Rozmowa z najlepszym alpejczykiem świata - Hermannem Maierem

Tak bardzo marzyłem o śniegu i górach, o wrażeniu, jakiego dostarcza ślizganie się po nim. Gdy więc po tych tygodniach spędzonych w szpitalnych salach, a potem na siłowni, lekarze pozwolili mi wyjechać na trasy biegowe, czułem się jak ptak wypuszczony z klatki - mówi najlepszy narciarz świata.
Miłośnicy narciarstwa długo będą pamiętać o 24 sierpnia tego roku. Niewiele brakowało, a ich ulubieniec, często nazywany "największym mistrzem w historii", straciłby tego dnia nogę. Hermann Maier, bo o nim oczywiście mowa, wracał wówczas złożonym przez siebie samego motorem z treningu w Obertauern do rodzinnego Flachau. I właśnie na tym kilkunastokilometrowym odcinku, który pokonywał już setki razy, zahaczył o wyprzedzany samochód... Sanitariusze wyciągnęli go z rowu z wystającymi z nogawki spodni połamanymi kośćmi prawej nogi. Lekarze z prestiżowej kliniki w Salzburgu, do której przewieziono mistrza, byli przerażeni. Maierowi przestały pracować nerki, mięśnie były pozrywane. Nie wykluczano amputacji...

Skończyło się na szczęście "tylko" na spinaniu kości klamrami i przeszczepach skóry. Operacja trwała siedem godzin i wykonywało ją sześciu chirurgów. Mimo to lekarze nie byli wtedy pewni, czy mistrz będzie mógł jeszcze kiedykolwiek chodzić. Minęły cztery miesiące i Hermann Maier nie tylko chodzi, ale nawet w ubiegły piątek po raz pierwszy jeździł na nartach!

Tomasz Surdel: Jakie to uczucie po takim wypadku ponownie założyć narty?

Hermann Maier: Jakie? Po prostu wspaniałe! I to mimo że noga - gdy ją obciążam - wciąż mnie trochę boli. Nie jest to jednak takie ważne... Najbardziej zaskoczyło mnie to, że zupełnie się nie bałem ruszyć na trasę i byłem w stanie w miarę płynnie skręcać w obie strony. To chyba dobry znak.

Czy to znaczy, że wkrótce rozpoczniesz treningi?

- Nie tak od razu. Dzisiaj to była tylko przymiarka. Chcieliśmy zobaczyć jak się zachowuje but, który przygotowali dla mnie specjaliści z firmy Lange. Bo jak na razie, zdaniem moich lekarzy, jest zupełnie wykluczone, żebym jeździł na normalnym sprzęcie. Na prawej nodze mam więc specjalny podwyższony but, który chroni uszkodzone kości. Muszę się do tego przyzwyczaić. Zresztą, tak szczerze mówiąc, dzisiaj tylko sprawdziłem, czy potrafię jeszcze jeździć. To były przymiarki na "oślej łączce". Plan jest taki, że regularne treningi rozpocznę stopniowo w połowie stycznia. Do tego czasu muszę jeszcze wzmocnić mięśnie. Oznacza to, że będę spędzał czas głównie na siłowni, w basenie lub - ewentualnie - na nartach biegowych.

Treningi na biegówkach rozpocząłeś już kilkanaście dni temu. Czy takie ćwiczenia nie są frustrujące dla kogoś, kto uwielbia zawrotne prędkości biegu zjazdowego?

- To prawda, że na biegówkach szybko nie jeżdżę. Ale przez ostatnie miesiące tak bardzo marzyłem o śniegu i górach, o wrażeniu jakiego dostarcza ślizganie się po nim, że nawet to bardzo mnie cieszy. Gdy po tych tygodniach spędzonych najpierw w szpitalnych salach, a potem na siłowni, lekarze pozwolili mi wyjechać na trasy biegowe, czułem się jak ptak wypuszczony z klatki. Ten kontakt z naturą, świeże powietrze, śnieg pod nogami, góry wokoło... To naprawdę wspaniałe uczucie! Zwłaszcza dla kogoś, kto jeszcze kilka miesięcy temu nie był nawet pewien, czy będzie mógł chodzić.

Nie da się ukryć, że Twoja rehabilitacja przebiega w niesamowitym tempie. I pewnie dlatego - mimo że wiele razy zarówno Ty, jak i Twoi lekarze wykluczali możliwość udziału w igrzyskach w Salt Lake City - wciąż pojawiają się plotki, że szykujesz się do Olimpiady. Jak to jest naprawdę?

- Nie wiem, co mam powiedzieć, aby ludzie wreszcie uwierzyli, że o Salt Lake City nawet nie myślę. Przecież wciąż trochę kuleję, a na nartach dopiero zaczynam z trudem jeździć. Podejrzewanie, że mam jakiś tajny plan i chcę wszystkich zaskoczyć, pojawiając się w budce startowej na szczycie olimpijskiej trasy, jest zupełnie nierealistyczne. Przecież nie pojadę do Salt Lake City dla samej tylko satysfakcji, że wystartowałem w igrzyskach! To mam już za sobą. Jeśli pojawię się kiedyś ponownie z zawodniczym numerem na piersiach to po to, aby walczyć o miejsce na podium. Dlatego nawet nie zastanawiam się nad tym czy i kiedy wrócę do Pucharu Świata. W porównaniu z końcem ubiegłego sezonu brakuje mi prawie dziesięciu kilogramów mięśni! Na razie chcę dojść do stanu, w którym noga nie będzie mnie bolała podczas chodzenia. Chcę być normalnym człowiekiem. Potem dopiero będę myślał, jak zostać ponownie sportowcem!

Naprawdę nie marzysz skrycie o powrocie na stoki? Przecież marzą o tym dziesiątki tysięcy Twych fanów na całym świecie!

- Wiem o tym. Dostaję olbrzymie ilości listów i maili. Ale na wszystko będzie czas... Oczywiście, że w głębi duszy chciałbym znowu startować. Ale wiem też, że czeka mnie przed tym bardzo wiele pracy. Jeśli w ogóle do tego dojdzie... Ten wypadek sprawił, że do sportu nabrałem odpowiedniego dystansu. Nie on jest najważniejszy w życiu. Z drugiej strony wiem, że tegoroczny alpejski Puchar Świata kończy się w moim rodzinnym Flachau. Mam nadzieję, że będę mógł otworzyć te finałowe zawody. I nie mówię w żadnym wypadku o starcie. Chciałbym po prostu móc zjechać po trasie i pokazać, że istnieję, że pracuję nad powrotem do formy. Zrobię to jednak tylko wtedy, gdy lekarze powiedzą mi, że jestem w stanie to zrobić i nie stanowi to żadnego zagrożenia dla mojego zdrowia. To oni teraz o wszystkim decydują, oddałem się zupełnie w ich ręce. I chyba jest to zupełnie normalne. To przecież oni uratowali moją nogę...

Możesz zdradzić, jak dokładnie przebiegają Twoje treningi, a raczej Twoja rekonwalescencja. Podobno masz do dyspozycji całą drużynę specjalistów.

- To prawda, że pomaga mi wiele osób. Niemal codziennie spotykam się z moim lekarzem dr. Johannesem Zeibigiem i trenerem Andreasem Eversem. Oni dyktują mi co mam robić, a ja to posłusznie wykonuję. Głównie jest to jazda na rowerze, elektrostymulacja mięśni i różne ćwiczenia stretchingowe. Mam też ekspertów, którzy przygotowują mi koktajle witaminowo-proteinowe, bo przecież muszę sobie odbudować muskulaturę. Spotykam się z rehabilitantami, którzy każą mi wyginać tą moją biedną nogę w wszystkich możliwych kierunkach... No i oczywiście mam też co jakiś czas do czynienia ze specjalistami od chirurgii estetycznej, którzy laserami wygładzają mi te wszystkie moje blizny. W sumie ciężko pracujemy przez co najmniej osiem godzin dziennie. Nie jest jednak tak, że te całe rzesze ludzi pracują tylko dla mnie. W większości jest to po prostu personel tutejszego centrum treningowego w Obertauern. Trafiają tu po kontuzjach niemal wszyscy austriaccy sportowcy.

Nie potrzebujesz psychologa? Taki wypadek na pewno był dla Ciebie szokiem. Jak się pogodziłeś chociażby z tym, że nie wystartujesz w Salt Lake City?

- Z psychologiem miałem do czynienia jeszcze w szpitalu. Fakt, że człowiek stał się nagle inwalidą, nie jest łatwa do zaakceptowania. Jednak trzeba się z tym jak najszybciej pogodzić i ustalić nowe osiągalne cele, marzenia. Poza psychologiem bardzo pomogła mi w tym rodzina - moi rodzice i narzeczona. Przez cały czas są blisko mnie i zawsze mogę liczyć na ich pomoc. Dużo tez pracuję z chińskim mnichem - mistrzem qi-gong. Uczy mnie relaksacji i kontrolowania energii - jestem spokojniejszy i zarazem zdeterminowany. To jest bardzo ważne - staram się nie myśleć o tym, co może być za miesiąc, lecz jak najlepiej robić to, co mogę zrobić teraz...

Czyli co teraz?

- (Śmiejąc się): Teraz, za chwilę, będę wracał do domu...

Mam nadzieję, że nie na motocyklu!

- Na motocyklu? Skądże. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek wsiądę na coś takiego... Jeżdżę samochodem. A że prawa noga trochę mnie jeszcze boli, to na pedał gazu naciskam bardzo delikatnie...