziwić, bo rywale to Colin Ebelthite i Samuel Groth. Pierwszy zajmuje 521., drugi 370. miejsce w rankingu. Obaj w poprzednim roku nie zagrali w deblu żadnego meczu na poziomie ATP. - Rywale teoretycznie łatwi, ale nie chcemy zapeszyć. Nie patrzymy nawet dalej w drabinkę - dodaje Fyrstenberg.

W 2006 r. w Melbourne, jako pierwsi Polacy od czasów Wojciecha Fibaka, zagrali w półfinale Wielkiego Szlema. - Ale nie ma się co oszukiwać, potem tylko zawodziliśmy. Nigdy nie byliśmy nawet w ćwierćfinale. Chcemy to zmienić - mówią teraz. Pewności dodała im końcówka poprzedniego sezonu, gdy wygrali turniej z serii Masters w Madrycie i zagrali w półfinale elitarnego Masters Cup. - Nauczyliśmy się wygrywać z czołowymi parami, lepiej gramy przy siatce. Ale najważniejsza jest zmiana mentalna. Wierzymy, że możemy odnieść sukces - wyliczają. Przed Australian Open odpadli w I rundzie w Dausze, ale potem doszli do półfinału w Sydney, gdzie przegrali z najlepszym obecnie deblem świata Nenadem Zimonjiciem i Danielem Nestorem. - Jesteśmy zadowoleni. Do Dauhy pojechaliśmy tak naprawdę oswoić się z grą poza halą. W Sydney było już dobrze, przegraliśmy minimalnie - komentują.

Czemu w Szlemie zawodzili? - To specyficzne turnieje. Są mocne pary złożone z singlistów, wszyscy się strasznie spinają, ale tak do końca to nie wiemy - wzruszał ramionami Fyrstenberg.

W wolnych chwilach piszą internetowy pamiętnik. Ich blog "Z woleja" pokazuje wielki tenisowy świat zza kulis. - No właśnie wcale nie jest taki wielki. Tenisiści to normalni ludzie - protestują. Obiecywali, że niebawem zamieszczą na blogu zdjęcia z "players party".

Ostatnio opisywali sytuację z meczu z Argentyńczykami Nalbandianem i Kerem, gdy Marcin zaczął "polować" piłką na tego drugiego. - Bo z całej siły walnął we mnie! Ale Mariusz na blogu przesadził. Wcale aż tak bardzo na niego nie "polowałem". Musiałem się też skupić na grze - zaśmiał się Matkowski. Piszą też o grupce australijskich kibiców, która od lat ich wspiera. "Śpiewają ciągle piosenki typu: » We love you because you're from Polska «albo samo » Polska! Polska! «. I tak przez cały mecz. Mają ze sobą flagi polskie i machają nimi non stop. To dla nas bardzo miłe i nobilitujące do lepszej gry, ale mimo wysiłku moich kilku szarych komórek nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi. Obiecałem sobie, że po następnym meczu się spytam" - pisze na blogu Mariusz. - Jedno jest pewne, piją piwo i nie wylewają za kołnierz - komentowali w rozmowie z "Gazetą".

Andy Murray faworytem Australian Open? - czytaj tutaj »